Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Potwór agresor [felieton Jacka Fedorowicza]

Zaryzykuję dzisiaj i wdam się w temat trudny. Wstydliwy i niezręczny. Dla mnie przynajmniej. Otóż podczas biegu budzi się we mnie agresja.

Im bardziej wyczerpujący bieg, tym brzydszy mam charakter. Zmieniam się w kogoś zupełnie innego (lub też ujawnia się we mnie głęboko skrywana prawda). Doktor Jekyll i mister Hyde. Albo ten z piosenki Jeremiego Przybory, co to twarz mu blednie, włos mu rzednie, psują mu się zęby przednie.

Kiedy idę sobie spacerkiem, każdy może mnie napomnieć, żebym zszedł ze ścieżki rowerowej, na którą zdarza mi się wejść przez nieuwagę, może mnie stratować na ruchomych schodach, a ja nic. Nie tracę ogólnej życzliwości wobec świata. Każdy może mnie pozdrowić: „Dzień dobry, panie Tadeuszu” i ja odpowiem z uśmiechem: „Dzień dobry”. Wiem, że z aktorem Tadeuszem Rossem, wraz ze stopniową utratą wagi i wzrostem przeorania twarzy zmarszczkami, zrobiliśmy się do siebie bardzo podobni, rozumiem więc, że możemy się mylić tym wszystkim widzom, którzy nas z dawnych lat mgliście sobie przypominają.

Niestety, tę wybaczliwość mam w sobie tylko gdy poruszam się bez wysiłku. Kiedy biegnę, zmieniam się w potwora naładowanego agresją. Na mecie półmaratonu w Pile, zamiast cieszyć się atmosferą biegu, wzorową jak zwykle organizacją, która, nawiasem mówiąc, sprawia, że Półmaraton Philipsa co roku bije rekord frekwencji, zamiast cieszyć się, że dobiegłem i mam zapewnioną fotkę na podium (w kategorii oczywiście), zamiast dać sobie zawiesić medal, wiecie, co zrobiłem?

Ryczałem obraźliwe uwagi pod adresem spikera, przelazłem linię mety z powrotem, wywołując alarm w systemie mierzenia czasu, i żądałem, aby spiker natychmiast sprostował to, co o mnie powiedział. A powiedział, serdecznie mnie dopingując, że świetny ma finisz POSEŁ Fedorowicz. To wystarczyło, bym zapałał oburzeniem, bo nie jestem posłem i nigdy nie byłem.

Czy spiker nie miał prawa się pomylić, jeśli zobaczył twarz posła Tadeusza Rossa, a w spisie zawodników zobaczył przy numerze startowym nazwisko, które skojarzył z posłem Jerzym Fedorowiczem? Miał. I trzeba być osobnikiem poważnie skrzywionym psychicznie, żeby z tego powodu urządzać cyrk. Spikera niniejszym serdecznie przepraszam. Ale tak mam niestety już od lat. Wysiłek budzi agresję. Robię się potworem i za każdym razem wstyd mi potem okropnie. Każda uwaga z boku jest mi wroga.

Półmaraton Dąbrowski. Ktoś mnie zagadał, mijając, ja na to jak zwykle „nie mogę mówić” (pojemność płuc o połowę mniejsza od normalnej), i z boku słyszę uwagę kogoś z obsługi, że jeżeli się nie może mówić biegnąc, to znaczy, że się wzięło za szybkie tempo. Opanowałem się, ale przez chwilę byłem gotów przerwać bieg, by wykrzyczeć mu, że jak nic nie wie o cudzych płucach, to niech się nie wymądrza. A on przecież w dobrej wierze.

Biegnąc treningowo, już się opanować nie potrafię i czasem narażam się na ciężkie pobicie przez młodzież, która przez chwilę nadbiegającego staruszka małpowała (zjawisko powszechne), pokazując, jak macha rękami, człapie i dyszy, a potem ze zdumieniem patrzyła, jak się staruszek zatrzymał i zasapany wygłasza mowę o niewłaściwym zachowaniu. Tu od razu pochwalę młodzież polską, że jednak się powstrzymuje i nie daje staruszkowi w dziób.

Czy czujecie w sobie agresję spowodowaną zmęczeniem? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że jestem smutnym wyjątkiem. Ale jeżeli ktoś z Was zaczyna odczuwać chęć rzucenia się do gardła komuś, kto rzucił niewinną uwagę, niech czym prędzej w sobie to zwalczy, bo skrzywienia psychiczne nieokiełznane w porę mogą prowadzić do kompromitacji takiej, jak ta moja w Pile.

Tylko raz mi to pomogło. Także w Pile, w zeszłym roku. Po tradycyjnym „nie mogę mówić, mam małe płuca” usłyszałem od biegnącej obok, że ona też. Potem jeszcze coś do mnie mówiła, potem zwróciła się z jakąś długą opowieścią do koleżanek, potem – nie przerywając monologu – przyspieszyła. Potwór we mnie oczywiście się obudził. Uznałem, że jej, normalnej, nie wolno się podszywać pod ułomnych, bezpłucnych, i postanowiłem, że mimo coraz większego deficytu tlenu jednak wysapię jej krótką, ciętą reprymendę. Zacząłem ją gonić. Adrenalina zrobiła swoje, bo choć nie wiem, czy ją dogoniłem, bo byłem już na granicy zejścia, to jednak czas na mecie miałem znacznie lepszy od planowanego.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze listopad 2014.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij