Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Wielka porażka ludzkości! [felieton Jacka Fedorowicza]

Są pewne tematy, które kuszą, by do nich powrócić. Niby omówione do końca, a jednak. Dziś o wielkiej porażce ludzkości, która w RW została już omówiona dokładnie. Ale pojawiły się nowe obserwacje.

Ludzkość osiągnęła wiele. Na Marsa lata. Klonuje owce. Odciętą rękę potrafi przyszyć, ba! – ta ręka jest potem sprawna. Ale ze sznurowadłami w butach do biegania ludzkość poradzić sobie nie potrafi – są zawsze za długie i nigdy nie wiadomo, co zrobić z tym koszmarnym naddatkiem. Temu problemowi poświęciłem kiedyś felieton i radziłem, aby, po pierwsze, przyzwyczaić się do wiązania butów biegowych raz na miesiąc czy dwa, od prania do prania. Po drugie – radziłem serdecznie i radzę nadal, żeby te idiotycznie długie sznurowadła, zupełnie niepotrzebnie długie, a jednocześnie mające na końcach utwardzone zwężenie, które powoduje, że żal przycinać (też tak macie? Zawsze w ostatniej chwili człowiek myśli: „Cholera, a może jak utnę, to potem nie przetkam przez dziurki?”), otóż radzę, by długość tych sznurowadeł wykorzystać przeciwko nim. Stara zasada jiu-jitsu: wagę i siłę atakującego cię przeciwnika umiejętnie wykorzystaj przeciwko niemu. Monstrualną długość sznurowadeł trzeba spożytkować w celu dodatkowego zabezpieczenia przed rozwiązaniem.

Ja w nowych butach najpierw przez kolejne dwa, trzy dni sprawdzam stopień ciasnoty zawiązania, a potem starannie wiążę wielokrotną kokardkę, za każdym razem dokładnie zaciskając, by z pętelek kokardkowych powstała w efekcie nierozwiązywalna gula. W tej guli ginie cały niepotrzebny naddatek sznurowadła, a im ono dłuższe, tym więcej supłów i tym lepsze zabezpieczenie. Dodam, że wyjściowa kokardka powinna mieć króciutkie końce, żeby nie dyndały, a ucha kokardki muszą być przy pierwszej kokardce duże, żeby dalej było co wiązać, czyli tworzyć ową supergulę. To chyba najlepsze rozwiązanie problemu rozwiązywania, choć w RW kilka lat temu czytałem bardzo poważne opracowanie, poparte badaniami, sugerujące, że odpowiednie ustawienie lewego i prawego końca przy wiązaniu pierwszej kokardki wydatnie zwiększa jej szanse na przetrwanie. Ja jednak wolę gulę.

Sznurowadło, ten pozorny drobiazg, potrafi naprawdę zaszkodzić biegaczowi, wyprowadzić go z równowagi, zabrać czas. Odebrać kawałek frajdy z biegania. U mnie dochodzi do tego stres wynikający z niemożności racjonalnego wytłumaczenia sobie obecności opisywanego zjawiska w XXI wieku, gdy postęp w każdej dziedzinie pędzi jak szalony. Wczoraj – piszę właśnie pod wrażeniem zdarzenia – w momencie najmniej pożądanym i oczekiwanym rozwiązało mi się sznurowadło w butach naprawdę znanej, solidnej firmy (nazwy nie wymienię w uznaniu jej dotychczasowych zasług), i to rozwiązało się całkowicie. Było uformowane w ścisłą gulę, a mimo to się rozwiązało. Na litość boską, dlaczego?!

Po powrocie do domu poświęciłem temu sznurowadłu nieco więcej uwagi i odkryłem, że było twardsze i bardziej śliskie niż inne sznurowadła w innych butach. Choć nie wszystkich, bo obejrzałem kolejno wszystkie i zauważyłem przedziwne zjawisko: otóż wiele sznurowadeł zbliżało się do twardości i śliskości tych, co mi się rozwiązały. Jako mniej giętkie i bez „przyczepności” były znacznie bardziej podatne na samorozwiązywalność. No i teraz: jeżeli nad kolejnymi modelami butów do biegania pracują bezustannie całe zastępy fachowców, doskonalą każdy milimetr kwadratowy buta, przeprowadzają testy, a potem w sklepie okazuje się, że w tak wypieszczonym bucie znajduje się sznurowadło, które musi się rozwiązać podczas biegu, to nie może to być przypadek.

Jest jakiś spisek. Albo może działa jakaś potężna mafia. Podziemie antybiegowe, które umieszcza w firmach produkujących sprzęt sportowy swoje „wtyki”, uśpionych agentów, sabotażystów, a ci – gdy nikt nie widzi – podstępnie wpychają w buty sznurowadła inne niż przewidzieli projektanci. Słusznie podejrzewam? Głowię się nad tym, kombinuję, nie wiem. Dziś postanowiłem założyć na bieganie buty niewymagające sznurowadeł. Ta sama firma wyprodukowała niedawno takie, które trzymają się głównie „na zacisk”. Były bardzo drogie (520 zł), więc początkowo chciałem je zachować tylko na specjalne okazje, ale w obliczu niebezpieczeństw stwarzanych przez te starsze buty…. AAAAA! ZROZUMIAŁEM WRESZCIE! Im o to przecież chodzi! Żeby starsze szybko brzydły i żeby człowiek wciąż ganiał po jakiś nowy model!

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze czerwiec 2015.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij