REKLAMA

4Deserts po polsku: 250 km po pustyni razy cztery [zdjęcia]

"Robimy?" "Robimy!" Tak się cała przygoda zaczęła. A właściwie to nieco wcześniej - razem z nadwagą, koszulkami XXL i wstydem przed dzieckiem. Powody prozaiczne, droga tragiczna, finał chwalebny. Czterech facetów, cztery pustynie i jedna śmierć.

4Deserts, ultramaratony cztery pustynia, Marcin Żuk, Andrzej Gondek, Marek Wikiera, Daniel Lewczuk archiwum prywatne uczestników 4Deserts
Polscy uczestnicy 4Deserts / archiwum prywatne

Mimo że na 4Deserts były przypadki śmierci z wyczerpania. Przygotowania szły pełną parą. Daniel sukcesywnie zwiększał dystanse treningowe aż do zacnych 120 kilometrów tygodniowo, a do plecaka ładował dziewięć kilo balastu. Marek, oprócz biegania, z aptekarską dokładnością wypracowywał sobie dietę. Adventure foody, kaszki dla dzieci, batony – wszystko rozpisane co do grama, co do kalorii w szczegółowych tabelach. Marcin biegał nie tylko na trasach treningowych, ale po redakcjach pism i telewizji, żeby sprawę rozpromować, a Andrzej przełamał się i nawet trzy razy poszedł na solarium, żeby przygotować skórę.

Do tego treningi siłowe i crossfitowe. Dodatkowo wszyscy musieli opanować sprawy zawodowe – trzeba było pracować więcej i szybciej. Ale w końcu się udało. Wszystko było zapięte na ostatni guzik – nawet kaszka przesypana do woreczków foliowych poprzekłuwanych dla spuszczenia powietrza. Wszystko gotowe, a tu niespodzianka. Ze względów politycznych Sahara Race odbędzie się na pustyni Wadi Rum w Jordanii. No cóż, pojechali.

Sahara, czyli Wadi Rum

Pojechali tam w lutym. Wszyscy przyznają, że pierwszy etap był najbardziej emocjonujący ze względu na niewiadomą. Nie wiedzieli, jak zareagują ich ciała, czy dobrze dostosowali dietę, co ich zaskoczy. Daniel Lewczuk dopiero po tych pierwszych dniach dowiedział się, co to jest akumulacja zmęczenia i czym jest ściana. Tam poznał dobrodziejstwo i niebezpieczeństwo środków przeciwbólowych, którymi musiał zabijać ból w kolanie – zespół pasma biodrowo-piszczelowego.

Poprzysiągł sobie, że dawka nie przekroczy dwóch tabletek dziennie i tego się trzymał. Do dziś mówi: „Mój przyjaciel ketonal”. Nawet im jednak przez głowę nie przeszło, że obok zmagań sportowych przyjdzie im się zmagać z niedopatrzeniem organizatorów.

„Ciężkie namioty z owczej wełny miały być dla nas atrakcją turystyczną. Ale kiedy temperatura spadła do czterech stopni i zaczął padać deszcz, to atrakcja turystyczna zamieniła się w udrękę – mówi Andrzej Gondek. – Porobiły się w nich kałuże wody, w których leżeliśmy pozapinani w śpiwory. Na domiar złego na zewnątrz zimno, w śpiworze ciepło, więc i w nim zaczyna się gromadzić woda. Leżeliśmy przemoczeni i myśleliśmy o ciepłych łóżkach w domu. Nie rozklejaliśmy się jednak, po prostu dla wzmocnienia psychiki klęliśmy na organizatorów”.

I to wszystko przed startem, przed pierwszym dniem. Rano wybiegali z obozu z poczuciem ulgi. Gdy jednak przebiegli udręczeni do następnego obozu, jedynym miejscem, gdzie można było się ogrzać, był namiot z koksownikami zrobionymi z pociętych beczek. Po biegu gromadzili się tam wszyscy. Na linach wokół suszyły się rzeczy.

„Dopiero drugiego dnia wyszło słońce i można było myśleć już tylko o bieganiu” – opowiada Marek Wikiera. Na bieganiu, na marszu i na czołganiu… Tak, tak, były takie miejsce. Andrzej Gondek wspomina 20-metrowy tunel pod autostradą, który można było pokonać tylko na czworaka. Wspomina też, że po czwartym etapie nie widział już różnicy między oszczędzaniem sił a biegiem na maksa – tak czy siak, na mecie padał na twarz. Nawet przed dniem piątym, kiedy to czekał na nich najdłuższy, 90-kilometowy odcinek. Po nim „paznokcie schodziły plastrami”.

Nie było kilometra, który układałby się płasko. Różnica temperatur w nocy i w południe 30 stopni, tabletki sodowo-potasowe. A jak oznakowanie trasy? „To pytanie w przypadku Jordanii to żart – wspomina Andrzej Gondek. – Po 10-12 kilometrów nie było śladu żywej duszy, nikogo z organizatorów, a pomylić kierunek było naprawdę łatwo. Do tego trawersowaliśmy stok góry. Gdyby coś się stało, to kto wie, ile leżałby poszkodowany i czekał na pomoc”. Ale udało się – na metę dotarli wszyscy.

Pierwszym z Polaków był właśnie Andrzej. W generalce dwunasty. W kraju zawrzało. Polacy zrobili pierwszy bieg z czterech w niepokonanym przez żadnego z naszych rodaków 4Deserts. Wywiady, spotkania, pochwały. Następna była pustynia Gobi i na nią czekali już spokojniej.

Gobi i kredki w plecaku

Na Gobi pojechali w czerwcu. Tutaj też zaskoczyła ich organizacja, ale w liniach lotniczych. Zaginęły bagaże, a wiadomo, że nie przyjechali na wakacje, że ekwipunek dobierali drobiazgowo, by przetrwać. Ale też spełnić wymagania organizatorów. Można było zostać niedopuszczonym do startu za brak dwunastu wymaganych agrafek. Nerwy były spore, ale niebezpieczeństwo zażegnano – wszystko się znalazło. Można było biec.

Temperatura miała się tam wahać od 15 do 30 stopni Celsjusza i wszyscy się na nią szykowali. Dlatego kolejną niespodzianką był przymrozek. Zaskoczył ich na drugim etapie. Zaczął się on od długiego podbiegu i nie dość, że biegli w górę, to jeszcze psuła się pogoda. Gdy organizatorzy przerwali bieg, Polacy byli w okolicach 25. kilometra, a powietrze miało temperaturę -3 C. Zaczęli, gdy temperatura sięgała 25 stopni. Większość zawodników była w krótkich koszulkach i spodenkach. Ludzie wpadali w hipotermię.

„Ręce chowałem z tyłu pod plecak i tak biegłem – wspomina Andrzej Gondek. – Wtedy jeszcze dawałem radę, ale kiedy poczułem, że lodowata woda spływa mi w spodenkach, to straciłem ducha walki. Dyskomfort w tych rejonach to dla faceta pierwsze największe ostrzeżenie”.

Marek Wikiera tego dyskomfortu nie poczuł. Co więcej, doszedł do wniosku, że skoro robi się tak zimno, to żeby się rozgrzać, trzeba biec szybciej. Dlatego poczuł się trochę rozczarowany, kiedy zatrzymali bieg. Dostał jednak wycisk na najdłuższym etapie pustyni. Pierwsze 40 kilometrów cały czas pod górę. Stracił wtedy głowę z pragnienia i za bardzo się opił. Kiedy przyszedł czas na elektrolity, to nie było na nie miejsca w żołądku. Wtedy jednak nie było jeszcze tak źle, bo zaraz zaczęło się 15 kilometrów zbiegu. Ale potem przyszedł szósty punkt kontrolny i przekonanie, że to już meta.

A tam ktoś krzyczy, że siódmy punkt za 11 kilometrów! I zapaść, i zjazd, i udręka. Walka o każdy krok i wypytywanie innych zawodników, czy daleko jeszcze. Kiedy jeden z nich odkrzyknął, że tylko 5 kilometrów, to nerwy puściły zupełnie – Marek biegł i płakał. Sam nie wiedział, czy ze szczęścia, czy z rozpaczy. Andrzej natomiast zapamiętał wyścig o trzecie miejsce z Nickiem Meadem. Do końca deptał mu po piętach i przegrał o trzy minuty. Satysfakcję miał taką, że zrobił zdjęcie przeciwnikowi, kiedy ten leżał na mecie po walce. Gondek przegrał, ale stał.

„Tuż przed ostatnim etapem Nick podszedł do mnie i zapytał, czy mam zamiar się ścigać, czy może sobie już trochę odpocząć – opowiada Andrzej. – Ja uwielbiam współzawodnictwo i nie mógłbym sobie odpuścić. Dlatego odpowiedziałem mu, że będzie musiał na mnie uważać. Powiedział, że to rozumie, ale nie wyglądał na szczęśliwego” – żartuje.

Dla Daniela z kolei Gobi jest wspomnieniem sentymentalnym, bo wtedy ostatni raz biegł z nimi Marcin Żuk. To tu skończyła się jego przygoda z bieganiem. Na tej pustyni pozostała też jego chęć do życia. „Zapamiętam to, że kiedy wszyscy dbali o to, by w plecakach mieć jak najmniej rzeczy, by były jak najlżejsze, to on napakował do niego kredek i rozdawał je na trasie dzieciom, które nigdy ich na oczy nie widziały” – wspomina.

Gobi i Atakama miały być suche i ciepłe. To źle, ale jakby tego było mało, jednocześnie były też zimne i mokre. Pełen zestaw dyskomfortu.

Po powrocie do domu okazało się, że Marcin Żuk nie ma już pieniędzy na trzeci bieg. To wpłynęło na jego stan zdrowia – choroba afektywna dwubiegunowa. Niemijająca, maniakalna euforia związana z przygodą 4Deserts zamieniła się w depresję i apatię. Nigdy nie powiedział nic chłopakom. Marcin Żuk odebrał sobie życie. „Dzięki bieganiu chce mi się chcieć…” – zostały po nim te słowa.

Atakama, czyli jak na Marsie

Na Atakamę do Ameryki Południowej wyjechali w październiku. To tutaj pożegnali Marcina. Daniel zabrał jego zdjęcia i przy obozie usypali mały kopiec, w którym je złożyli. Na bieg przyczepili do plecaków czarne wstążki. Ludzie pytali, a oni starali się odpowiedzieć, co one oznaczają. Nie zawsze wychodziło. Danielowi raz załamał się głos, a potem na 2-kilometrowym samotnym odcinku wykrzyczał całą złość. Na mecie wypuścili wstążki w powietrze. „Radość mieszała się ze smutkiem. Nie potrafiłem do końca się cieszyć” – wspomina Daniel.

Na biegu było trudno. Ale nie tylko dlatego, że zostało ich trzech. Atakama w zgodnej opinii wszystkich była najtrudniejszą pustynią. Jest tam tak sucho, że jednym nosy krwawiły, a innym wariowała śluzówka i dostawali od tej suszy kataru. Poza tym wysokość, czyli 3000 m n.p.m. Było tam tak mało tlenu w powietrzu, że płuca pracowały nawet na siedmiu procentach wydajności. Jakby tego było mało, powierzchnia Atakamy przypomina Marsa i to właśnie tam NASA testuje swoje łaziki.

„Ani jednego kroku nie stawialiśmy na równej powierzchni, ostre skały cięły buty jak nóż. Wszystkie pozostałe pustynie razem wzięte nie niszczyły tak butów, jak Atakama właśnie” – tłumaczy Marek. Paliło więc w klatce piersiowej, cięło buty, kaleczyło stopy i trzeba było uważać, żeby nie skręcić sobie stawu. Do tego piekły klatki piersiowe, w obozie obolali zawodnicy przemieszczali się chodem pingwina. Ale brnęli do przodu mimo wszystko, mimo tego też, że ciążyło im wspomnienie koszmarnych dni między Gobi a niegościnną Atakamą właśnie.

1 2 3
STRONA 2 z 3

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA