Runner's World poleca:

Tadeusz Dziekoński: Wielki Mierniczy robi atest trasy biegu

Poleć ten artykuł:

Kto mierzy trasy polskich biegów? W zasadzie jeden człowiek - Tadeusz Dziekoński. I robi to już od 26 lat. Mierzy tak, że ludzie krzyczą, organizatorzy płaczą, a on jedzie na rowerze pod prąd. Z drogi zjeżdżają mu autobusy, kobiety z dziećmi i policjanci.

Tadeusz Dziekoński, WIelki MIerniczy polskich tras Zobacz całą galerię

Mierzył już Dubaj, Seul czy Omsk. Mierzył też wszystkie większe i mniejsze biegi w kraju. W sumie już czterysta razy. Tadeusz Dziekoński. Znasz go? Jeśli zdarzyło Ci się zobaczyć ufoludka w pomarańczowym stroju i białym kasku na rowerze jadącego pod prąd, to raczej był on.

To człowiek, dzięki któremu wyniki polskich zawodów trafiają do światowych rankingów. Człowiek zegarek, którego pozazdrościć nam mogą Szwajcarzy czy Niemcy. Człowiek, który mierzy maratony z dokładnością do pięciu centymetrów.

Start

Przed startem to bywa tak – zwłaszcza na mniej znanym biegu – że przyjeżdża elita i pyta organizatora, kto robił atestację. Kiedy pada nazwisko Dziekoński, elita wzdycha: „To rekordów nie będzie”. Wszystko dlatego, że po jego atestacji nie ma szans na krótszy dystans, na to, by trasa zagrała po stronie biegnących. Po jego atestacji jest tylko neutralna.

Taka ma być zgodnie z zaleceniami IAAF (International Association of Athletics Federations), którego jedynym oficjalnym atestatorem w Polsce jest właśnie Tadeusz Dziekoński. Jego przygoda zaczęła się tak, że w latach 80. przyjechał do Polski Amerykanin z branży biegowej i zapytał, jak my tutaj mierzymy trasy. Padła odpowiedź, że nie mierzymy, bo nie mamy czym. Człowiek ten przysłał więc pierwszy w kraju licznik do mierzenia tras i Tadeusz Dziekoński z kolegami ćwiczył.

Był wśród nich Henryk Paskal, który w 1989 roku przystąpił do egzaminu razem z Dziekońskim. Oni i Węgrzy, Czesi, Bułgarzy, Słowacy… „Certyfikat IAAF dostał jednak tylko Tadeusz – wspomina Paskal. – A to dlatego, że kałuże, które pozostawiła po sobie ulewa, myśmy omijali, a on jako jedyny w nie wjeżdżał, bo tak prowadziła trasa. Tadeusz nie pozwoli, żeby coś stanęło na drodze pomiaru”. Mierzenie większości tras zawodów biegowych w kraju zaczyna się w Białymstoku.

400atestów wystawił już Tadeusz Dziekoński

Tutaj mieszka Tadeusz Dziekoński i tu też siada do komputera przed każdym wyjazdem na pomiar. Włącza Google Earth – najlepsze jego zdaniem narzędzie do wstępnej oceny trasy – i analizuje każdy zakręt, krawężnik czy płot. I już wie, czy organizator zaplanował trasę w miarę rozsądnie, czy trzeba mu w tym pomóc. Potem śle do niego wstępny harmonogram i pierwsze uwagi – na przykład, jeśli maraton został przewidziany na 37 kilometrach, to pisze, że to, oczywiście, niemożliwe.

Potem jedzie na miejsce, przemierza trasę autem, by już we właściwym pomiarze jechać płynnie i zdecydowanie. By mieć ją w pamięci. Potem przebiera się w swój strój w ostrzegawczych barwach (ma dwa: jeden na cieplejsze dni, drugi na chłodniejsze), sprawdza przygotowany przez organizatora rower (dwa hamulce, sprawne światła, koła 27 cali) i zabiera się za kalibrację.

50-metrową taśmą mierniczą wyznacza odcinek nie krótszy niż 300 metrów i w ten sposób wylicza, ile obrotów na kilometr robi specjalnie do tego celu wyprodukowany w Teksasie licznik. Potem jeszcze raz mierzy taki sam odcinek, jeszcze raz kalibruje i z tych pomiarów wyciąga średnią. Koryguje ten pomiar jeszcze o wskaźnik wyliczony na podstawie temperatury asfaltu, bo taśma reaguje na temperaturę – kurczy się i wydłuża. Tak przygotowany rusza na trasę. Przed nim 4-6 godzin jazdy.

Półmetek

Z zawodu jest urzędnikiem skarbowym, a ze znaku zodiaku Panna. „A Panny bywają skrupulatne” – żartuje sam z siebie Tadeusz Dziekoński. Jego skrupulatność wyraża się też w tym, że często trasy maratonów, które atestuje, również przebiega. I w trakcie biegu sprawdza, czy wszystko jest OK. Bo jako atestator nie wziął się znikąd. To zapalony biegacz, z klasą sportową wywalczoną w roku 1980 z wynikiem 2:29:03.  

Mierzenie tras wymaga cierpliwości i powagi. Organizatorzy czasem tego nie rozumieją. Bywa, że podnoszę głos.

Miłość do biegania zaczęła się z kupnem pierwszego numeru „Przeglądu Sportowego”. Potem były już starty na uczelnianych zawodach w tej samej drużynie, co Leszek Balcerowicz. Dystanse to 800 i 1500 metrów. Dopiero później przyszły maratony. Pierwszy – bolesny, bo się pan Tadeusz przejadł krówkami. Trzy razy do rowu wskakiwał, ale czas 3:02 wymęczył. Kolejny maraton poprawił o 13 minut i już wiedział, że to jego dyscyplina.

Potem klasa sportowa, potem wśród wielu innych maratonów piękny Berlin z tłumami kibiców, a jeszcze potem ten najstraszniejszy w życiu, czyli 99. Infekcja w zębie, upał niemiłosierny – ściana wlekła się przez 17 km. Ale po nim było już z górki. Maratonów ma dziś na koncie już 304, a do zaliczonych 1000 biegów brakuje mu już tylko 10. Szykuje się więc nie lada jubileusz. O tym, że bieganie się w pracy Wielkiemu Mierniczemu przydaje, opowiada jego kolega Henryk Paskal.

Był we Wrocławiu maraton, na którym zawodnicy przez pomyłkę policji skrócili sobie drogę. Pół godziny się wszyscy cieszyli na mecie z wyników, a potem dobiegł Dziekoński i powiedział, że wszystkie nieważne, bo też przebiegł. Nie mógł przymknąć oka, bo nigdy nie przymyka. Gdy raz w Białymstoku na już atestowanej trasie drogowcy naprawiali studzienkę – zrobili niewielki wykop na środku jezdni, nie przesuwając krawężników – to zaraz organizator Grzegorz Kuczyński dostał telefon, że trzeba jeszcze raz mierzyć.

Tagi: atestacja trasy biegu | atest trasy zawodów | Tadeusz Dziekoński

Oceń artykuł:

3.8

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij