Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.8

Social bieganie, czyli od motywacyjnego kopa po puste przechwałki

Niektórzy twierdzą, że portale społecznościowe to targowisko próżności. Mówią tak jednak głównie ci, którzy nie znają nas - biegaczy. Bo nawet jak pojawiają się przechwałki, to obok nich znacznie więcej ciekawych treści. Zobacz, co daje biegaczom obecność w sieci.

Social mania fot. Chris Chrisman

Wszystko zaczęło się od forów. One były pierwsze. Na nich ci, co nie wiedzieli, dowiadywali się, jakie kupić buty, ile zjeść „węgli”, dlaczego boli i kiedy przestanie. Do dziś są one zresztą ważną częścią życia biegaczy podpiętych do internetu. Na przykład użytkownik „taki jak ja” na jednym z forów wyznaje, że tak długo biegał jedną trasą, że oswoił dzikie kaczki.

„ObiWanSymbian” opowiada, że widział policyjnego passata zaszytego w krzakach, a w nim dwie umundurowane śpiące królewny, „Dziunia79” śmieje się, że na jej widok starszy sąsiad burczy pod nosem: „Biegają i biegają, a w kuchni nie ma kto gotować”, a „Melody’ja” wyznaje, że jak się na inne biegaczki napatrzyła, to powiedziała na swoje kompleksy: „A… pieprzę!”. Po to nam fora.

Ale w mediach społecznościowych zrodziła się w ostatnich latach nowa jakość. Facebook, blogi czy Endomondo i im podobne spowodowały, że wirus biegania szerzy się w tempie sprinterskim. No choćby wziąć pod uwagę liczbę użytkowników tego ostatniego medium. Jest ich dziś 1,5 miliona, czyli 90 razy więcej niż w 2010 roku! Mette Lykke, jedna z trzech założycieli firmy, sukces aplikacji upatruje w tym, że wprowadziła ona do sportu wymiar społeczny.

„Ludzie używają Endomondo z wielu różnych powodów – mówi Mette Lykke. – Jednych motywują gromadzone w trakcie treningu dane, analiza wyników, inni szukają zachęty ze strony przyjaciół, a wielu za najważniejszy uważa aspekt współzawodnictwa”. Jeszcze inni szukają po prostu kompanów do biegu. Na przykład 40-letni poznaniak Mariusz Pohl, stateczny małżonek i rodzic dwójki dzieci, wieczorami oddaje się pasji śledzenia innych biegaczy w dzielnicy Wilda.

Ale nie lata za nimi w prochowcu z postawionym kołnierzem, tylko siedzi przed komputerem i wyszukuje ich na Endomondo. Potem wysyła im zaproszenie i znajomość gotowa. „Przecież nie wyjdę jak wariat na ścieżkę i nie będę podpytywał przechodniów, czy biegają – wzrusza ramionami biegacz. – Endomondo to cywilizowany i bezpieczny sposób na odnalezienie sobie podobnych”.

Dobra fota i hasło

Jak się trenuje z obcymi? Zdawkowe „cześć”, krótkie obwąchanie („Ile już biegasz, jaką masz życiówkę?”), potem rozgrzewka i radosne do przodu! No i drugi raz już biegniesz z kumplem. A potem wpis na fanpage’u facebookowym Wilda Biega: „Były niecodzienne widoki w postaci mijanej podczas biegu ogromnej koparki oraz »bufet« na trasie w postaci połkniętej kolejny raz muchy. I jak tu nie biegać?”.

Tak, tak, Facebook. Kolejne narzędzie, bez którego współczesny biegacz obejść się nie może. Widać to najlepiej po jednym z największych polskich fanpage’ów biegowych – Bieganie. Powstał w pierwszych dniach Facebooka w Polsce, a dziś ma już 85 tys. fanów. Co tam znajdziesz? Przede wszystkim memy. Na obrazku dziki gąszcz, kilku szczęśliwych biegaczy i opis „Gdzieś w raju”; zgrabne nogi jakiejś sympatycznej biegaczki i sentencja: „Biegnij sercem, a nie nogami”; dwóch biegaczy w świetnej formie i jeszcze w przyzwoitym stanie, a nad obrazkiem: „Tak wygląda nasza niedziela, a Wy co macie dzisiaj w planach?”. W komentarzach pod wpisem szał!

Moderatorem tej strony jest Łukasz Brykczyński, 25-latek, entuzjasta i zapaleniec. Biegać zaczął w wieku 12 lat, a teraz jeszcze motywuje. Bo tym właśnie jest prowadzenie Biegania – motywowaniem. „Oprócz informacji nasi fani oczekują inspirujących zdjęć i sentencji. Nasze cytaty ruszają z fotela, a zdjęcia zachęcają do włożenia biegowych butów – opowiada Łukasz. – Najlepiej nakręcają proste wpisy z dobrą fotą. Wystarczy pytanie: »Idziemy biegać?« albo zdanie: »Biegałoby się«. Dla nas to wszystko! Więcej potrzebują wiedzieć naukowcy”.

Jesteśmy próżni?

No właśnie. Po co biegaczom Facebook i blogi? Profesor Leszek Pułka, medioznawca i dziennikarz, analizuje krytycznie, na chłodno. Owszem, znaczenie ma nasz instynkt stadny, bo człowiek nie jest jak niedźwiedź polarny – musi mieć kompanów. Ale już poza tym Facebook i blogi to dla profesora małe targowisko próżności.

„Jak mały Zyzio na imieninach u cioci wskakuje na krzesełko i klepie wierszyk, tak dorośli ludzi w internecie lubią poopowiadać o sobie – przekonuje Pułka. – Tak jak kiedyś, wisząc głową w dół na trzepaku, plotło się niestworzone historie o sobie, tak dziś na Facebooku pokazuje się swoje dokonania czy zdjęcia w obcisłych legginsach i mocno wyszczuplających lycrach”.

Czy rzeczywiście chodzi o wizerunek? Czy Facebook dla biegacza to często miejsce lansu, gdzie może się pokazać w całej swojej smukłości, wesołości i najlepiej z kolorowym izotonikiem? „Na pewno nie wszyscy tak robią – zapewnia Wiesław Gałązka, spec od kreowania wizerunku. – A nawet jeśli ludzie koloryzują trochę w internecie, to w czym problem? Mamy takie czasy, że jak nie ma cię w internecie, to nie istniejesz”.

Zdjęcia w legginsach na Facebooka – i to bez żadnego zażenowania – wrzucają członkinie klubu Kobiety Na Medal. A co? Jak się spadło o kilka rozmiarów i w wieku 40 lat można się pochwalić ciałem szesnastki, to dlaczego tego nie zrobić?

W taki rozmiar wskakuje i z takiego założenia wychodzi szefowa klubu i jego założycielka Irena Trzęsicka. Akcje zachęcania do biegu zaniedbanych kobiet zaczęła w 2012 roku. Dziś klub ma już tyle członkiń, że musiała zostawić pracę i zająć się tym na stałe – dzięki mediom społecznościowym rekrutuje dziewczyny z całej Polski, a nawet ze świata.

„Biegaczki w koszulkach naszego klubu spotykamy na biegach w całym kraju. Bez portali społecznościowych zasięg akcji byłby cieniem dzisiejszego” – mówi szefowa kobiecego klubu. Fenomen mediów społecznościowych polega na tym, że dziewczyny tworzą grupę, że mają z kim o bieganiu pogadać. „Biegać możemy sami. Ale potem potrzebujemy z kimś o tym naszym bieganiu pogadać. Inaczej by nas rozsadziło” – śmieje się Irena.

Bo chcemy budować grupę. Jak Katarzyna Włodarczyk, autorka bloga Matka Biega, która robi kilometry po to, żeby częścią rodziny biegowej się poczuć. A czuje się, gdy waga spada jej poniżej osiemdziesiątki. No i walczy z wagową sinusoidą. Ale z jakim urokiem! No choćby wpis o nowym pasie biegowym: „Zmieszczą się w nim chusteczki, mój srajtfon, 3 żele i 20 zł (na taksówkę) – na maraton doładuję sobie tam jeszcze czekoladę... wróć ;) – tylko mp3kę”.

Katarzyna zaczęła pisać bloga, żeby zmotywować samą siebie, żeby być biegaczką, a nie tylko matką, bo przecież mało której kobiecie to wystarczy. Dziś wie, że jest odpowiedzialna za motywowanie kilku podobnych do niej kobiet. Pisze też dla nich. „A debatują, czy Kasia biec powinna, choć wiadomo, że będzie ostatnia. Czy Kasia maraton przeżyje, czy kipnie. Takie tam właśnie – śmieje się autorka bloga. – Ja z kolei szukam w necie innych biegających matek. Bo tak nas mało…”.

Szukają się nawzajem, bo szukają wsparcia. Wsparcia potrzebował Wojciech Jakubowski, bo w zeszłym roku rzuciła go dziewczyna. Znalazł je w bieganiu i w internecie. Zastosował zasadę Scotta Jurka: „Biegnij, aż już nie będziesz mógł. A potem pobiegnij jeszcze trochę” i wielu ludziom to zaimponowało. Dziś 120 osób lubi jego stronę, a Wojtek wyciągnął się z dołka, schudł i złamał 4 godziny w maratonie. „Bieganie pomaga uciec od każdego problemu – mówi nauczyciel niemieckiego. – Poza tym czuję się członkiem pewnej społeczności. Mam pełno znajomych, których jeszcze nawet na oczy nie widziałem”.

Wojtek wybiegał więc spokój, ale i pazur. Na Facebooku publikuje na przykład zdjęcie frotki z rozpisanymi czasami przed maratonem – pierwsze kilometry płyną pod hasłem „Spokój grabarza”, ale potem wysmarował grubym flamastrem: „Depnij, kur…”. Taką samą siłę bieganie i internet dały rodzinie Damiana Orzechowskiego. Jego synek urodził się bez stopy. Damian wie, że to, co wtedy czuł, zostanie z nim do końca życia, ale pośród wszystkim emocji – takich ja strach, rozżalenie, żal, wściekłość – znaleźli z żoną siłę do działania.

Założyli Bartkowi bloga naszmaraton.pl i tam zbierają pieniądze na kolejne protezy dla wesołego blond-maluszka. „Gdyby nie portale społecznościowe, na pewno nie uzbieralibyśmy na protezy, które ciągle trzeba zmieniać, bo Bartuś rośnie. Ale wierzymy i biegamy, a internet robi swoje. Nasze koszulki kupują ludzie z Nowego Jorku – cieszy się Damian. – To wszystko daje mi nadzieję, że kiedyś pobiegnę z synem maraton. Wierzę w to. Wierzę, że mnie kiedyś prześcignie”.

Damian wierzy w pomoc polskiej biegowej rodziny. A ta coraz to się powiększa i szuka coraz to większej integracji. Najlepiej wie o tym Karina Stadnicka, dziennikarka radiowej Czwórki i świeżynka w biegowej familii. Pewnego dnia wyszła na krótki trening i mijała starego wyjadacza, takiego na oko 70-latka. Gdy ten ją pozdrowił, zdębiała i przez jakiś czas biegła przekonana, że pomylił ją z sąsiadką. Ale gdy sytuacja się powtórzyła, zrozumiała, że to rytuał. „Wspaniały zwyczaj. Poczułam się jak wielokrotna maratonka, jak dojrzała biegaczka” – ekscytuje się Karina.

Tania motywacja

No i zrobiła akcję Pozdrów Biegacza. Myślała, że wyjdzie takie małe coś, a tu wielkie bum! Po opublikowaniu postu na fanpage’u Bieganie po trzech godzinach było 1400 lajków. „Niektórzy śmieją się z nas, internautów, że jak nie wrzuciliśmy treningu na Endomondo, to nie pobiegaliśmy. I co z tego?” – wzrusza ramionami Karina.

Bo taka jest potrzeba budowania grupy. Tworzenia społeczności biegaczy, szukania też autorytetów. Dziś, gdy ludzie coraz niechętniej wierzą mediom, szukają oparcia w tych, którzy nie są od nich oddzieleni ekranem telewizora. To na przykład blogerzy tacy jak Arvind Juneja – właściciel Fitback.pl – jednego z najpoczytniejszych blogów biegowych w sieci. Arvind tłumaczy nie tylko to, że blogerzy piszący o bieganiu to blogacze, ale wyjaśnia też istotę mediów społecznościowych.

Czy ma doświadczenie, by to robić? W takich portalach pracuje zawodowo, blogów ma kilka, a bieganie zaczynał jak każdy. Latał za szybko, potem jak wariat ćwiczył interwały z programem Sereny Williams, a w zimie ubierał się na treningi jak Rocky, zbyt wielowarstwowo. Ale dziś zasięg jego bloga – czyli fani plus ich znajomi – można określić na 200 tys. osób. Arvind wykorzystuje to do rozsiewania wirusa zdrowego życia. Zorganizował na przykład akcję „Twój pierwszy kilometr”, w której jego fani wyciągali z domów tych niebiegających – truchtało 80 osób w całym kraju.

Takie pomysły zmieniają jego otoczenie na lepsze. „Niekoniecznie to najbliższe sąsiedztwo, na przykład osiedle czy dzielnicę, ale to wirtualne, czyli moich fanów i ludzi, do których docierają wpisy na moim blogu – mówi Arvind. – To niewiarygodne, ale któregoś dnia zobaczyłem, że ludzie zaczęli na maratonach wpisywać nazwę mojego bloga jako swój klub” – dodaje.

Arvind zauważa, że gdyby nie blogi i Facebook, to musiałby wykrzyczeć ideę biegania w tłum, licząc, że dotknie ona kilka zainteresowanych osób. A tak wirus biegania trafia od razu tam, gdzie powinien. Na przykład do chłopaka, który wysłał do Arvinda krótkiego mejla. Co napisał? To, że mu za inspirację do biegania dziękuje, bo jest teraz innym, lepszym, zdrowszym człowiekiem. Takim, który teraz sam tym wirusem zaraża.

Zobaczyły to miliony

Bohaterowie sieci wybrani przez Runner's World.

Walka o olimpiadę

Kiedy zakończyły się polskie kwalifikacje do igrzysk olimpijskich w Londynie, z wymaganym minimum trzej sportowcy minęli się dosłownie o sekundy. Limit wynosił 2:30:00 dla kobiet i 2:10:30 dla mężczyzn. Iwona Lewandowska pobiegła na 2:30:38, Artur Kozłowski na 2:10:58, a Mariusz Giżyński zrobił czas 2:11:20.

Gdy Polski Związek Lekkiej Atletyki odmówił im udziału w igrzyskach, na Facebooku pojawił się fanpage, którego założyciele postanowili walczyć o zmianę decyzji. Zmagania były zacięte. Stronę polubiło 1000 osób, a swoje poparcie dla kandydatur trzech sportowców wyraziły takie nazwiska świata biegowego, jak Jerzy Skarżyński czy Michał Bartoszak – olimpijczyk z Aten.

Niestety, PZLA pozostał nieugięty. Takie akcje mają jednak szanse powodzenia. W Wielkiej Brytanii w ten sam sposób fani sportu walczyli w sieci o występ na igrzyskach olimpijskich Lee Merriena. Udało się: brytyjska federacja zmieniła zdanie.

Nie, nie!

Francuski biegacz Mahiedine Mekhissi-Benabbad mógł być zapamiętany jako chlubny zwycięzca biegu na 3000 metrów z przeszkodami na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy w Helsinkach w 2012 roku. Niestety, arogancja, którą zaprezentował po wyścigu, lepiej zapadła w pamięć kibicom tamtych zawodów.

Na wideo, wyświetlonym ponad milion razy, cały świat zobaczył, jak naładowany emocjami Mekhissi-Benabbad najpierw wytrąca ulotkę z rąk maskotki imprezy, a potem popycha ją z całej siły obiema rękoma. Skandal był podwójny, bo w kostium ubrana była 14-letnia dziewczynka Appy.

Przyjaciel w potrzebie

Ten 3-kilometrowy bieg w akademickich lekkoatletycznych mistrzostwach w Ohio nie toczył się po myśli Meghan Vogel. Było źle. Ale jej rywalce Arden McMath szło jeszcze gorzej. Gdy Vogel wbiegła na ostatnią prostą, zobaczyła, że McMath walczy o to, by utrzymać się w pionie. Wideo, na którym Vogel prawie niesie koleżankę, szybko zdobyło popularność w sieci oraz największej stacji sportowej w USA, ESPN.

„Nie rozumiem, dlaczego ludzie nazywają mnie bohaterem. Po prostu zrobiłam to, co uznałam za słuszne” – mówiła Vogel.

Londyńska filantropia

W kwietniu 2012 roku 30-letnia Claire Squires stanęła na linii startu londyńskiego maratonu. Jej motywacją była akcja charytatywna upamiętniająca śmierć brata, który przedawkował narkotyki. Podczas biegu zebrała 800 dolarów, ale półtora kilometra przed metą upadła na ziemię i została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła.

Jej tragiczna śmierć okazała się dopiero początkiem akcji zbierania pieniędzy. Strona Claire w serwisie justgiving.com zdobyła ogromną popularność. 800 dolarów zebranych przez kobietę zamieniło się do tej pory w 1,7 miliona. Pieniądze na jej fundację wpłacają ludzie z 60 krajów. W szczytowym momencie darczyńcy wpłacali 47 tys. dolarów na godzinę.

Pan fotogeniczny

Wielu biegaczy stroi miny do obiektywu przy przekraczaniu linii mety, licząc, że się wyróżnią i zostaną zapamiętani, jednak – o, ironio! – to zdjęcie radośnie uśmiechniętego

Zeddiego Little'a z początku trasy jego drugiego biegu stało się sławne. Fotoamator Will King złapał go w ujęciu, które przekazywane z komputera na komputer, ze smartfona na smartfon, dotarło do 300 tysięcy internautów. Dlaczego? Błysk w oku Zeddiego, słońce idealnie kładące się promieniem na jego włosach, sprawiły, że został uznany za Pana Prześmiesznie Fotogenicznego. Little do dziś jest rozpoznawany na ulicach Nowego Jorku. „To przedziwne, że tak wiele osób wie, kim jestem” – mówi.

Dżinsowy demon

Jill stworzyła ze swoim mężem bloga joggingjeans.com. To miał być żart. „Byliśmy na biegu w Pittsburghu i czekaliśmy na start, gdy ujrzeliśmy faceta rozciągającego się w dżinsach. Powiedziałam, że strasznie żałuję, że nie mam aparatu. Śmiałam się z tego przez cały wyścig”. Kiedy stworzyła bloga joggingjeans.com w październiku 2011 roku, myślała jedynie o tym, aby rozbawić swojego męża, a nie o tym, by rozkręcić statystyki ruchu na stronie.

Tymczasem teraz Jill ma średnio 550-600 odwiedzin dziennie. „Lubię to, że gdy ludzie widzą biegaczy w dżinsach, to myślą o mnie, a jeszcze bardziej to, że robią zdjęcia. Ale najlepsze jest to, że odwiedzają moją stronę, a potem celowo biegają w dżinsach”.

Potrzebował Spartan

Gdy Michałowi Leśniewskiemu urodziło się niepełnosprawne dziecko, postanowił dla niego biegać. Żeby zwrócić uwagę na problem i zebrać pieniądze, startował w maratonach, ale za każdym razem w innym przebraniu. Przebierał się a to za Elvisa Presleya, a to za Robin Hooda, Adama Małysza albo anioła z wielkimi skrzydłami.

W końcu zmęczony powiedział do kolegi: „Efekt byłby lepszy, gdyby biegało nas na przykład trzystu”. No i tak narodziła się idea „Spartanie Dzieciom”. Wieść o tym, że po Polsce biega coraz większa grupa maratończyków przebranych za tych legendarnych wojowników, rozeszła się po sieci błyskawicznie. Na Facebooku akcję lubi dzisiaj prawie 3600 osób, a biegających Spartan jest już kilkuset. Są wśród nich także kobiety.

Zobacz, do kogo warto zerknąć

Lista ciekawych profili na Facebooku i innych mediach społecznościowych jest bardzo długa.

RW 11/2013

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij