Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

W pogoni za Schwarzeneggerem [felieton Jacka Fedorowicza]

Kiedyś podsłuchałem rozmowę dwóch dziewcząt w wieku licealnym, a było to w latach, gdy niesłychanie modny stawał się aerobik. Panienki rozmawiały o nim właśnie i o konieczności zadbania o kondycję fizyczną. W pewnej chwili jedna z nich powiedziała z ogromnym żalem w głosie: "Robiłabym to, ale, cholera, nie mam getrów".

To skromne zdanko nieźle oddaje podejście ogółu rodaczek i rodaków do kwestii dbania o kondycję fizyczną. Owszem, można dbać, ale w tym dbaniu najważniejsze jest dostosowanie się do mody, konwencji, zwyczaju; koniecznie trzeba mieć te getry, bo w getrach ćwiczą wszystkie modelki na zdjęciach i bez getrów nie ma co zaczynać.

Nie twierdzę, że getry są niepotrzebne. Pewnie jakieś tam uzasadnienie, by je zakładać, jest; tancerki i tancerze też ocieplają sobie łydki i kostki w trakcie intensywnych ćwiczeń, ale przyjmowanie za pewnik, że bez getrów nie będzie można dobrze wyćwiczyć pas de quatre, wydaje mi się przesadą. Podobnie jak rezygnacja z ćwiczeń, bo "abonament na fitness za drogi" albo "w naszej dzielnicy nie ma siłowni".

Mądrzy ludzie nieraz już pisali w RW, że trening biegowy należy uzupełniać ćwiczeniami siłowymi, i ja im wierzę. Sam zresztą na to wpadłem kilka dziesięcioleci temu i mimo że podniesienie jednokilogramowej hantli sprawiało mi ogromną trudność, starałem się jednak doprowadzić organizm do takiej wydolności, żeby podnosić półtorakilogramową, i to tak ze dwa do trzech razy pod rząd. I nigdy bym do takich osiągnięć nie doszedł, gdybym od razu na wstępie uznał, że skoro w handlu uspołecznionym (było to w głębokim Peerelu) występują akurat przejściowe braki w zaopatrzeniu w ciężarki do ćwiczeń, to ja zrezygnuję z moich planów pogoni za Schwarzeneggerem.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz18.jpg

Chciałbym dzisiaj serdecznie namówić wszystkich tych, którzy nie ćwiczą, bo nie mają w czym, nie mają czym, z kim i gdzie, żeby dali się przekonać, że siłownie, kluby fitness, sprężyny, haki, łańcuchy, sztuczne kajaki i wszelkie inne wymyślne machiny owszem, mogą być bardzo pomocne, ale nie są nieodzowne. Zawsze dadzą się zastąpić tym, co każdy może sobie sam znaleźć, jak tylko dobrze się rozejrzy.

Mam w tej kwestii doświadczenie wyjątkowo bogate, bo zawsze byłem karykaturalnie chuchrowaty. Zawsze starałem się z tym walczyć, a jednocześnie zawsze wstydziłem się ćwiczyć przy ludziach, żeby nie narażać się na złośliwości lub – co gorsza – litościwe "niech pan uważa, bo pan sobie krzywdę zrobi". Służę więc kilkoma poradami praktycznymi.

Przede wszystkim to nonsens, że ciężarek musi być wyprodukowany w fabryce ciężarków. Może być stworzonym przez matkę naturę kamieniem. Najlepsze są płaskie i podłużne – okrągłe wyślizgują się z dłoni. Dobrze jest mieć rękawiczki (nieśliskie!), bo długie ćwiczenie chropowatym kamieniem rani skórę palców. Kto wstydzi się kamienia (nawet na spacerze w lesie można spotkać prześmiewców), może załadować kamykami zwykłą torbę na zakupy. Z braku czasu często używałem do celów fitnessowych samych zakupów, bo skoro i tak musi się je nieść, to można przy okazji nimi nieco pomachać.

Bardzo często stosowałem też metodę: w jedną stronę bieg, wzdłuż rzeki na przykład, powrót z kamieniem ćwiczebnym w ręku. Albo cegłą. Też niezła, bo wygodnie się ją chwyta. Wystarcza jedna – podnosi się ją wyprostowanym ramieniem prawą i lewą ręką na zmianę, dzięki czemu automatycznie stosuje się radę ogółu fachowców od ćwiczeń, że po każdym wysiłku powinien nastąpić – trwający tak samo długo – odpoczynek. Nie trzeba nic mierzyć, liczyć: samo idzie.

Jeszcze w trakcie biegu rozsądnym zajęciem jest wypatrywanie i zapamiętywanie poziomych konarów drzew na wysokości około dwóch metrów: służą potem do podciągania. Wbrew pozorom ten przyrząd do ćwiczeń rzadko występuje w przyrodzie i jest trudny do znalezienia – uczulam.

Do tego dochodzą, rzecz jasna, wszystkie ćwiczenia bezprzyrządowe: pompki, brzuszki itd. W okolicznościach przyrody nie są potrzebne żadne maty czy materace – ewentualnie można mieć coś nieprzemakalnego w zimie, żeby swobodnie kłaść się na śniegu. Z błotem gorzej, ale na to też się znajdą sposoby, które wynikną z praktyki.

Najważniejsze zaś to uświadomić sobie, że wszelkie tłumaczenia typu: poćwiczyłabym, ale nie mam getrów (siłowni, klubu fitness, przyrządów), jest zwykłym wykrętem maskującym lenistwo.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników z plaży w Mielnie. Leżę na piasku. Poćwiczyłbym, ale tu, cholera, nie ma kamieni.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze lipiec-sierpień 2011

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij