Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Standuper o Pile i Runnersie [felieton Jacka Fedorowicza]

Felietonista winien pisać o tym, co się może czytelnikowi przydać w jego bieganiu, zamiast zawracać mu głowę bieganiem własnym. Po tym kazaniu wstępnym przechodzę do kolejnego odcinka pamiętnika o bieganiu własnym. Ale spróbuję wetknąć coś pożytecznego.

Pomyślałem sobie, że felieton w Runner's Worldzie jest wciąż narażony na to, że przekształcić się może w pamiętnik w odcinkach. Co miesiąc autor będzie zdawał sprawozdanie z kolejnych biegów, które zaliczył, nie oprze się przy tym pokusie pochwalenia się a to wynikiem, a to morderczym dystansem i będzie się tak chwalił na potęgę, oczywiście udając, że robi to przypadkiem. Dotyczy to prawie wszystkich autorów piszących o bieganiu. Zjawisko wytłumaczalne, bo jeśli autor biega, to znaczy, że złapał bakcyla, poświęca bieganiu czas, pieniądze, wytęża siły i na dobrą sprawę jego bieganie jest dla niego ważniejsze, niż wiele innych spraw życiowych. No i trudno mu się powstrzymać od pisania o czymś, co leży mu na sercu najbardziej. A tymczasem powstrzymać się trzeba, pamiętając o prostej prawdzie, że czytelnik też biega i to jego czytelnicze bieganie jest dla niego najważniejsze na świecie.

Miała być porada: otóż szczerze rekomenduję w przyszłym roku półmaraton w Pile tym wszystkim, którzy jeszcze tam nie startowali. Czysta przyjemność. Ludność nastawiona życzliwie, żadnych klątw kierowców (słyszalnych w każdym razie), trasa równiutka, kilometry oznaczone wszystkie i w sposób widoczny, przemówienie burmistrza przed startem krótkie i z sensem. Co prawda obiecał sprowadzić chmury, jakby słońce za bardzo piekło, ale władza zawsze musi coś obiecać, można mu wybaczyć. W obsłudze biegu nikt nie palił (niby nic nadzwyczajnego, ale gdzie indziej tak nie jest, tu i ówdzie pokutuje tradycja peerelowska, że działacz sportowy to, jak lekarz lub pielęgniarka, musi palić, a w przypadku działaczy w piłce nożnej – do niedawna także pić i tyć).

Moje pozytywne nastawienie do Piły powiększało miłe odkrycie coraz większej popularności Runner’s Worlda. Co najmniej kilkanaście osób nie potraktowało mnie jak zwykle „o, ten z telewizji”, ale „o, redaktor z Runner'sa!”. Wbijało mnie to w dumę tak dalece, że nie próbowałem tłumaczyć, że zaledwie współpracownik, a przy okazji stanowiło coś w rodzaju prywatnej sondy, nie zawsze dostępnej Redaktorkom i Redaktorom RW, którzy też bywają na różnych biegach, ale nie wisi nad nimi aż taka klątwa rozpoznawalności. Więc wiedz, droga Redakcjo, że popularność RW rośnie!

Czytelnikiem RW, a w każdym razie moich uwag o ścinaniu zakrętów musiał być też ktoś, kto dbał o – by tak rzec – wystrój trasy. Wszędzie tam, gdzie nie do końca byłoby wiadomo jak bardzo można ściąć zakręt (chodniczek, trawniczek, szerokie pobocze) stały słupki z kolorową taśmą, która wyraźnie dawała do zrozumienia, że o większych skrótach mowy nie ma.

I na koniec refleksja, która może komuś się przyda. Otóż biegłem jak zawsze w grupie najpowolniejszych. Na mecie byłem trzysta pięćdziesiąty od końca przy startujących dwóch tysiącach i pół. Przez pierwszych 10 km wciąż obserwowałem plecy wyprzedzającej mnie z werwą młodzieży. Około 15. kilometra to się uspokoiło, a potem to już raczej ja wyprzedzałem tę właśnie młodzież i to nie dlatego, że taki dzielny finiszer ze mnie. Jestem bardzo powolny, ale staram się trzymać równe tempo i to mi się idealnie udało w Pile, co prowadzi do wniosku, że młodzież masowo popełnia kardynalny błąd, spala się mianowicie w pierwszej fazie biegu, opadając potem zupełnie z sił. Ja to rozumiem, sam byłem matką, też wyrywałem do przodu za wcześnie i za szybko. Porady doświadczonych plus próby praktyczne sprawiły, że uwierzyłem w sens rygorystycznego hamowania się na początku po to, by pod koniec nie człapać z wywalonym jęzorem i nie dziwić się dlaczego wszyscy wokoło tacy szybcy.

Post scriptum. Napisałem o Runner's Worldzie, odmieniając tego Worlda jakby było słowem polskim. To wpływ ogólnej mody. Czyta się ostatnio o lajkach, hejtach, startupach i standupach. „Standup” – kiedyś to się nazywało monolog humorysty. Nie podoba mi się to. Gdy gdzieś występuję (jako „standuper” rzecz jasna) zwracam się do publiczności z prośbą: „Wolałbym, żeby państwo oceniali standupy innych artystów, moja jest w dobrym stanie i nie podlega ocenie”.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze październik 2013

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij