Runner's World poleca:

Witold Orcholski: Po bieganiu bierze mnie na filozofowanie

Poleć ten artykuł:

Biegam, więc jestem? Nie, dzięki bieganiu mam większą pewność, że jestem. No i mam czas zapytać: "Po co to wszystko?". No właśnie, pytamy więc Witolda Orcholskiego, biegającego filozofa: „Po co”? Bo to człowiek, dla którego bieganie to Human Race metafizyczny.

Witold Orcholski, miłościk jogi i biegania Zobacz całą galerię

Jeśli zapytać Witolda Orcholskiego, czy jest biegaczem, czy filozofem, to odpowie, że jest sobą. Ale doda też, że filozofia i bieganie go w dużej mierze ukształtowały. Dla niego przebieranie nogami i ruszanie głową jest po prostu naturalne. Tak naturalne, jak stawianie pytań fundamentalnych.

Bezdech całkiem niefilozoficzny

Pracuje jako freelancer. Od lat wspiera fundację Dorotkowo z Torunia, która pomaga osobom niepełnosprawnym, w szczególności chorym na zespół Downa. Od niedawna, ale z zacięciem, prowadzi zajęcia jogi dla biegaczy, bo zauważył, że dzięki niej nie ma kontuzji. Wszystkiemu jednak, co robi, towarzyszy głębsza refleksja, bo kończył filozofię na uniwersytecie w Toruniu nie tylko dla papieru, ale z chęci poznania. Choć nie było łatwo.

Na drugim, trzecim roku studiów ludzie zaczęli odchodzić, bo nie wytrzymywali takiego treningu intelektualnego. Dlaczego? Kiedy uczą cię, że każdą koncepcję, teorię można obalić, że nie ma fundamentów, to trudno znieść taki relatywizm. To prawdziwa udręka dla kogoś, kto potrzebuje w życiu rzeczy stałych. Witold powiedział sobie wtedy: „Spokojnie, nie wszystko naraz. Jeszcze będzie na czym się oprzeć”. No i miał rację.

Dziś wie, że nie ma relatywizmu, gdy cierpi dziecko i wszystko wydaje się prawdziwe, gdy robisz osiemdziesiąty kilometr na maratonie w górach. Wtedy to czuć. Ale Witold nie zawsze o tym wiedział. „Biegać zacząłem z przyczyn prozaicznych – opowiada. – Zrządzenie losu sprawiło, że musiałem iść do szpitala na zabieg. Jakiś czas po nim szedłem do siebie do mieszkania na czwarte piętro. Nagle usłyszałem straszne sapanie i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to ja tak sapię”.

Nie czekał. Działał. Zadzwonił do kolegi, który biegał, i postawił sprawę jasno: „Weź mnie ze sobą”. Na pierwszym treningu przebiegł 8 kilometrów z przerwą po czterech i okazało się, że to sport dla niego. Bo wtedy to jeszcze był sport. Dopiero potem przyszła metafizyka. „Ale refleksja, że jest w bieganiu coś więcej, pojawiła się u mnie dość szybko”.

Trzeba się zdiagnozować

No właśnie, tylko co? Bo przecież odpowiedzi na to najgłębsze pytanie: „Po co?”, nawet na trasie nie da się znaleźć. Ale Witold Orcholski przekonuje, że choć nie można na nie odpowiedzieć, to trzeba je stawiać. A bieganie to wyśmienity kontekst, bo na biegu, bez słuchawek, bez towarzystwa, w ciszy i rytmie oddechu, można wyczyścić głowę z szumu informacyjnego i znaleźć czas właśnie na najważniejsze refleksje.

Na taką rozmowę z samym sobą, na jaką mamy coraz mniej czasu, bo przeszkadza nam codzienność z jej krzątaniem. Bogactwo różnych odpowiedzi pojawia się niezależne od tego, czy biegniesz już siedemdziesiąt, czy jeszcze na razie tylko dwadzieścia kilometrów. Jego bieganie jest jednak bliższe temu na 4:30.

Jego żywiołem są góry, biegi ekstremalne, ultramaratony: Maraton Karkonoski, Bieg Siedmiu Dolin. W jeden rok udało mu się skompletować najtrudniejsze biegi górskie w kraju. Brał też udział w maratonie po zamarzniętym Bajkale i zdobył Mount Blanc oraz Elbrus.

„Wiem, że każdy ma coś do zrobienia, że musimy pokonywać kolejne szczeble samorealizacji. Problem polega tylko na tym, że czasem nie wiemy, co to jest, czego chcemy. Bieganie w tym pomaga. W trakcie biegu przychodzą często proste odpowiedzi na ważne pytanie: »Czego pragnę?«” – wyjaśnia.

Zwiększona gęstość istnienia

I mimo tego, że w życiu nic nie jest pewne, to tej obranej drogi, opartej na pragnieniu, trzeba się trzymać. Witold Orcholski przekonuje, że z ludźmi, którzy opierają się potrzebom, dzieją się dziwne rzeczy. Jeśli chcesz ratować głodne dzieci w Afryce, jedź do Afryki, jeśli chcesz być śpiewakiem, śpiewaj, jeśli masz ochotę pobiegać, pobiegaj.

I nieważne, czy pokonasz maraton na Saharze, czy potruchtasz do sąsiedniego lasku. I tu, i tam masz podobne szanse na znalezienie odpowiedzi na fundamentalne pytania. Biegając, dbasz też o fizyczność. I chociaż ważniejszy jest umysł, to dla Witolda Orcholskiego ciało jest naszym pojazdem. Pozwala nam pokonywać przestrzeń. Dlatego, tak jak o dobry samochód, trzeba o nie porządnie dbać.

„W czasie tej troski o ciało, w czasie biegu, nasza fizyczność daje nam też wyraźne znaki, że istniejemy – śmieje się Witold. – Zwiększa się gęstość istnienia, bolą mięśnie, bolą kości, czasem boli też nawet krew. Czasem jest tak trudno, że po prostu nie ma żartów, że sprawa ociera się o przetrwanie. Wtedy wiem, że jestem. Wtedy nabieram pewności”. Z tym bólem wiąże się inny termin, który Witold powołał do życia. To „strefa dyskomfortu” – coś, co każdy powinien mieć, do czego każdy powinien się zmuszać.

W tej właśnie strefie najlepiej stawiać pytania „Po co”, w nich najlepiej szukać odpowiedzi. W nich należy szukać motywacji, pytać, dlaczego to robię, co mnie do tego pcha. Odpowiedź rozciąga się na całe życie. To też dodatkowa motywacja do skończenia biegu, bo gdy się jest filozofem, gdy za takiego się człowiek uważa, to nie może ot tak sobie stanąć. Sprawa ociera się nie tylko o honor.

Każdy ból jest przejściowy

„Bez biegania da się żyć, to pewne. Ale w moim mniemaniu jest to aktywność podstawowa, którą uprawialiśmy od zarania dziejów i coś nas do niej ciągnie” – mówi Orcholski. Bieg nauczył go wiele, choć nie może powiedzieć, żeby przyszły jakieś oświecenia, eureki.

Wie, że 20., 30., 40., 80. kilometr skłania jednak do pokory, a to już jest fundament, na którym można zbudować życiową postawę. Witolda cieszy więc, że doszedł do takich refleksji, że nie musi się w życiu miotać, ciskać, jak ci, którzy nie wiedzą, czego chcą, albo temu zaprzeczają. Bieganie mu w tym bardzo pomogło. I nawet gdyby ktoś powiedział mu, że jeśli je porzuci, to będzie pisał jak jego ukochany Zbigniew Herbert, to odpowiada, że nie, że woli biegać. Tym bardziej że ten poeta, według Witolda, napisał już wszystko, co należało powiedzieć.

„Mój ulubiony pisarz na pewnym etapie swojego życia oddawał się medytacjom. Zauważył jednak że dają mu one taką równowagę duchową, przez którą nie potrafi pisać. Przestał więc medytować, porzucił spokój dla tego inspirującego rozchwiania” – opowiada Witold. On z dobrodziejstw medytacji też korzysta i zauważa, że bieganie pewne podobieństwo z nimi zachowuje. Z jednego i drugiego nie zamierza rezygnować. Pytania filozoficzne w czasie biegu mają jednak większą krwistość, widać ich włókna w tym wysiłku. Każdy ból jest jednak przejściowy – tego także uczy nas bieg. Bo dobiegasz, zatrzymujesz się i odpoczywasz.

A jeśli ten ból pokonasz, jeśli go wytrzymasz, to stajesz się po prostu silniejszy. A z taką świadomością łatwiej jest żyć. Zresztą, Arystoteles mówił swoim uczniom, że „głębokie poznanie czerpie z doświadczenia, a do niego trzeba uczestnictwa, a nie tylko zgłębiania mądrości ksiąg”. „Ja mogę nawiązać i powiedzieć, że jeśli chcesz poznać bieganie, to daj mi rękę i biegnij ze mną przez las” – kończy Orcholski.

RW 03/2015

Tagi: Witold Orcholski | bieganie i joga | bieganie filozofia

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij