Zaklinacz dobrej energii
Wpadnij na Lewa Marathon
Kilimandżaro zmieniło Piotra, jego priorytety. "To było bardzo osobiste przeżycie. Po tej wyprawie nic nie jest jak dawniej" - mówi. Pogon odszedł z Fundacji Anny Dymnej, by pomóc Jaśkowi Meli zrealizować jego własny projekt - "Poza horyzonty". Potem zadzwonili z Afryki: "Pakuj się, lecisz na Lewa Marathon".
Zaproszenie dostał od... Piotra Pogonia - pracownika ambasady polskiej, którego poznał w Nairobi, tuż przed wyprawą na Kilimandżaro. Zbieżność nazwisk sprawiła, że mężczyźni utrzymali kontakt i wspólnie przygotowali projekt wsparcia dla franciszkańskich ośrodków misyjnych w Kenii. Gdyby nie pomoc finansowa polskiej ambasady, Piotr nie wystartowałby w "Lewie".
Przed wyjazdem biegał w terenie o dużej różnicy wzniesień, zwiększył też liczbę powtórzeń ćwiczeń na mięśnie nóg. Codziennie pływał, a raz w tygodniu brał udział w biegach długodystansowych z cyklu "Jasiek Mela Team". Nie spodziewał się ogromu wrażeń, jakie czekały na niego w Afryce. "Atmosfery biegu nie da się opisać. Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy" - przekonuje Pogon.
Trasa maratonu wiedzie przez jeden z najpiękniejszych parków narodowych Kenii. Zawodnicy pokonują kilometry w pyle na wysokości ponad 2200 m n.p.m. Przed oczami mają masyw Mount Kenya, pasące się wokół stada antylop i bawołów, nieco dalej kręcą się słonie, lwy, nosorożce. Przez cały czas nad głowami uczestników latają śmigłowce ekip telewizyjnych.
Większość osób wybiera pętlę półmaratonu. Druga pętla to właściwy, ponad 42-kilometrowy maraton. "Na 35. km dopadł mnie kryzys temperaturowy. Żar lał się z nieba, wypiłem już ponad 5 litrów wody, a do mety prowadził długi podbieg. Było ciężko. Pomyślałem jednak o ludziach, którzy mi zaufali... Nie mogłem ich zawieść" - opowiada Piotr. Na metę dotarł jako 51. spośród ponad 1000 startujących osób.
Organizatorzy nie wiedzieli nic o jego niepełnosprawności. Kiedy "tajemnica" wyszła na jaw, zrobiło się zamieszanie. Sam Paul Tergat - człowiek, który jako pierwszy na świecie pokonał maraton w czasie 2:05 - przerwał posiłek i osobiście podszedł uścisnąć Pogonowi dłoń. "Gratulacje Paula to dla mnie wielki honor. Moje bieganie przy jego osiągnięciach jest jak porównywanie ciągnika Zetor z Porsche 911" - mówi Piotr.
Brać życie garściami
Choroba wzmocniła w Piotrze przekonanie, że darowany czas trzeba maksymalnie wykorzystać. Bywa, że sypia 24 godziny na... tydzień. Praca fundraisera jest absorbująca, szczególnie gdy samemu uczestniczy się w organizowanych wyprawach. Ostatnio był Elbrus - najwyższy szczyt Kaukazu.
"Wspinaliśmy się po lodowcu. Atak na górę trwał od 2.00 w nocy przy temperaturze -30 stopni C, mocnym wietrze i świeżym śniegu. Jasiek Mela i niewidomy Łukasz Żelechowski musieli zawrócić. Zdobyli Elbrus dwa dni później, po 17 godzinach nieustającej wspinaczki..." - opowiada Piotr. "Zamiast wbić flagę po wejściu na szczyt, zwyczajnie zwymiotowałem" - wyznaje szczerze.
Ostatnio ma na sport trochę mniej czasu - szuka funduszy na NY Marathon. Główny sponsor imprezy zaprosił aż pięciu biegaczy z "Jasiek Mela Team". Takiej szansy nie wolno zmarnować. Co potem? Piotr chce pomóc Meli zdobyć Koronę Ziemi - wszystkie najwyższe szczyty poszczególnych kontynentów.
Nie wie, czy pójdzie na wyprawę z młodszym kolegą. Życie płatało mu już takie figle, że oprócz posunięć zawodowych nie planuje nic. Wierzy, że dzięki jego pracy fundacja Jaśka "Poza horyzonty" będzie w bliskiej przyszłości najbardziej profesjonalną i dynamiczną polską organizacją pozarządową.
"Gdy tak się stanie, mogę spokojnie zacząć się starzeć. Najlepiej w cieple. Może w Afryce?" - mówi.
RW 06/2010



















NEWSLETTER