[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.9

Skąd ja go znam? Roman Toboła i jego głos

Jeśli startujesz w biegach, to ten głos na pewno kojarzy Ci się z poczuciem ulgi i zadowoleniem z sukcesu - w sezonie słychać go na sześćdziesięciu metach w kraju. Poznaj Romana Tobołę, z zamiłowania biegacza, z przypadku - spikera zawodów .

Roman Toboła, spiker fot. Tomasz Woźny

Przyjechał do Szczecinka, gdzie mieszka do dziś, i już stamtąd jeździł na maratony. Najczęsciej z kolegami. Było ich czterech i na miejsce zjeżdżali się na dzień przed startem. Roman przywoził koguta, którego rezerwował u znajomego rolnika na trzy miesiące wcześniej (śmieje się, że intuicyjnie wybierał tego, który najszybciej biegał), jeden kolega włoszczyznę, drugi kocioł, a trzeci maszynkę. I tak sobie w przeddzień startu warzyli gar rosołu, którym krzepili ciała na dwie godziny przed startem. O węglowodanach, odzywkach i suplementach nikt nie słyszał.

"Raz dostałem od kolegi dwie łyżki isostaru do spróbowania. Trzy miesiące trzymałem to w szafce, zanim zdecydowałem się pokrzepić tym zachodnim specyfikiem" – wspomina. Bo tak – Polska to rzeczywiście była Kenia. Szło nie tylko o dietę i o trening, ale i o biegową wolną amerykankę.

REKLAMA

Pierwszy masowy bieg, na którym Roman się stawił, to był Maraton Pokoju – dziś Maraton Warszawski. W 1979 roku był tak dobrze rozpromowany, ze pobiegło prawie 2000 osób. W całej Europie większy był tylko maraton paryski, i to tylko o setkę uczestników.

"Pamiętam, że w naszym biegły nastolatki – wspomina Roman. – "Mówiło się nawet, że przebiegła go córka organizatora Tomasza Hopfera, która miała wtedy 7 lat. To było pomieszanie pasji i szaleństwa". Zwłaszcza że mało kto, a właściwie prawie nikt, nie biegał dla nagród.

Roman raz wygrał coś porządnego, bo jak na tej upalnej trasie Hel – Puck przyszedł pierwszy, to dostał wczasy dla dwóch osób we Władysławowie. Oddał żonie, żeby pojechała z synem, a sam z młodszą córką został w domu. "Zrobiłem to z premedytacją, żeby potem miała mniej argumentów, powstrzymując mnie przed kolejnym wyjazdem czy treningiem" – opowiada.

Co więc wygrywali biegacze? A to świniaka, a to meblościankę, a to ławę na dębowych nogach. Raz przed Maratonem Pokoju pół korony Stadionu Dziesięciolecia wyłożone było naprawdę wartościowymi dziełami sztuki. Miało starczyć dla kilkudziesięciu biegaczy. Starczyło dla sześciu, bo resztę precjozów rozkradli oficjele – takie to były wówczas czasy.

Zresztą bieganie masowe w latach 80. i 90., po krótkim boomie, zaczęło chylić się ku upadkowi. Przykład? "Jak w 1989 roku odbierałem medal za udział w dziesięciu z kolei Maratonach Pokoju, to uroczystość wyglądała tak, że znudzona pani zdjęła jeden z pęku medali wiszących na kiju od szczotki zatkniętym między dwoma wiadrami i bez słowa dała mi go do ręki" – wspomina Roman.

A kibicowanie? Nie można powiedzieć, że nie było takie jak dziś, bo nie było go wcale. Roman pamięta, że tylko raz w czasie biegu usłyszał oszałamiający doping. Dopiero jak dobiegł do wrzeszczącej grupy, to zobaczył, że to Azjaci odwiedzjący nasz kraj na wczasach. Bo u nich to już był boom, a my musieliśmy jeszcze poczekać.

Ale Roman nie siedział z założonymi rękami. Miał je zajęte, bo w 1994 roku wcisnęli mu w nie mikrofon. A właściwie to na samym początku propagandową szczekaczkę. I to był dla niego przełom. 

Od stresu i śniadania

Początki miał prozaiczne, a właściwie to nawet trochę komediowe. W 1994 roku Piotr Nowakowski, dyrektor 10-kilometrowego biegu Winanda Osińskiego, miał kłopot. Auto prowadzące stawkę prawie rozjechało grupę pieszych. Potrzebny był więc ktoś, kto przez megafon będzie alarmował miasteczko Szczecinek, że leci grupa zapaleńców. Padło na Romana.

"Posadzili mnie na dachu wojskowej nyski, która kiedyś była wozem propagandowym. Dali do jednej ręki szczekaczkę, a drugą kazali się trzymać, żebym nie spadł. Miałem ostrzegać ludzi, a mi wyrwał się komentarz" – wspomina Roman.

Wśród tych, którzy znaleźli uznanie dla możliwości spikerskich 34-letniego Romana Toboły, był Stanisław Lange, szef biegu rozgrywanego na Starym Mieście w Gdańsku. Zdecydował, że Roman musi i u niego pokomentować. Tym sposobem już za drugim razem Roman Toboła mówił do tysięcy ludzi.

"Po tych zawodach padałem na twarz. Mniej bym się męczył, biegnąc, niż komentując tę dychę – opowiada spiker. – Dziś jest już inaczej. Teraz sam steruję emocjami. Podkręcam się na wyższe obroty". Choć to wkręcanie nie jest za często potrzebne.

Człowiekowi szczęśliwemu dużo nie trzeba, by wyzwolić w sobie emocje. A Roman uważa się za szczęśliwca. Bo jak łapał za mikrofon, to marzył o tym, żeby biegi były popularne choć w połowie tak jak dziś. Ma szczęście być tego świadkiem, ale i inicjatorem. Także dlatego, że jako spiker przez 11 lat u boku Bogusława Mamińskiego, Jacka Wszoły czy boksera Krzysztofa Kosedowskiego organizował coroczne, letnie biegi śniadaniowe. Oni byli ich twarzami, a on głosem.

"W wakacje objeżdżaliśmy wybrzeże od Krynicy po Międzyzdroje – mówi komentator. – Najpierw stawaliśmy na deptakach obok zaparkowanego hummera i zapisywaliśmy na poranny bieg. Zapraszaliśmy wszystkich, w każdym wieku. Efekt? O 9 rano na biegu byli wszyscy: babcia w kapciach, dziadek w gumiakach, a czasem i wnuczek" – śmieje się.

1 2 3
STRONA 2 z 3

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij