Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Sierpień, który znaczył! [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś Sierpniowe Wspomnienia Dziadunia sprzed lat wielu. Zaczęło się od ogromnie sympatycznego spotkania. Odwiedził mnie kolega ze szkoły powszechnej (tak się wtedy mówiło na podstawową) i liceum w Gdyni.

Odnaleźliśmy się po – dokładnie – 64 latach. Andrzej Wegner nazywa się ten kolega, syn Franciszka Wegnera, bohatera II wojny światowej, który zaraz po wkroczeniu Niemców organizował na Wybrzeżu ruch oporu („Młode Wici”), był komendantem okręgu podziemnej organizacji wojskowej „Gryf Pomorski”, potem więźniem Stutthofu. Andrzeja lubiłem i dobrze pamiętałem z czasów szkolnych. Poglądy mieliśmy zbieżne, obaj odebraliśmy w domu wychowanie patriotyczne i obaj nie przepadaliśmy za komunizmem.

Andrzej poza tym nieprzytomnie zawsze imponował mi wyjątkową sprawnością fizyczną. Kiedyś ćwiczył w hali wspinanie po linie przy pomocy samych rąk z nogami jak do „siadu” i trener kadry pływaków, którzy akurat też tam się katowali, poprosił go dyskretnie, żeby może ćwiczył gdzie indziej, bo to, co robi, zniechęca jego zawodników, którzy patrzą w zdumieniu, jak chłopak amator robi coś, czego oni nie są w stanie. Sytuacja była przypadkowa, bo Andrzej – to rzadka cecha charakteru – absolutnie nie lubił się popisywać. Biegał też świetnie, ale wyłącznie dla własnej przyjemności. Na ogół sam pokonywał setki kilometrów i na nartach biegówkach, i na rowerze, co mu zresztą zostało do dziś mimo ósmego krzyżyka na karku. Jak biegał na nartach zimą z góralami, to w momentach, gdy udawało im się go dogonić (przystawał czasem), absolutnie nie chcieli wierzyć, że to Kaszub, że przyjechał prosto z Wybrzeża i mieszka w Gdyni na stałe.

Aż do naszego spotkania po latach nie wiedziałem jednak, że to Andrzej Wegner był pomysłodawcą znanego wszystkim Biegu Solidarności Gdańsk – Gdynia. Biegu, który pierwszy raz odbył się 15 sierpnia 1981 roku i kwitnie do dziś, zmieniając się kolejno z biegu „niewymiarowego” (ok. 24 km za pierwszym razem) w półmaraton, a potem pełny maraton. W trakcie wspominków Andrzej wśród różnych zdjęć i wycinków nagle pokazał mi list datowany 17 grudnia 1980 r., w którym zgłasza pomysł upamiętnienia tragedii grudniowej 1970 r. przy pomocy corocznego biegu na trasie od pomnika w Gdańsku do pomnika w Gdyni, od razu zastrzegając, że nie uważa siebie za jedynego autora pomysłu, bo być może ktoś jeszcze na coś takiego wpadł równolegle.

„Autor czy współautor, nieważne. Dzięki tobie przełamałem opory i pierwszy raz w życiu wystartowałem w prawdziwym biegu” – powiedziałem. Opory miałem różne. Już się w RW przyznawałem, że owego 15 sierpnia bałem się przede wszystkim, że nie dobiegnę, a ponieważ byłem wówczas znany, wstyd i kompromitacja mogłyby być nie do przeżycia. Ale miałem też opory, które dzisiejszym Czytelnikom mogą się wydać dziwaczne. Otóż przed startami powstrzymywała mnie niechęć do uczestniczenia w państwowych imprezach propagandowych. Były wciąż organizowane jakieś biegi ku czci bohaterów zasłużonych w walce o zwycięstwo komunizmu w Polsce i na świecie. „Obojętnych ideologicznie” było niewiele: zawsze gdzieś trzeba było poprzeć jakieś hasło, o którym wiadomo było, że jest kłamliwe, i człowiek, który chciał ot, tak, dla siebie, zachowywać resztki czystego sumienia, tyle tylko mógł, że przynajmniej nie brał w tym udziału. I nagle, jak zobaczyłem, że bieg organizuje NSZZ „Solidarność”, uznałem, że to jest właśnie coś, co chcę poprzeć niezależnie od ryzyka wstydu, że ktoś pomyśli: „O! Napędzany chęcią rozgłosu artysta porwał się na 24 km biegu i zemdlał w połowie”.

Nie zemdlałem, dobiegłem, nie wiedząc zresztą, że Andrzej też bierze udział. Nie zauważyliśmy się w tłumie na starcie, a na mecie też nie, bo on znalazł się tam o ponad pół godziny przede mną. Ten bieg jest dla mnie jednym z milszych wspomnień: początek biegowego życia i jednocześnie nadzieja, że Solidarność doprowadzi do niepodległości. Nawiasem mówiąc, w następnych latach, kiedy mnie pytano, dlaczego biegam (wtedy to było jeszcze trochę podejrzanym odstępstwem od normalności), odpowiadałem, że dawniej dbałem o kondycję, żeby dożyć do niepodległości, a teraz, by w dobrym stanie z niej korzystać. Wszyscy się wyśmiewali, uważając to za dobry dowcip. Ale wyszło na moje.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze sierpień 2015.

* Jacek Fedorowicz jest nominowany w konkursie Festiwalu Biegów na Biegowego Dziennikarza Roku. Głos na felietonistę magazynu Runner's World możesz oddać tutaj: Głosowanie na Biegowego Dziennikarza Roku!

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij