Runner's World poleca:

Pogon za szczęściem: Pomaganie przez bieganie

Poleć ten artykuł:

Startami w słynnych maratonach Tomasz Pogon łączy dwie pasje: bieganie i pomaganie. Każde ukończone 42,195 km to pieniądze zebrane dla potrzebującej osoby. Poznaj inspirującą historię inicjatora charytatywnej akcji "W pogoni za szczęściem".

tomasz pogon, w pogoni za szczęściem

Maksymilian: mały człowieczek o poważnym imieniu – jak mówią jego rodzice, którym lekarz po porodzie polecił, by znaleźli dla niego dobre hospicjum i zaplanowali sobie drugie dziecko. Miał być roślinką, a jest mądrym, cierpliwym i pogodnym pięciolatkiem.

Kubuś, zwany Kubiszonem, który sześć lat temu pojawił się na świecie w 36. tygodniu życia i ważył 1680 gramów, miał do końca życia tylko leżeć w łóżku i się ślinić. Dziś chodzi o własnych siłach.

Miłosz, dojrzały już radca prawny, który mimo że przyszedł na świat w środku imprezy imieninowej jednego z lekarzy, radzi sobie z życiem nie gorzej niż pełnosprawni. Co łączy te trzy postacie? Ano, oprócz dziecięcego porażenia mózgowego, to jeden człowiek, bieganie i Klub 7 kontynentów.

Pogon miał szczęście

Tym człowiekiem jest Tomasz Pogon. Zapalony biegacz, który do grudnia 2011 roku uważał bieganie za najnudniejszy sport na świecie. Koszykówka, piłka nożna, narty – tak, to było to! Ale bieganie? A jednak.

Gdy przez nawał zajęć dnia codziennego inne sporty wypadły z kalendarza, trzeba było tam wsadzić jakiś ruch. Padło właśnie na najprostszy – bieganie. Po pierwszych 4 kilometrach był dramat, ból i brak sił, by wstać z łóżka. Na mecie pierwszego maratonu obietnica, że już nigdy więcej. Trzy dni po tym postanowieniu Tomasz zapisał się na kolejny 42-kilometrowy wyścig. Po drugim maratonie padło postanowienie, że czas na Tokio.

„Na mecie maratonu w Poznaniu zobaczyłem ogłoszenie o konkursie, w którym można było wygrać opłacony start w stolicy Japonii – opowiada Tomasz Pogon, 24-latek, który kończy właśnie aplikację radcowską. – Uznałem, że aż takiego farta nie mam i trzeba trochę szczęściu pomóc. Nie bacząc na konkurs, zapisałem się na ten japoński bieg i fortuna, którą wsparłem, uśmiechnęła się do mnie. Pośród 130 tysięcy zgłoszeń organizatorzy wylosowali i moje. To, co prawda, nie była wygrana w konkursie, ale też niezły fart!”.

Powrót po czekoladki

Tomasz Pogon uważa, że szczęściem trzeba się dzielić. Tę dewizę częściowo przejął też od wujka, którym jest znany wśród maratończyków Piotr Pogon – biegacz bez płuca, który skończył Ironmana i pomaga innym. Uznał więc, że w Tokio będzie zbierał pieniądze dla osoby potrzebującej. Padło na kolegę z aplikacji, Miłosza Pietrzyka. Tomasz na kilka miesięcy przed biegiem zaczął obdzwaniać firmy, które mogłyby go sponsorować. Zebrał chętnych i pobiegł.

„Było wspaniale. Japonia mnie urzekła. W Tokio, które ma 4 miliony mieszkańców mniej niż Polska, pierwszy papierek rzucony na ulicę, a nie do kosza, zobaczyłem po 4 dniach” – wspomina. „A sam bieg? Kibice stoją na całej długości trasy i częstują pysznościami. Ale trzeba uważać: po skosztowaniu jednych czekoladek zatrzymałem się i wróciłem kilka metrów po więcej” – śmieje się.

Oko na Maroko w Rio

Bieg skończył, a pomoc, którą dzięki niemu udało się zebrać, wyniosła ponad dziewięć tysięcy złotych. No i wtedy już mógł ogłosić swoim bliskim, że akcja z jednorazowej zmienia swój charakter na ciągły. Nazywa się „W Pogoni za szczęściem”. Skojarzenie z nazwiskiem jednoznaczne, a koncepcja prosta.

Tomasz chce dołączyć do bardzo elitarnego klubu biegaczy, którzy mają za sobą maraton na siedmiu kontynentach. Dodał do tej inicjatywy jeszcze aspekt charytatywny: każdy maraton przebiegnie dla jednej potrzebującej osoby. No i akcja działa. Do tej pory udało się zaliczyć trzy kontynenty. Po Japonii przyszedł czas na Rio de Janeiro i walkę o pieniądze dla Kubusia w lipcu 2013 roku. Tomasz Pogon „przywiózł” 10 tysięcy złotych, wielką satysfakcję i wspaniałe wspomnienia. Trasa biegu prowadziła przy plaży.

„Przez 42 kilometry towarzyszyły nam wspaniałe widoki. To była tamtejsza zima, ale nam trafiła się temperatura 35 stopni i zero chmurki. Od pierwszego kilometra marzyłem o kąpieli w morzu, które chlupotało falami niemal u naszych stóp, i mleczku kokosowym serwowanym w barze. A do tego te brazylijskie dziewczyny! Jedno oko miałem cały czas skierowane na plażę” – żartuje.

Gdzie ten zakręt?!

Kolejny był Marakesz. W styczniu 2014 roku Tomasz wybiegał tam 20 tysięcy złotych dla Maksia. A nie było łatwo, bo organizatorzy na mapce zaznaczyli ostatni odcinek w formie niewielkiego zakrętu, który w rzeczywistości okazał się 9-kilometrową prostą. „»Gdzie ten cholerny zakręt, gdzie ten cholerny zakręt?!« – powtarzałem w kółko. Było naprawdę ciężko. Ale się udało” – wspomina Tomasz.

Musiało się udać. Umowy ze sponsorami podpisywane są w formie darowizny warunkowej, co oznacza, że Pogon musi skończyć bieg, żeby osoba, dla której biegnie, dostała pieniądze. To dodatkowe brzemię, ale i dodatkowa, wielka motywacja. Dlatego w jego przypadku nie chodzi o czasy. Chodzi o skuteczny finisz.

„Dodatkowo za każdy bieg, za każdy wyjazd płacę sobie sam. Pomaga mi też w tym trochę Okręgowa Izba Adwokacka – dodaje maratończyk. – To ważne, bo tym sposobem każda złotówka od sponsorów idzie na osobę potrzebującą. To dodatkowa satysfakcja”.

Teraz szykuje się na Maraton Berliński. W ten sposób chce zaliczyć Europę. Szuka kogoś, dla kogo biegłby tym razem. Prosi, by ludzie w potrzebie wysyłali mu swoje zgłoszenia. 20 czerwca zamyka listę kandydatów. A jak wybiera? Subiektywnie. Po prostu szuka kogoś, komu może pomóc. Bo to pomaganie to dodatkowe endorfiny. A na pytanie, czy pójdzie do nieba w butach jako dobry człowiek, odpowiada, że owszem – w biegowych.

11 tysięcy złotych anonimem

Bo bieganie pokochał tak samo, jak pomaganie. Po każdym biegu doznaje rodzaju katharsis i zachęca do tej pasji dziewczynę. Ostatnio nawet kupił jej spodenki biegowe, co ona odczytała jako sugestię, jakoby miałaby schudnąć.

„Tak, wiem, tego typu prezenty to ryzykowna sprawa – śmieje się. – Całe szczęście, że z biegaczem nie ma się jak kłócić. Wychodzi na trening i wraca cały zadowolony z życia, nie pamiętając, o co poszło”. No i o to chodzi. O szczęście. O endorfiny i o darczyńców, takich jak ten, który anonimowo wpłacił na konto 11 tysięcy złotych.

Tomasz kilkadziesiąt razy odświeżał stronę internetową, bo nie mógł uwierzyć. Nie mogli uwierzyć także rodzice malca, gdy do nich zadzwonił. Bo dzieci wierzą. Wierzą, no i przytulają zmęczonego Tomasza w szczerej podzięce.

RW 07/2014  

Tagi: ludzie | pomoc | akcje charytatywne

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij