Runner's World poleca:

Pańczak, Szopa i Mej, czyli bohaterowie ostatnich minut

Poleć ten artykuł:

Są na trasie prawie 6 godzin – najdłużej ze wszystkich uczestników. Ale nie poddają się i być może to ich cechuje największy hart ducha wśród maratończyków. Poznaj historie trojga najwytrwalszych maratończyków w Polsce - Marii Pańczak, Leszka Szopy i Pawła Meja.

Bohaterowie ostatnich minut

Jeśli z uwagą przejrzeć listy wyników po maratonach, to okaże się, że ostatnie miejsca rezerwują sobie ciągle te same osoby. I to niezależnie od rejonu kraju, pory roku czy mody. Kilkoro ludzi jeździ po Polsce w poszukiwaniu nie zwycięstwa i chwały, a... No właśnie, czego?

Niekiedy zdarza się, że szukają oni tej ostatniej lokaty, zaszczytnego miejsca w samym ogonie, ale częściej biegną po szczęście, spełnienie albo realizację planu, który zleciła im siła wyższa. I, można w to wierzyć lub nie, przekonują, że właśnie na końcu toczy się największa sportowa walka. To tam ludzie dają z siebie wszystko, bo z psychiczną ścianą zmagają się od pierwszych kroków, a dystans biegną średnio trzy razy dłużej niż zwycięzcy. Cierpienie więc trwa.

Kto to jest, kogo stać na uparte meldowanie się na samym końcu? Runner’s World postanowił to sprawdzić. Dowiedzieć się, po co, dlaczego, a nawet za co. Oto prawdziwi amatorzy – czyli bezwarunkowi miłośnicy maratonów.

Maria Pańczak - Boska Pani Parasolka

Ostatni będą pierwszymi – to Maria Pańczak wie, bo bywa i pierwsza, i ostatnia. Nie wie tylko, kiedy umrze, więc dużo trenuje. Miała już w życiu zawał, miała też objawienie, ale czas na bieganie długodystansowe przyszedł na starość. Bo całe życie było raczej sprintem.Maria Pańczak, 45 przebiegniętych maratonów.

Zdarzało się, że pani Marii brakowało czasu nawet na sen. Raz bez porządnej drzemki była na chodzie 72 godziny. „Pani doktor, pani jest biała jak ściana!” – wykrzyczał kierowca karetki, w której pracowała, i pomknął na OIOM.

Położyli ją wtedy do łóżka, ale szybko wstała i zamiast łykać pigułki, kurowała się jogą. No i wszystkich zadziwiła, bo już po dwóch tygodniach ponownie była na chodzie. Ciągle zadziwia. Czym? No choćby tym, że tętno spoczynkowe ma 30, a lat 76. Jak się wypracowuje taki bilans? Joga to jedno, drugie to bieganie.

Pani Maria biega od 15 lat. Zaczęła na starość, bo Bóg zabronił zakopywać talenty, a ona w młodości odkryła lekkoatletyczny. Na emeryturze znalazła czas i inspirację: objawił się jej Jezus i kazał biegać. I to nie byle jak, tylko stylowo! Biały strój to czystość, niebieska parasolka to niebo, a czerwone paznokcie to krew, czyli życie. Biega, żeby zjednoczyć chrześcijan, więc nie przeszkadza jej być ostatnią. No choćby maratony w jej rodzimym mieście: pani Maria ostatnia była w 2008, 2009 i 2012 roku. W 2011 nie startowała, a w 2010 przybiegła trzecia od końca.

Jak idzie, to biegnie

Ale „Parasolka” ma też duszę sportowca i jak jest okazja, to pobiegnie po mistrzostwo, na przykład weteranów lekkiej atletyki. Muszą tylko zrobić jej kategorię. Bo jak dodadzą na maratonie 70+, to jest wielka szansa, że poznanianka z ostatniej stanie się nagle pierwsza – wcale niemetaforycznie!

„Organizatorzy tworzą kategorię tylko wtedy, gdy jest co najmniej trzech zawodników, o co w moim przedziale wiekowym trudno. Dlatego sprzeciwiam się tej zasadzie. Chyba nie oczekują, że będę woziła sobie przeciwniczki w plecaku?!” – buntuje się pani Maria i zapowiada walkę o swoje prawo do zwyciężania. Będzie pisać do ministra sportu, a może i sprawiedliwości.

Takie podejście ma w naturze: sportowe. Ambicję odziedziczyła po tatusiu – jak go pieszczotliwie wspomina. Tatuś, gdy Niemcy weszli, poszedł do partyzantki i całą wojnę im pociągi wysadzał. W międzyczasie jeszcze zdążył z lasu wyjść i sprawić pani Marii siostrę. „Parasolka” też nie zasypiała gruszek w popiele. Do podstawówki poszła, jak miała niecałe sześć lat, na drzewa wchodziła tylko po to, by się tam uczyć.

W ogólniaku zapisała się więc na tyle kółek naukowych, co przedmiotów. Nie było wcale tak ciężko. Trzeba było tylko najpierw odrobić lekcje, a potem do nocy pisać już tylko swoje referaty. Na studia ortopedyczne dostać się jednak udało i po nich zajęła się Maria rehabilitacją. W tym czasie jeździła w pogotowiu i rodziła dzieci. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte. W międzyczasie trochę sportów walki, jazda na rowerze, ale biegi tylko sporadycznie – w histerycznych ucieczkach przed burzą, której się panicznie boi.

Dziś pani Maria nawet jak gdzieś idzie, to biegnie. A cała przygoda zaczęła się od biegu niepodległościowego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. „Parasolka” poszła z marszu i przybiegła trzecia od końca. „Niestety, nie zaczęłam od ostatniego” – żartuje. Nie zaczęła, ale bakcyla połknęła. Biegała 7 maratonów rocznie, a na pierwszy zagraniczny, w Hamburgu, zaciągnęła nawet kredyt.

Teraz już biega mniej, bo ma profesjonalnego trenera, który przede wszystkim pilnuje, żeby pani Maria nie zrobiła sobie krzywdy entuzjazmem. Drugi priorytet to szybkość, bo maratonka wytrzymałość ma – starcza jej przecież na sześć godzin.

Bieganie po poście

„Zazwyczaj spokojnie biegnę na końcu. Ci, co szukają moich porad, wiedzą, że właśnie tam mam punkt konsultacyjny” – śmieje się pani Maria. Bo z niej jest nie tylko maratonka, ale też energoterapeutka, homeopatka, zielarka, masażystka, psycholog i kręgarz.

W czasie biegu porady małżeńskiej udzieli, okłady z kapusty zaleci, sole lecznicze na każdą dolegliwość wskaże, liść brzozy podpowie. Wyjaśni, że Kenijczycy tacy szybcy, bo za młodu ganiają ich lwy, a jak trzeba, to masaż shiatsu zrobi na poboczu. Do tego wszystkiego rozdaje lizaki wśród widzów. Ostatnio kupiła ich sto. A jej dieta? No cóż, maratońsko-chrześcijańska.

Pani Maria „węgle” przyjmuje w przyzwoitych ilościach, ale w piątki pości, więc kiepsko jej wychodzą sobotnie wyścigi. Biegnij maraton, gdy poprzedniego dnia piłeś tylko przegotowaną wodę, a za chleb służyła ci modlitwa! Pozostałe dni pani Maria zaczyna śniadaniem: trzy łyżki śmietany, cukier, kakao, zioła i woda ze źródełka na poznańskiej Malcie. A potem biegi, nauka angielskiego i niemieckiego z płyt, taniec, lektura, tai-chi, joga, karate, czasem judo.

Ostatnio kendo, ale tylko z książek, bo zajęcia za drogie. Tylko dwóch jeszcze rzeczy pani Maria potrzebuje do szczęścia: żeby jej kategoria wiekowa się zawiązała, no i żeby seniorów puszczali na trasę przed wszystkimi. Wtedy finiszowałaby z atletami. Z takimi jak ten, który ją na mistrzostwach świata w biegach przełajowych uratował.

Już miała fiknąć na błotnistym zbiegu, gdy przytrzymał ją w pasie i postawił do pionu. Do dziś żałuje, że mu nie podziękowała, ale chyba niepotrzebnie. Bo to ci atleci powinni jej dziękować za to, że z takim urokiem zamyka stawkę. Ostatnia, ale i pierwsza jednocześnie – wcale niemetaforycznie.

Tagi: Maria Pańczak | Leszek Szopa | Paweł Mej | pani parasolka | polski Forrest Gump

Oceń artykuł:

4.3

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij