Runner's World poleca:

Yuki Kawauchi: Amator uwielbiany jak gwiazda rocka

Poleć ten artykuł:

Yuki Kawauchi to 28-latek, który ciągle mieszka z matką, ma największą na świecie kolekcję komiksów manga o bieganiu i od 8 do 16 pracuje jako urzędnik państwowy. To z jednej strony. A z drugiej? Z drugiej to gwiazda maratonów z patentem na ich wygrywanie i bożyszcze tłumów.

Yuki Kawauchi: Zniszczyć status quo

Chłopiec biegnie, ile sił w nogach. Jego oddech jest głośny i ciężki. Dostrzega już matkę, która stoi na asfaltowej ścieżce w miejscu wyznaczającym koniec okrążenia. Kobieta patrzy na swój stoper. Jeśli jej syn pobije swój życiowy rekord, trening się zakończy, a jego czeka nawet nagroda. Albo lody, albo hamburger…

Jeśli jednak okaże się wolniejszy, to trening będzie trwał dalej. Znów będzie biegł okrążenie wokół parku. Matka wie, że on nienawidzi tych dodatkowych okrążeń, ale wie też, że jeszcze jest za młody, żeby się jej przeciwstawić. Krzyczy więc głośno, odliczając kolejne sekundy:

„Trzy minuty 34… 35… 36!”. Każdy okrzyk zmusza chłopca do przyspieszenia. Kiedy w końcu do niej dobiega, pada na trawę. Jej źdźbła i grudki ziemi przyklejają się do jego spoconych nóg i rąk, a on przewraca się na plecy i stara się uspokoić oddech.

„Co ty wyrabiasz, dlaczego się wylegujesz? – słyszy. – Czas na karną rundę!”. 20 lat później ten chłopiec rozkocha w sobie tłumy biegaczy amatorów. Dlaczego? Choćby takimi osiągnięciami, jakimi zachwycił świat w 2013 roku. Ukończył wtedy 11 maratonów, z czego cztery z czasem poniżej 2:10. Wyniki 2:08:15 oraz 2:08:14 (jego życiowy rekord) zrobił w zawodach, które dzieliły tylko 42 dni. Wynik 2:09 wykręcił na dwóch maratonach organizowanych tylko dwa tygodnie po sobie.

W 2014 roku przebiegł 13 maratonów i 12 połówek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w większości nie zajmował miejsc na pudle, gdyby w nich tak często nie wygrywał. Yuki Kawauchi zawstydza zawodowców, bo nie ma sponsora, a żyje z pensji urzędnika. No i z nagród w biegach, które udaje mu się wygrać. Podczas gdy profesjonaliści pozwalają sobie na dwa starty w maratonach rocznie, on biega ich kilkanaście, a do tego startuje jeszcze w zawodach ultra. I żyje, i wygrywa.

Jak to możliwe? Jego były już trener stawia sprawę jasno: „To nie jest talent, to siła woli”. Jak się wykuwa taką potęgę charakteru? To akurat wie mama tego cudownego maratończyka.

Mama przesadzała?

To ona, jako była lekkoatletka, zabrała się za przygotowywanie syna do sportowego życia. Kiedy w wieku 6 lat przebiegł 1500 metrów w czasie 7 minut i 30 sekund, postanowiła, że nauczy go tego, co konieczne, by zaistnieć w świecie sportu: ciężkiej pracy i determinacji. Jak to robiła? Tak jak w opisanej wcześniej scence.

Jeśli jej syn pokonał swój życiowy rekord, trening kończył się natychmiast. To było jego zadanie na każdą kolejną sesję. Jeśli mu się to nie udało, biegał kolejne okrążenia, aż do ukończenia wszystkich zaplanowanych. Jeśli którekolwiek z okrążeń biegł 30 sekund dłużej niż wskazywała życiówka, mama dopisywała mu do treningu kolejne kółko.

Jeśli zdarzyło mu się przybiec minutę za późno, dorzucała mu dwa dodatkowe okrążenia. Jeśli wyraźnie rozmijał się z życiówką przez kilka okrążeń, musiał wracać do domu na piechotę – ponad 3 kilometry spaceru po treningu. To jednak zdarzało mu się rzadko, bo był – i do dziś jest – uosobieniem posłuszeństwa, karności i dyscypliny.

Choć cieszyły go zabawy z rówieśnikami, gry wideo i lektura komiksów, to gdy przychodziła odpowiednia godzina, wstawał od swoich zajęć i mówił z pokorą do kolegów: „Teraz idę biegać”. I szedł.

Taki sposób wychowania jest dość powszechny wśród japońskich matek. Ale karne kółka wzbudzały niepokój nawet wśród przechodniów w parku. Kiedy jednak zwracali matce Yukiego uwagę, że taki wysiłek to za dużo dla tak małego chłopca, ona chłodno odpowiadała: „To jest nasz rodzinny sposób na wychowywanie dzieci”.

Strach i pasja

No i pani Kawauchi wygrała. Syn do dziś biega, do dziś odnosi sukcesy, zarabia bieganiem pieniądze, choć nie ma sponsorów, bo zabrania mu tego urzędowy kontrakt. Yuki Kawauchi pracuje bowiem na państwowej posadzie 40 godzin tygodniowo. Nie może pobierać też opłat za udział w biegu. Pozostają mu jedynie nagrody za zwycięstwo. Mimo to startuje i często wygrywa.

Czasem jednak dodatkowo inwestuje w biegi. W 2013 roku spóźnił się na lot do Egiptu. Samolot był opłacony przez organizatora biegu. Yuki wykupił więc na lotnisku kolejny bilet za 9 tysięcy dolarów – czyli jedną czwartą swoich rocznych zarobków na urzędniczej posadzie. Opłaciło się – przybiegł pierwszy, wygrywając ten maraton. Wydawałoby się, że do tak wielkiego poświęcenia, do takiego wysiłku zdolna jest tylko osoba, która kocha to, co robi. Przez pierwsze lata poważnego trenowania Yuki biegał jednak raczej ze strachu niż z miłości do tego sportu.

Czego się bał? Tego, że straci swoją pozycję, że zawiedzie. Siebie samego, ale przede wszystkim mamę. W szkole średniej dołączył do drużyny biegaczy. Trenowali tam bardzo ciężko, jak to w Japonii zwykło się robić. Ćwiczyli sześć do siedmiu razy w tygodniu. Trzy, a nawet cztery treningi wzbogacane były o ćwiczenia szybkościowe. Taka intensywność często kończyła się kontuzjami. U Yukiego padło lewe kolano. Kontuzja ciągnęła się przez całą szkołę średnią i niosła za sobą upokorzenia.

Ci, którzy akurat nie trenowali – a jemu zdarzało się to często – nosili innym zawodnikom torby i bidony z wodą. „Co ja jestem? Ludzkie ścierwo?” – pisał w pamiętniku rozgoryczony Yuki. W tym też czasie na zawał serca zmarł 59-letni ojciec Yukiego.

Tagi: Yuki Kawauchi | maratończycy Japonia | bieganie Japonia

Oceń artykuł:

3.5

Skomentuj (0)

Wątek nie istnieje

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij