[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.9

Skąd ja go znam? Roman Toboła i jego głos

Jeśli startujesz w biegach, to ten głos na pewno kojarzy Ci się z poczuciem ulgi i zadowoleniem z sukcesu - w sezonie słychać go na sześćdziesięciu metach w kraju. Poznaj Romana Tobołę, z zamiłowania biegacza, z przypadku - spikera zawodów .

Roman Toboła, spiker fot. Tomasz Woźny

Idea była humanitarna. Wszyscy biegną żółwim tempem za hummerem. Jak stawka się rozciąga, auto staje i czekamy na maruderów. No i jest sukces. W latach 90. Roman Toboła komentował kilka biegów w sezonie, dziś ma ich sześćdziesiąt. W tygodniu jest więc zasłużonym emerytem, a w weekendy szalonym komentatorem. Bo mimo że idzie mu już 57. krzyżyk, to swoją energią mógłby obdzielić tyleż bomb. Przed biegiem lata, sprawdza, kontroluje, pyta, a na maratonie przez 9 godzin gada. "O Jezus, znów wuef z Tobołą" – stękali jego uczniowie. I to jest chyba najlepszy wyznacznik jego energii. Bo to nie jest profesor od przysiadów, który rzuca piłkę i zaszywa się w kanciapie. To człowiek-inicjatywa.

Do komentowania przygotowuje się w tygodniu. Czyta fora, strony i pisma branżowe, żeby wiedzieć jak najwięcej nie tylko o samym biegu, ale i o ludziach, którzy w nim startują. Dlatego właśnie wyłuskuje ciekawostki. "Sport ma być przede wszystkim zabawą. Nie ma tu miejsca na nadęcie" – wyjaśnia krótko człowiek, który jest właśnie taki, jaki sport powinien być: energiczny i wesoły. Dlatego jak go w rodzinie poprosili, żeby poprowadził przez mikrofon pogrzeb, to po tym jednym razie zrezygnował. Za dużo wysiłku kosztowało go to, by się kontrolować, by nie wejść w retorykę i tembr biegowy.

REKLAMA

Głupi Jasio i laga

Tym tembrem opowiada więc o zawodowcach, których osiągnięcia recytuje przez sen. Takim tonem oznajmia, że na trasie jest małżeństwo, któremu błogosławił na zeszłorocznej imprezie, a dziś już biegną z dzieckiem w wózku. W taki sposób ogłasza, że są na imprezie ludzie, którzy pokonali raka, którzy są po, a czasem nawet w trakcie chemii. Z tą energią ogłosił w zeszłym roku, że po raz pierwszy w kraju ramię w ramię biegła teściowa z zięciem.

"To był prawdziwy fenomen – wspomina z uśmiechem. – Już wcześniej była szansa, bo kobieta przekonywała mnie przed biegiem, żebym ogłosił, że ona właśnie z zięciem leci, bo już za dwa miesiące miał być ślub. Ale ja wiem, że czasem ludzie sprzed ołtarza wieją i przezornie nie powiedziałem. No i stało się: chłopak zrezygnował".

Ale ten energiczny tembr nie zawsze działa na ludzkie dusze jak balsam. Kto przybiegł na metę w jego akompaniamencie, to go kocha. Pełno jest takich, co podchodzą do Romana w pociągu, w sklepie, na ulicy i mówią: "Ja pana głos kojarzę, super, dziękuję". Są jednak i tacy, jak emeryt na maratonie w małym mieście, który darł się przez okno, żeby całą tę "durną imprezę uciszyć". Jak go Roman zignorował, to dziadek wyszedł z domu z lagą wielką jak kij bejsbolowy i tylko szczęście uratowało biednego spikera przed rozłupaniem czaszki.

"Ten zawód ma swoje pułapki – śmieje się Roman. – Już wiem, że nie mogę dawać mikrofonu. Taką mam zasadę, że jego i żony nie oddaję. Dlaczego? Ano dlatego, że nie brakuje takich, co to głośno i wyraźnie chcieliby wyrazić swoje niezadowolenie z wyniku, organizacji zawodów czy sytuacji politycznej w kraju".

O sytuacji politycznej chcą mówić przez mikrofon oficjele.Najintensywniej ciągną Romana za rękawy, gdy idą wybory. O, wtedy to każdy chętny do eksponowania samego siebie. Ale Roman wie, że kto ma mikrofon, ten ma władzę, więc ludziom, którzy chcieliby tę zasadę wykorzystać, odmawia z założenia. Sam jej nie wykorzystuje. "Nigdy nie wdaję się w żadne pyskówki, sprzeczki, polemiki – mówi. – To jest zasada, dzięki której chyba zachowuję szacunek biegaczy".

Szacunek maratończyków i organizatorów zyskuje sobie też subtelną i wyważoną metaforą. Jak ją tworzy? Jak erudyta. Weźmy na to Półmaraton Ślężański. Na zboczu góry jest kamienna figura pielgrzyma, który wspina się od setek lat na szczyt. A w utworze Jacka Kaczmarskiego pt. "Głupi Jasio", którego ostatnio słuchał, jest taka treść: "W baśniach śpią prawdziwe dzieje/Woda Życia nie istnieje/Ale zawsze warto po nią iść".

"Czy połączenie tych słów i przesłania stojącego za kamiennym pielgrzymem to nie metafora biegania w ogóle? No bo po co biegamy, gdzie biegniemy? Nie wiadomo. A jednak biegniemy" – podsumowuje Toboła.

Żeby jego komentarze zyskały, ciągle czyta. Ostatnio rosyjskich klasyków. Nie stroni też od poezji. Ale praca spikera to nie tylko poezja, to też proza. Ot, choćby powtarzanie po sto razy do tych, co przekroczyli metę, żeby zeszli dalej i dali finiszować innym. Albo przejęzyczenia. Raz z Uniwersytetu Rzeszowskiego zrobił Uniwersytet Żydowski. By takich wpadek nie było, zawsze stara się przed biegiem wypocząć, a żeby gardło nie szwankowało, robi sobie syrop z pędów sosny. Gdy się tylko pojawią, ścina je, zalewa spirytusem, a potem to wszystko do miodu. Grzeje i łagodzi – jak bieg.

Życie bez sylwestra

Roman komentuje, bo kocha bieganie. Ścigać się już przestał, bo mu młode wilki gryzły pięty, ale treningi w domu robi. Trzy, cztery razy w tygodniu, nawet 20 kilometrów sobie zaaplikuje. Bo bieg to według niego nie tylko prosty, łatwy do uprawiania sport. To coś więcej – to atawizm. Najlepszy lek na życiowy stres.

"Mam takie powiedzenie: każdy problem znika na piętnastym kilometrze. Tylko trzeba tam dobiec" – zdradza receptę na dobre życie. Sam ją zreszta wdraża. Przyjaciel od 40 lat, Ryszard Majewski, wspomina, że gdy 8 lat temu stracił żonę, to właśnie Roman pomagał mu przez ten dramat przejść. A właściwie przebiec. "Robiliśmy kolejne kilometry ramię w ramię. Pomagało" – wspomina.

Roman Toboła mówi, że jest szczęśliwy. Bo bieganie – dzięki któremu nieraz dotknął granic swoich możliwości, gdy świat wirował, a nogi odmawiały posłuszeństwa, dzięki któremu wciąż trzyma się w świetnej formie – święci szczyt swojej popularności. I nawet jeśli hossa się skończy, to i tak sukces jest ogromny. Dlatego gdy na mecie usłyszycie, że peany na cześć wszystkich biegaczy kraju wykrzykuje Roman Toboła, to pamiętajcie, że poświęcił temu całe życie. Często nawet kosztem spraw rodzinnych.

"Moi rodzice nigdy nie chodzili na sylwestra – wspomina jego 35-letni syn Witek. – Odkąd pamiętam, tato startował w biegu noworocznym i musiał się przed nim solidnie wyspać".

 RW 05/2014

1 2 3
STRONA 3 z 3

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij