Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

W cieniu stadionów [felieton Jacka Fedorowicza]

Tuż obok miejsca, gdzie mieszkam (warszawskie Powiśle), otwarto z pompą, triumfem i przytupem nowy stadion piłkarski dla klubu Legia. Duży, nowoczesny, kosztowny. W odległości tysiąca ośmiuset metrów w linii prostej od drugiego piłkarskiego kolosa – Stadionu Narodowego. Kibice już się cieszą, a mieszkańcy mojej dzielnicy rozmyślają o przeprowadzkach. Przewidujemy dramatyczny przybór fal kibiców wracających po meczu i niszczących wszystko po drodze.

Gwoli sprawiedliwości oddać kibicom trzeba, że nie wszyscy zachowują się po bandycku. Jest też cała rzesza nieagresywnych fanów piłkarstwa, a ogólna ich liczba w całym kraju chyba przewyższa liczbę kibiców wszystkich pozostałych dyscyplin sportowych razem wziętych. Nawet jeżeli wliczymy w to sporą grupę kibiców dyscypliny "Adam Małysz".

Co ciekawe: liczba kibiców piłkarskich wydaje się stale rosnąć, i to odwrotnie proporcjonalnie do stanu umiejętności polskich futbolistów. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to ich niedawne osiągnięcia (0:6 z Hiszpanią, 0:3 z Kamerunem, a nie wiadomo, ile jeszcze goli dadzą sobie strzelić do chwili, gdy będziecie mogli przeczytać ten felieton) pozwalają przypuszczać, że gdy Stadion Narodowy zostanie ukończony, to na widowni też, podobnie jak to było na inauguracyjnym meczu Legia – Arsenal, zasiądzie komplet widzów.

Gdy zaczynano budowę Narodowego, tuż po usunięciu stamtąd Jarmarku "Europa", pisałem w felietonie, że dwa duże stadiony obok siebie to nie tylko nonsens, ale nonsens wysoce kosztowny, bo niby kto zarobi na ich utrzymanie? I radziłem, żeby przy budowie obu stadionów unikać powierzchni spadzistych: budować raczej równiutkie, poziome tarasy, tak aby towar nie zsuwał się handlarzom z kocyków i straganów, gdy wrócą ze swoim biznesem na trybuny, zaproszeni przez zdesperowanych właścicieli deficytowych stadionów. Nie miałem racji! Polacy jako kibice nożni nie mają wielkich wymagań, będą przychodzić nawet na mecze ligowe.

Lat temu czterdzieści byłem pierwszy raz w życiu w Ameryce i uznałem, że Amerykanie są głupkowaci, bo masowo oglądają "wrestling", czyli zapasy, w których wszystko jest wyreżyserowane, udawane od początku do końca i nie ma nic wspólnego z prawdziwymi emocjami sportowymi. I po latach musiałem uznać, że nas można traktować jak w równym stopniu głupkowatych, skoro oglądamy ligowe mecze piłkarskie ze z góry umówionym wynikiem, sowicie opłaconymi sędziami, zawodnikami i całą resztą biorącą udział w udawance, że taki mecz to widowisko sportowe.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz11.jpg
Różnica na korzyść USA jest jednak taka, że Hulk Hogan i inni mieli niezłe umiejętności profesjonalne i robili rzeczy efektowne, a nasi piłkarze takie sobie raczej.

Biegacz Marcin Lewandowski został mistrzem Europy. Czy ściągnąłby na stadion Legii kibiców, gdyby zorganizowano zawody międzynarodowe z jego udziałem? Oczywiście, że nie, już choćby dlatego, iż na stadionie Legii nie ma bieżni. Ja przynajmniej nie zauważyłem. Po co bieżnia? Kogo interesuje bieganie? Nikogo. Poza biegającymi oczywiście. Cała plejada świetnych biegaczy na różnych dystansach to dla kibiców nic interesującego. A biegi uliczne to głównie powód do utyskiwania, że samochodem przejechać nie można. Ostatnim biegaczem, który budził jakie takie zainteresowanie, był chyba Janusz Kusociński. No i Irena Szewińska. Ale nie aż takie, by pójść na stadion. Z czego to się bierze?

Niestety, drodzy biegacze, musicie spojrzeć prawdzie w oczy: biegi to dyscyplina za mało widowiskowa. Podobnie zresztą jak – to na pocieszenie – skok w dal, rzut młotem i warcaby. Nie może się równać z piłką nożną, w której akcja wciąż się zmienia, wszystko dobrze widać, bo odbywa się w jednym miejscu, a do tego i kawałek boksu zobaczyć można czasem i niejedną, jakże ciekawą, awanturę. Dramaturgicznie w piłce nożnej wszystko jest możliwe: kilka udanych ataków i ci, co prowadzili 3:0, nagle przegrywają. Teoretycznie, bo w przypadku meczu naszych z Kamerunem niemożliwe, ale w meczach innych drużyn – owszem.

Piłka nożna ma w sobie coś z filmu szybkiej akcji, bieganie to raczej wielotomowa powieść. Siedząc w pustawej czytelni, trzeba więc pogodzić się ze stanem rzeczy, wykrzesać z siebie zrozumienie i nie psioczyć na tłum oblegający kasę kina. Można poza tym czerpać satysfakcję z poczucia ekskluzywności, a także wierzyć, że i dla biegania przyjdą lepsze czasy; ostatecznie na trasie maratonu nowojorskiego gromadzą się tłumy kibiców. Jeżeli będziemy o tym stale przypominać, to biorąc pod uwagę skłonność Polaków do snobstwa… Jestem dobrej myśli.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze wrzesień-październik 2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij