Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

W pogoni za menu [felieton Jacka Fedorowicza]

Zauważyłem, że „Runner's World” coraz więcej uwagi poświęca sprawom jedzeniowym. Włączając się w ten temat, donoszę, iż postanowiłem, że zastosuję się do jednej z często powtarzanych porad: zacznę jadać tylko pieczywo pełnoziarniste. Z głupia frant spytałem panią ekspedientkę w supermarkecie, co z asortymentu pełnoziarnistego mogłaby mi ewentualnie zaoferować.

– Mamy chleb z pestkami słonecznika – zaczęła radośnie – z pestkami dyni, z wieloma różnymi ziarnami...

– Nie, nie – powiedziałem – mnie chodzi o to, żeby mąka była pełnoziarnista.

Zasępiła się.

– A, to nie wiem...

W następnym dużym sklepie było tak samo i w następnym też. Poszedłem do sklepu specjalizującego się w pieczywie. Na informatorkę wybrałem osobę starszą. Wiedziała.

– Mamy, proszę pana, razowy z pełnego ziarna. I jeszcze ten, o, i ten.

– Świetnie. Poproszę. Ale czy mogłaby mi pani powiedzieć, co to znaczy, że z pełnego ziarna?

– No… Ziarno mielone tak... żeby... było mielone tak ze wszystkim…

– Z łodygami na przykład?

– Eee…

– Z korzonkami?

– Chyba nie...

Doszedłem do wniosku, że wiedza o mące jest w narodzie dość pobieżna. Ale chyba trudno się dziwić. W ciągu całego mojego długiego życia zasady i mody żywieniowe zmieniały się nader często.

Gdyby mojej mamie lat temu siedemdziesiąt ktoś próbował tłumaczyć, że powinna jadać i synowi do jedzenia dawać otręby, albo dopytywać się w piekarni o pieczywo pieczone z mąki z łupinami, bo to zdrowe, to chyba by uznała, że rozmawia z wariatem. Szczególnie że jej dumą były bieluteńkie kluski kładzione, którymi często karmiła ojca, jako że tato nade wszystko uwielbiał kluchy wszelkie, witaminami zaś gardził. I unikał. Mimo to dożył słusznego wieku.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz27.jpg
W czasach mojego dzieciństwa najmodniejszym dodatkiem witaminowym była mizeria. Ogórek pokrojony w plasterki, ze śmietaną. Sałata też była zawsze ze śmietaną i z cukrem. Z innymi dodatkami była trudna do wyobrażenia. Ale i w ogóle bez dodatków też, bo była gorzka. Tak zwanej lodowej nie było. Z nieco starszego dzieciństwa pamiętam, że tak mniej więcej pod koniec lat czterdziestych gruchnęła wieść, że pomidory są rakotwórcze. Uwierzylibyście? A jednak. Wszyscy to powtarzali najpoważniej na świecie.

Na mody żywieniowe przez cały okres peerelu miała oczywiście spory wpływ socjalistyczna unifikacja wszystkiego, co tylko się dało. Socjalizm uważał, że zdoła uregulować szczegółowymi przepisami całe życie we wszystkich jego przejawach, skutkiem czego nie można było na przykład zamówić nigdzie jajecznicy z trzech jajek. Albo z jednego. Żyliśmy w kraju parzystojajecznym. Jajka były skalkulowane w liczbie dwóch i koniec. Nie było siły, żeby ten przepis obejść. Ale zostało to nam do dziś jako zwyczaj.

Socjalizm usiłował wpływać na zwyczaje kuchenne i starał się dostosowywać je – nie tylko przepisami, ale także drogą perswazji – do swych coraz mniejszych możliwości zaopatrzeniowych. Kiedy zaczęło brakować masła, propaganda rozpływała się nad cudownymi właściwościami margaryny, starając się wyrobić masłu opinię jak najgorszą. Nikt nie wierzył. Przez całe dziesięciolecia towarem deficytowym było też mięso. Skutek jest taki, że do dziś rodacy nie chcą uwierzyć, że pożeranie zawrotnych ilości mięsiwa wcale nie jest zdrowe. Typowy Polak wciąż uważa, że skoro piszą, iż nadmiar mięsa szkodzi, to na pewno jest odwrotnie.

A propos mięsa. Pewien znajomy dyplomata opowiadał, że był na niezwykle eleganckim przyjęciu organizowanym przez wysokie władze dla ważnych gości zagranicznych. W menu wyczytał: „Denmark of meat”. Zastanowiło go to. Powziąwszy pewne podejrzenia, poprosił kelnera o polską wersję karty. W miejscu „Denmark of meat” było napisane: „Dania z mięsa”...

Tłumaczenie z polskiego na angielski wykonał zapewne komputer. Pokazując przy okazji bezsens polskiej ortografii. To już zupełnie inny temat, ale jak można było wymyślić, że czytając DANIA, nigdy nie wiemy, czy chodzi o kraj, czy o coś do zjedzenia, a gdy widzimy MANIA, to nie wiemy, czy to mania prześladowcza, czy może bohaterka przedwojennej piosenki „Dziś panna Mania ma wychodne”?

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze czerwiec 2012

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij