Runner's World poleca:

Tomasz Hamerlak: sport daje siłę

Poleć ten artykuł:

Paraigrzyska w Sydney, Atenach, Pekinie, a już pod koniec sierpnia wyjazd do Londynu. Po drodze medale mistrzostw świata, Europy, udział w maratonach niemal na całym świecie. Lista sukcesów i startów Tomasza Hamerlaka, jedynego polskiego wózkarza, jest bardzo długa. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie… śmiertelnie groźna choroba, która dawno temu wywróciła do góry nogami życie 15-letniego wówczas Tomka

Tomasz Hamerlak: jedyny niepełnosprawny reprezentat Polski startujący na wózku biegowym

11 jednostek treningowych, ok. 40 km do przejechania dziennie. Tak wygląda trening Tomka Hamerlaka na niespełna dwa miesiące przed paraigrzyskami. Musi ciężko pracować, by najwyższa forma przyszła w Londynie, gdzie wystartuje na trzech dystansach: 1500 m, 5000 m i w maratonie.

"Oczywiście marzy mi się złoty medal, ale nie chce gdybać i zapeszać. Postaram się przygotować jak najlepiej i dać z siebie wszystko" – zapewnia. Po 17 latach ciężkiej pracy z treningami radzi sobie sam, choć czasem korzysta z pomocy trenera Zbigniewa Barana, który namówił go do ścigania się na wózku. Spotkali się na basenie – Tomek trenował wtedy pływanie. Zdecydował się na basen i sport zaraz po amputacji nogi.

Sydney 2000: maraton – 8. miejsce, 1500 m – 10. miejsce

Śmiertelna choroba pojawiła się banalnie. Uderzył się w kolano podczas gry w piłkę nożną. Noga bolała i bolała, więc zaczęły się wędrówki po lekarzach, które trwały ponad rok. W tym czasie nikt nie był w stanie zdiagnozować coraz bardziej bolącego kolana. Dopiero lekarze z Niemiec rozpoznali chorobę – nowotwór złośliwy kości.

Niestety, szans na uratowanie nogi już nie było. "Miałem do wyboru: albo amputacja, albo życie" – mówi. Był zły na lekarzy, że tak długo to trwało. Może gdyby zdiagnozowano go na początku choroby, nie straciłby nogi?

Szybko jednak przestał rozmyślać nad swoim nieszczęściem i wziął się w garść. "To były dla mnie bardzo ciężkie chwile, ale z perspektywy czasu uważam, że wszystko ma jakiś swój cel, nawet taka tragedia. Gdyby to wszystko się nie wydarzyło, nie szykowałbym się teraz na paraigrzyska. Nie wiadomo, czy w ogóle uprawiałbym sport" – twierdzi.

Dla 15-latka choroba i amputacja nogi była przyspieszonym kursem dorastania. Gdy inni zaczynali zwykłe życie nastolatka, Tomek uczył się poruszać o protezie. Z czasem wrócił do szkoły i zaczął pływać, by wzmocnić organizm. Wyjeżdżał na zawody, ale to nie było to.

Któregoś dnia na basenie spotkał Zbigniewa Barana, byłego lekkoatletę, który w wyniku wypadku stał się osobą niepełnosprawną. Obaj postanowili ścigać się na wózkach. Baran rozpisał plan treningowy i wzięli się do pracy. "Mój organizm nie był przygotowany do wysiłku tak, jak organizm trenera, więc na początku dostawał niezłe baty" – mówi Tomek.

Pierwszego startu w maratonie, w Tarnobrzegu, nie wspomina dobrze – to była walka o przeżycie. Sukcesy pojawiły się dopiero po 6 latach od pierwszego treningu. W 1998 r. wózkarze wystartowali w maratonie w Szwajcarii i uświadomili sobie, ile im jeszcze brakuje do światowej czołówki. Trenowali jeszcze więcej, dzięki czemu Tomek pojechał na paraigrzyska do Sydney. Debiut był udany: w maratonie zajął 8. miejsce, a na 1500 m awansował do finału.

Ateny 2004: maraton – 3. miejsce, 10 km – 4. miejsce, 5 km – 5. miejsce, 1500m – 5. miejsce

Starty w międzynarodowych imprezach pozwoliły polskim wózkarzom zorientować się, jak trenuje światowa czołówka i na jakim sprzęcie startuje.

Swój obecny wózek Tomek kupił na Florydzie za blisko 6 tys. dolarów. Rama to koszt ponad 2 tys. dol. Tylne kółka z włókna węglowego to kolejne 2 tys., a przednie 800 dol. Wózek trzeba wymieniać co 4-5 lat, kółka przynajmniej raz na trzy. Na zakup sprzętu wydał własne środki, które udało mu się zdobyć. Związek w tej kwestii nie pomaga.

Tagi: ludzie | paraolimpijczyk | paraolimpiada | niepełnosprawni | wózkarz | wózek biegowy

Oceń artykuł:

--

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij