Dlaczego tak się katujemy?
Wielu biegaczy odpowiada wtedy, że ból jest wprawdzie wpisany w bieganie, ale jest tylko jednym z jego elementów. Niekoniecznie złym. To po prostu cena, jaką płaci się za frajdę dobiegnięcia do mety. Co więcej, do pewnego stopnia ból jest fajny. Gdy jakiś czas nie biegasz, odczuwasz tęsknotę za uczuciem łaknących powietrza płuc, powoli puchnących ud, strużki potu spływającej po plecach... To element zabawy, to dzięki niemu czujesz, że naprawdę żyjesz.
Wielu biegaczy postrzega tę tęsknotę za wysiłkiem jako coś w rodzaju sprzeciwu wobec "zmiękczenia" społeczeństwa, które stara się każdy ból zdusić w zarodku, nie dopuścić do najmniejszego dyskomfortu. Tak jakby mówili: "Mam już dosyć życia w świecie stałego znieczulenia".
Według Atkinsona, bieg długodystansowy przypomina w pewnym sensie rytuał inicjacyjny. "Zaczynasz biec z pewnym obrazem samego siebie, a kiedy musisz się zmierzyć z bólem, takim prawdziwym, nie wymyślonym, musisz zweryfikować obraz samego siebie. Stawiasz sobie pytania: Kim jestem? Co mną rządzi? Czy potrafię przetrwać? - mówi Atkinson. - Może się okazać, że do mety dobiega już całkiem inny człowiek niż ten, który nerwowo przebierał nogami na starcie. I ta świadomość własnej mocy i własnych ograniczeń zostaje już na całe życie".
Mój pierwszy maraton na wysokości 2000 m n.p.m. był takim właśnie przeżyciem. Zwątpiłam, kiedy na starcie dyrektor biegu powiedział, że dystans w rzeczywistości będzie o około 2 kilometry dłuższy niż klasyczne 42 km, ale że te dodatkowe kilometry będą już z górki. Tak jakby to miało jakieś znaczenie.
Jakoś się pozbierałam i pobiegłam, jednak kiedy minęłam szczyt wzniesienia, za którym miało być już tylko łagodnie z górki, okazało się, że przede mną jeszcze jedno wzniesienie. Niewielkie, ale dla mnie wyglądało jak Mount Everest. Jakiś chłopiec minął mnie na rowerze górskim, a ja poważnie zastanawiałam się nad wyrwaniem mu roweru i dojechaniem do mety. Ale nie, spuściłam głowę, wzięłam głęboki oddech i zanurzyłam się w bólu. Skoro przebiegłam już tyle, nie odpuszczę.
Te ostatnie kilometry to było coś niesamowitego. Czułam, że żyję, że jestem tu, w tej chwili, na tym stoku. Zaczęłam czuć ból w miejscach, w których jeszcze nigdy go nie odczuwałam. Jakiś przyczep mięśniowy w biodrze, kostka po zewnętrznej stronie stopy, boląca podeszwa palucha... Bolało jak diabli.
Ale biegłam. Wciąż biegłam. Pierwszy krok wydawał się najtrudniejszy, każdy następny był już znacznie mniejszym wysiłkiem. W połowie wzniesienia już wiedziałam na pewno - dam radę. I kiedy dzisiaj wspominam te ostatnie, najtrudniejsze metry, w ogóle nie myślę o bólu. Pamiętam raczej uniesienie wynikające ze świadomości, że zdołałam tego dokonać.
RW 05/2008


















NEWSLETTER