Runner's World poleca:

Piotr Łobodziński: Biegacz szybszy niż winda

Poleć ten artykuł:

Jeśli mierzyć wielkość biegacza ilością zwycięstw, to Piotr Łobodziński zasługuje na miano jednego z najlepszych w Polsce. Przez 5 lat biegania po schodach na całym świecie aż w 38 na 65 startów meldował się na szczycie wieżowców jako pierwszy. Oto jego droga na szczyt.

Piotr Łobodziński: Szybszy niż winda Zobacz całą galerię

„Kto wskocy na najwysy stopień, ten misc!”– krzyczy szczerbaty kumpel 7-letniego Piotrka Łobodzińskiego. W 4-piętrowym bloku w Bielsku Podlaskim właśnie rozpoczynają się najważniejsze w życiu zawody o miano podwórkowego bohatera.

Jest 1992 rok. Artur Partyka wskoczył właśnie na trzeci stopień podium podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie, a do finału trójskoku wszedł Eugeniusz Bedeniczuk z ich miasta. Chłopaki wskakują na czwarty lub piąty stopień schodów, pękając z dumy. Przy drzwiach staje Piotrek, kolej na niego. Bierze zamach, wybija się z jednej nogi i ląduje na szóstym! Wygrywa przy okrzykach kumpli.

Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że ten dreszcz zwycięstwa, tak niesamowity, będzie pojawiał się także w kolejnych latach, po pokonaniu tysięcy schodów. „Co ciekawe, w rodzinnym mieście mieszkałem na parterze do czasu rozpoczęcia studiów w Warszawie. W Bielsku Podlaskim nawet nie było 10-piętrowych bloków. Te 8 stopni dzielących parter od drzwi wejściowych zawsze zeskakiwałem” – mówi Piotr Łobodziński.

Drugi stopień, 4. miejsce

W podstawówce i szkole średniej intensywnie gra w siatkówkę, próbuje swoich sił w piłce nożnej, tenisie, biega przełaje i na orientację. Wciąga go badminton. Piotrek porusza się szybko i zwinnie, a do tego ma wytrzymałość dzięki bieganiu. We wszystkich dyscyplinach dobry, zawsze w czołówce, ale nie najlepszy. Potem na studiach wciągają go wspinaczka i rajdy przygodowe.

„Wszystkie uprawiane dyscypliny traktowałem raczej jako zabawę, chodziło o fajne spędzenie czasu. Do 2011 roku nie trenowałem wyczynowo” – wspomina. Aż tu pewnego dnia kolega ze studiów i startów w akademickich przełajach, Bartek Świątkowski, wysłał mu link do strony z biegiem na wieżowiec Rondo 1 w Warszawie.

„Gdzieś wcześniej obijały mi się o uszy nazwiska najlepszego Polaka Tomka Klisza czy Niemca Thomasa Dolda, czyli ówczesnych najlepszych biegaczy po schodach, ale nie myślałem o żadnym starcie” – mówi Piotr. Była mroźna zima 2011 roku. Wizja pokonania w maju wysokiego budynku tak mu się spodobała, że zaczął mocno trenować, prawie wyczynowo. Wolne od treningu robił sobie raz w tygodniu. Zamiast biegać na zewnątrz przy -15 stopniach, trenuje na klatce schodowej swojego 10-piętrowego bloku.

Żeby nie włączać na każdej klatce schodowej światła, biega z czołówką na głowie. W bloku traktują go jak kosmitę. Trudno wyczuć kto miał większego stracha: czy pieski wyprowadzające na klatkę swoje pańcie, czy on sam, gdy sadził susy na ostatnie piętro. Na Rondo 1 wbiega jako czwarty.

1 stopień do nieba

Idzie, a w zasadzie biegnie za ciosem. Miesiąc później jedzie do Berlina. Hotel Park Inn – 770 schodów. Tylko o włos przegrywa ze starym wyjadaczem i mistrzem biegów po schodach Thomasem Doldem – niepokonanym od niemal 8 lat, postacią niemal legendarną w tej dyscyplinie. Potem następuje rzecz niezwykła.

Nikomu nieznany wcześniej Polak w swoim pierwszym sezonie startowym zaczyna dominować w centralnej Europie, siejąc postrach wszędzie tam, gdzie zaczyna biec na wieżowiec. Rozwiązuje się worek z medalami. Łupem Łobodzińskiego padają 2 budynki w Wiedniu, zwycięża w Pradze i podczas Mistrzostw Polski w Biegach po Schodach Altus Cup w Katowicach. W kilku startach zajmuje 2. miejsce.

3 000 – tyle schodów pokonuje średnio Piotr Łobodziński na jednym treningu.

Do kolekcji dorzuca 3. miejsce w Mistrzostwach Polski w Biegach Górskich w stylu anglosaskim i życiówkę na 10 km (32:28). Dostrzeżono go. Już nie startuje jako szeregowy biegacz po schodach, tylko zapraszają go ze wszystkimi honorami. Leci pierwszy raz za ocean – do Kolumbii na finał Pucharu Świata w Bieganiu po Schodach. Do wygrania samochód. W Bogocie szok.

„Przyleciałem dzień wcześniej i startowałem bez żadnej aklimatyzacji. Miasto leży na 2600 m n.p.m. Tubylcy w czołówce nie byli bynajmniej kelnerami, to też wyczynowi zawodnicy, kolarze i wioślarze, ale nie miałem z nimi szans bez aklimatyzacji. Nic nie udało się ugrać, wyprzedzali mnie nawet amatorzy” - wspomina dzisiaj ten start.

Na Torre Colpatria po pokonaniu 980 schodów wbiega jako trzynasty. Na otarcie łez zajmuje 4. miejsce w całym cyklu Towerrunning World Cup.

Samorodek

W 2012 r. jeszcze się rozkręca. Przez pękniętą kość strzałkową na treningu, po głupim poślizgnięciu się na zamarzniętej kałuży w Warszawie, późno rozpoczyna sezon, choć i tak, kiedy dochodzi do siebie, wygrywa w 5 startach, a w generalce Pucharu Świata zajmuje 2. miejsce.

„Z dziwnych miejsc, w których biegłem i wygrałem, pamiętam start na mamuciej skoczni narciarskiej w austriackim Kulm. Oczywiście biegliśmy w górę, a nie w dół” – zauważa Piotr.

W 2013 roku regularnie staje na podium najważniejszych imprez i już nie ma na niego mocnych w Towerrunning World Cup – zasłużenie zdobywa puchar. Nie idzie mu tylko w Bogocie (17. miejsce; ach, ta aklimatyzacja!).

Wydawałoby się, że za tak dużymi sukcesami stoi sztab ludzi, osobisty masażysta, dietetyk i doradca koloru sznurówek. Nic z tych rzeczy. Piotr bazuje na swoim doświadczeniu i wspina się po stopniach kariery bez wielkiego zaplecza. Sam sobie układa trening.

„Nie ma w nim wiedzy tajemnej. Jest bardzo podobny do obciążeń na 5, 10 km. Początkowo korzystałem z dostępnego w internecie planu Dariusza Kaczmarskiego: dużo akcentów, mało wybiegań. Treningi skipowe i podbiegi zamieniam na schody, np. 6 razy na 28. piętro, 4 x 37, 10 x 15. Zawsze trzeci zakres”.

Szykuje formę i technikę na konkretne zawody, np. krótsze w Europie (30-50 pięter), dłuższe w Azji (80-100 pięter). Schody wplata 2 razy w tygodniu, a reszta to wybiegania po płaskim – ok. 15 km (120-140 km w tygodniu). Plus akcenty: 8 x 1 km, 14 x 400 m.

„Lubię wybiec w jesienny dzień do Kampinosu – czysta przyjemność, ale trzeba też zrobić ciężkie treningi. Nie ma nic przyjemnego w bieganiu 6 razy na 28. piętro. Kręci się w głowie, boli i chce się wymiotować. Na ostatnim podbiegu nogi są jak beton. Trening wewnątrz sprawia przyjemność, kiedy za oknem jest -10 stopni. Wtedy z chętnie ruszam na schody dla zabawy, na przykład z moją dziewczyną, która też ma sukcesy w biegach na wieżowce” – dodaje Piotr.

Tagi: Piotr Łobodziński | towerrunning | bieganie po schodach

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij