Runner's World poleca:

Skąd ja go znam? Roman Toboła i jego głos

Poleć ten artykuł:

Jeśli startujesz w biegach, to ten głos na pewno kojarzy Ci się z poczuciem ulgi i zadowoleniem z sukcesu - w sezonie słychać go na sześćdziesięciu metach w kraju. Poznaj Romana Tobołę, z zamiłowania biegacza, z przypadku - spikera zawodów .

Roman Toboła, spiker

Życiem Romana Toboły, najpopularniejszego spikera biegowego w kraju, rządzą dwa sportowe przełomy. Najpierw trafił na mądrego nauczyciela, który wysokim kazał grac w siatkę, a niskich prowadził na bieżnie. Potem na kolegę, który posadził go na dachu wojskowej nyski, byłego wozu propagandy, i kazał ostrzegać przechodniów przed biegiem. Ale po kolei.

Jak biegnie, to ukradł

Roman Toboła do drugiej klasy szkoły średniej mierzył 149 centymetrów wzrostu. Był chudy, mały i czytał jedna ksiażkę dziennie. Nie lubił wuefu, jak się bił, to zawsze zbierał cięgi. Jego życie najpewniej toczyłoby się drogą książkowego mola, gdyby nie Bolesław Bykowski.

Ten świętej już pamięci wybitny nauczyciel z Lęborka jako pierwszy zaprowadził go na bieżnie, w której młody Roman zakochał się od pierwszego startu. Książek nie rzucił, ale coraz częściej zdradzał je z bieganiem. To była miłość prawdziwa, bo w tamtych czasach, czyli w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, biegali tylko ci, którym nie przeszkadzało, ze biegających uznawało się za wariatów. Jak ktoś trenował poza stadionem, to zaraz wołali, że zboczeniec jakiś ucieka, pytali, czy gdzieś się pali, albo dzwonili po milicje, żeby łapała złodzieja – bo jak biegnie, to na pewno coś buchnął.

"Tenisówki podklejaliśmy dodatkową gumą, bo oryginalne podeszwy były cienkie jak plastry sera – śmieje się 57-letni już dziś weteran biegów długodystansowych. – A jak ktoś dostał talon na tak zwane "wałbrzychy", czyli jedyne wtedy buty stricte do biegania, to zaraz jak tylko przyniósł je do domu, moczył godzinami w wodzie, żeby zmiękły".

Ale jak się zdarzyło, że te szybkobiegi ktoś dostał tuz przed startem, to nie grymasił, ze nierozbiegane. Zagryzał zęby i leciał na obtarciach. Ważne, że coś było na nogach. Czasem to coś trzeba było reperować taśmą.

"Kto ma mikrofon, ten ma władze" – Roman Toboła wie, jak prawdziwe jest to stwierdzenie. Dlatego oddaje go bardzo niechętnie. Zwłaszcza politykom w okresie wyborczym. Jeśli już zdecyduje się go komuś przekazać, to chłopakowi, który prosi dziewczynę biegaczkę o rękę.

"Bo sport to musi być dobra zabawa" – twierdzi. Roman śmieje się, że dziś jest na trasie ciut więcej sprzętu. Jeden z jego kolegów z tamtych czasów żartuje, że czasem ludzie się tak obwieszą gadżetami, że brakuje miejsca na trasie, żeby ich wyprzedzać. A wtedy były tylko buty, spodenki, koszulka, a na punktach żywieniowych woda i cukier. Wystarczało.

Treningi też nie były wyszukane. Na początku biegało się techniką trzystopniową. Na przykład 30 kilometrów to tak: pierwsza dycha na rozbieganie, druga dycha już na korbę, a trzecia to całkiem na wyścigi. Czasem do nieprzytomności.

"Polska to była wtedy Kenia. A nawet jeszcze większa treningowa dziura, bo tam już sporo dziś wiedza, a myśmy nie wiedzieli nic. Trenerzy radzili wtedy tylko, żeby biegać mocno i na palcach. Tyle!" – opowiada Toboła. Dopiero jak wpadł mu w ręce sławny podręcznik Zbigniewa Zaremby "Nowoczesny trening biegów średnich i długich", to czegoś się dowiedział.

Medal na szczotce

Jego żona, Elżbieta, na szczęście przed ślubem wiedziała, ze wychodzi za biegacza. Konsekwencje poznała dopiero później. "Bywały ciche dni po tym, jak mnie z dziećmi sama zostawiał i jechał na maraton albo trenował dzień w dzień, zaniedbując dom" – wspomina kobieta, która, chcąc nie chcąc, stała się częścią historii biegów w tym kraju. Ale więcej było tych dobrych momentów.

"Na przykład do dziś zapominamy wystawić na stół alkohol, gdy przychodzą goście. Myśmy zazwyczaj przyjmowali kolegów Romka od biegania, a oni procentów nie potrzebują, bo to sami endorfinowcy" – żartuje pani Toboła.

Bo Roman Toboła, nawet jak już skończył studia i został nauczycielem na wsi, to cały czas biegał. Amatorsko, ale z wynikami koło 2:35. Raz nawet maraton wygrał. Trasa z Pucka do Helu: skwar taki, ze faworyt dostał udaru. Roman przytomność utrzymał i zwyciężył. Zawodowo był nauczycielem. Jak podyplomowo zrobił AWF, to wzięli go do szkoły sportowej na wuefistę.

Tagi: ludzie | biegi | biegacz | bieganie | maraton | start w zawodach | spiker | głos | historia | historia biegania | Roman Toboła

Oceń artykuł:

4.2

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij