Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Wrocławskie wspominki [felieton Jacka Fedorowicza]

Polecałem już w RW wspomnienia studenckie, książkę „Ja, jako wykopalisko”, dziś – tradycyjnie – zareklamuję ciąg dalszy. Nosi tytuł „Będąc Kolegą Kierownikiem”.

W „Wykopalisku” opisałem pierwszą przygodę z bieganiem, start na 1 km, który – ponieważ to był rok 1953 – odbył się w ramach Biegów Narodowych na pohybel imperialistom z USA. Książka „Będąc Kolegą Kierownikiem” opisuje moją przygodę z radiem. Tytuł jest zrozumiały, niestety, tylko dla kategorii K50+ i M50+, bo odwołuję się w nim do postaci z audycji „60 minut na godzinę” nadawanej w Trójce w latach 1974-1981. Nastolatki płci obojga, które masowo tego słuchały, dziś są w okolicach pięćdziesiątki. Kategoriom młodszym wyjaśniam, że Kolega Kierownik to bałwan, którego odtwarzałem na antenie głosem własnym z lubością i oddaniem. Wszyscy wiedzieli, że musi być „kolega”, ponieważ cenzura prędzej by trupem padła, niż pozwoliła mi na „towarzysza”.

Audycja była – jak się potem okazało – najpopularniejszą audycją w historii Polskiego Radia. Miała więcej odbiorców niż najpopularniejsze programy telewizyjne. Dlaczego? – przeczytajcie w książce. Dowiecie się też, jak pokochałem magnetofon Philips, który miał defekt, i dlaczego potem po całym świecie szukałem innego z takim samym defektem. Efekt? Z użytkownika magnetofonu Philipsa stałem się fanem półmaratonu Philipsa w Pile.

Koniec przerwy reklamowej. Dalej wywołane wzmianką o audycji wspomnienia biegowe, czyli już na temat. Magazyn „60’/h” wspierali autorzy wrocławscy: wspaniała Ewa Szumańska, która każdą swoją scenkę zaczynała od „Będąc młodą lekarką…” (mój tytuł książki to hołd złożony Ewie), a ponadto Jan Kaczmarek, Andrzej Waligórski, Leszek Niedzielski i wielu innych. Często jeździłem do Wrocławia na wspólne koncerty lub nagrania. Wtedy już byłem początkującym maniakiem biegowym i sprawą prawie tak ważną, jak kolejna scenka pognębiająca (w zamyśle) partyjnych towarzyszy kierowników, były moje osiągnięcia biegowe.

Zwykle odmierzałem sobie dystans licznikiem samochodowym, by po biegu zapisać w kalendarzyku, ileż to minut zabrało mi przebiegnięcie 5 czy 10 km. Wyniki były coraz lepsze i to wbijało mnie w dumę. Ale licznik samochodowy jest urządzeniem nie do końca wiarygodnym. A ja chciałem wiedzieć na pewno, czy rzeczywiście poprawiłem się w piątek o minutę, by obsunąć się w sobotę o dwie, ale za to w niedzielę odrobić te dwie i urwać dalsze trzy, by w poniedziałek zaczynać leczenie kontuzji.

Na szczęście nie każdego tygodnia byłem takim idiotą, żeby dzień w dzień biegać „na maxa”. Sprawdziany robiłem jednak dość często, gnany ciekawością, czy robię postępy, i do tego niezbędna była bieżnia. W Warszawie miałem dwie bieżnie na stadionie Spójni (dziś obie bezpowrotnie zarośnięte), a we Wrocławiu przy ul. Sztabowej odkryłem stadion stosunkowo niedaleko budynku Radia, niezwykle wygodny, bo nikt z niego nie wypędzał. Wyglądał na stary, poniemiecki. Stanąłem na pierwszym torze, spojrzałem na zegarek i zrobiłem 25 okrążeń. Czas wprawił mnie w osłupienie. Ale – pomyślałem ze smutkiem – pewnie pomyliłem się, licząc okrążenia. Po dwóch dniach ponowiłem próbę. Czas – rewelacja (jak na mnie).

Wpadłem w euforię i postanowiłem poszukać w okolicy jakiegoś prawdziwego biegu z komisją sędziowską, bo skoro doszedłem do takich wyników, to mogę się zgłosić i na pewno nie będę ostatni. Ale podejrzenie, że coś jest nie tak, nie dawało mi spokoju i mimo że stadion absolutnie nie wyglądał na przyszkolny, taki z krótszą bieżnią, mimo że był przez Niemców budowany, więc już absolutnie wiarygodny, ostatecznie – nie wiem, czy wiecie – w straszliwie zrujnowanym Wrocławiu brukowane przedwojenne nawierzchnie jezdni były wciąż bez porównania lepsze niż te, które budował socjalizm, no więc mimo że ten stadion teoretycznie nie powinien być niewymiarowy, postanowiłem się dowiedzieć w miejscowym klubie, czy przypadkiem bieżnia nie jest ciut krótsza. Okazało się, że jest. Niewiele: kilka czy kilkanaście metrów. Oko nie zauważy, zegarek owszem.

Nauki z tego są takie: nie trzymajcie się wyników kurczowo. Poza tym nie biegajcie na czas za często. Umiejcie jednak ocenić swoje możliwości, nawet bez miarek i zegarków. I pamiętajcie, że Niemcy też partaczą, nie tylko wydech Volkswagena...

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2016.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij