REKLAMA

4Deserts po polsku: 250 km po pustyni razy cztery [zdjęcia]

"Robimy?" "Robimy!" Tak się cała przygoda zaczęła. A właściwie to nieco wcześniej - razem z nadwagą, koszulkami XXL i wstydem przed dzieckiem. Powody prozaiczne, droga tragiczna, finał chwalebny. Czterech facetów, cztery pustynie i jedna śmierć.

4Deserts, ultramaratony cztery pustynia, Marcin Żuk, Andrzej Gondek, Marek Wikiera, Daniel Lewczuk archiwum prywatne uczestników 4Deserts
Polscy uczestnicy 4Deserts / archiwum prywatne

Organizm Andrzeja postanowił zbuntować się na batony energetyczne, wobec których nie miał żadnych zastrzeżeń na wcześniejszych biegach. Na 3000 metrów jeden ze zjedzonych batonów – mimo tego, że Andrzej pamiętał, by pomodlić się o jego przyswojenie – postanowił wrócić. Do końca biegu już nie dało się wcisnąć żadnego podobnego i polski kandydat do pudła w generalce musiał pożyczać jedzenie od innych zawodników. I zdecydowanie go ta przygoda spowolniła.

Daniela Lewczuka natomiast o mało co nie zatrzymało ciężkie zapalenie ścięgna Achillesa. Biegł z nim, wspierając się na kijach. A gdy lekarz w Polsce po zrobieniu USG zalecił mu konieczne kilka tygodni spokojnej rehabilitacji, to ten odparł, że owszem, że ma trzy, bo za tyle startuje na Antarktydzie. Między jedną pustynią a drugą w ogóle nie biegał, ale po trzech pustyniach to już nie był ten Daniel, co zaczął truchtać, bo chciał podreperować zdrowie.

Antarktyda, czyli dziwnie

Na Antarktydę popłynęli w listopadzie i była to najdziwniejsza pustynia, bo kazali im się przygotować na nieprzewidziane. Nieprzewidziane na przykład było dla nich to, jak trudna będzie to podróż.

„Statek był piękny, mieliśmy tam fajne warunki. O tym, że nie jesteśmy na wakacjach, przypomniał nam jednak kapitan, szybko ogłaszając ćwiczenia ewakuacyjne. To nam przypomniało, że będziemy opływać przylądek Horn – wspomina Daniel Lewczuk. – Jeszcze więcej pokory nauczyło nas morze. Gdy zaczęło bujać, nie było mocnego, każdy chorował. Liczba »pawi« na statku przekroczyła masę krytyczną”. Na Antarktydzie biegali po zamkniętych trasach, pętlach. Baza była na statku.

Wysiadali tam, gdzie panowały odpowiednie warunki. Łodziami dopływali do brzegu i nikt nie wiedział, ile mają czasu, za ile godzin zaczną zdejmować ich z tras. Zapadali się w śniegu, pocili niemiłosiernie, bo trzeba się było porządnie ubrać, a do tego wszystkiego nie mogli stawać, za zatrzymywać się, bo organizm tracił wtedy temperaturę w kilka minut. Nie pozostawało im nic innego, jak uparcie brnąć do celu. Dostali też instrukcję, że do pingwinów mogą zbliżać się na odległość pięciu metrów, do fok na 15, a do słoni morskich na 25 m. W przypadku ataku ptaka trzeba było podnieść czapkę do góry, bo te atakują w najwyższym punkcie. I tyle – reszta to biała pustka, biegacz i jego myśli.

Od czasu do czasu dziwnie przyglądające się pingwiny. One zdziwione, a oni w każdej chwili gotowi do natychmiastowej ewakuacji. Daniel Lewczuk biegł i myślał o tym, żeby nie pochylać się za bardzo do przodu, żeby nie obciążać chorego Achillesa. Nie mógł też się wspomóc lekami, bo musiał go czuć, musiał kontrolować. Marek zapadał się w śniegu po kolana i biegnąć przez pustkę, wspominał hipnozę na bieżni, a Andrzej walczył o trzecie miejsce w generalce. Nie udało się, stanął tuż za pudłem, na czwartym. Miał pecha, bo jego rywal pobiegł na kolejną pętlę, a jego już zatrzymali. Faktycznie, różniła ich niewielka odległość, ale na nieszczęście między przeciwnikiem a nim ogłoszono już ewakuację, powoli kończyła się pogoda i trzeba było wracać.

Daniel z Andrzejem mieli inne uczucia. Kiedy usłyszeli: „This is your last lap”, to myśleli, że wyskoczą z butów z kolcami. Daniel, mimo strachu o Achillesa, pognał do przodu jak szalony, bo wiedział, że ten ostatni odcinek, choćby miał się przeczołgać, to skończy. Marek dopadł Daniela kilkaset metrów przed końcem i wbiegli na metę razem. Andrzeja ściągnęli wcześniej i szybko popłynął na statek, by się ogrzać. Siedzieli ubrani w trzy pary dresów, owinięci kołdrami, a na termostacie kajuty wyświetlała się temperatura 30 stopni. Czy się cieszyli?

Przywitać ostatniego

Tego dnia byli tak wyczerpani, że nie mieli sił. Do tego było zagrożenie pogodowe. Trzeba było uciekać z Antarktydy szybko i na trzeźwo, bo na pokładzie musiał w razie czego panować porządek. Ale gdy już wypłynęli na spokojne wody, to organizator wydał bankiet, na którym świętowali wszyscy biegacze. Oni jako jedni z niewielu fetowali Grand Slama. Wracali do domów, w których nie było ich w sumie 38 dni.

Do żon, które pukały się w czoło, gdy zdecydowali się podjąć wyzwanie. Gdzieś tam, jakoś tam wracał z nimi Marcin, bo na biegu bardzo się do siebie zbliżyli. Prawie jak bracia. Bo oprócz tego, że na 4Deserts udowodnili sobie, ile są warci, to mieli niezwykle rzadką przyjemność uczestniczyć w sportowym wydarzeniu, na którym zwyczajem jest, że cały obóz – niezależnie od zmęczenia – wychodzi wieczorem na metę przywitać ostatniego uczestnika biegu.

4Deserts w wymiarze charytatywnym

„Po co to robicie?”. Kryzys wieku średniego?” – pytali ich ludzie. Jednym z powodów była Blanka. Przed wyprawą na Gobi Daniel, Marek Andrzej i Marcin postanowili wspomóc finansowo rodziców małej Blanki, która urodziła się w 25. tygodniu ciąży. Dziecko, ze względu na brak odporności, dotknęły nie tylko takie choroby, jak sepsa i zapalenie opon mózgowych. Urodziła się z wieloma wadami wrodzonymi.

Polscy uczestnicy 4Deserts zebrali dla niej ponad 28 tysięcy złotych. „W przypadku pustyni Gobi, najbardziej wietrznej pustyni świata, chcemy pomóc Blance. Wierzymy, iż to nie jest jedynie przypadek, że dokładnie w dzień naszego wylotu, czyli 29 maja, Blanka ma swoje pierwsze urodziny!” – pisali na Facebooku, ogłaszając akcję. Sprzedawali gadżety, przyjmowali wpłaty. Cel udało się osiągnąć na trzy dni przed założonym terminem.

Polska ekipa na 4Deserts

Daniel Lewczuk

Motto: „Wyzwania czynią życie ciekawym, ale pokonywanie ich nadaje życiu głębsze znaczenie”.

Daniel jest menedżerem, szefem firmy headhunterskiej. Założył ją w 2004 roku. Mieszka w Warszawie i jest szczęśliwie żonaty. Po 4Deserts postanowił odpocząć, bo 1000 kilometrów pustyń mocno go wyczerpało. Ale gdy zapytać go, czy było warto, odpowiada bez wahania, że była to największa przygoda jego życia. Oprócz tego, że sprostał wyzwaniu – a te lubi sobie w życiu stawiać regularnie – to jeszcze zbliżył się do reszty chłopaków.

„Mam dwie siostry, nigdy nie miałem brata i trochę mi tego brakowało. Teraz to się zmieniło. Mam wrażenie, że cztery pustynie to dla nas wszystkich takie braterstwo wysiłku, poświęcenia i cierpienia, które trzeba było znieść. Wielu ludzi chce coś zrobić, o czymś marzy, ale boi się zrobić ten pierwszy krok w przepaść. Ja się zdecydowałem i dało mi to mnóstwo siły. Siły potrzebnej do mierzenia się z codziennością”.

Marek Wikiera

Motto: „Nigdy się nie poddawaj. Ból zwycięstwa trwa krótko, a gorycz porażki całe życie”.

Pochodzi z niewielkiego Przeworska, ale od lat mieszka w Gdańsku. Jest menedżerem od wielu lat pracującym w branży ochrony mienia i osób. Ma żonę i dwójkę dzieci. Dla niego 4Deserts to nie tylko przygoda, ale też wielka podróż. „Imponujące miejsca, które zobaczyliśmy, będę miał w pamięci już zawsze. No i, oczywiście, te doświadczenia życiowe, które tak nas zmieniły.

Choćby tragedię Marcina, która każdemu z nas dała pewnie wiele do myślenia. Ale też sam bieg. To, co się działo na trasie. Walkę ze słabościami, pomoc ze strony innych uczestników, ludzi tak dalekich kulturowo, obyczajowo. Wszystkich bolało, wszyscy walczyli, ale wszyscy sobie pomagali. Dzięki 4Deserts podtrzymuję też pasję biegania, która pozwala mi dbać o zdrowie, imponować synowi, a także jeść słodycze i pić piwo. Pustynie pomagają mi też w pracy. Ogarnałem je logistycznie, a to duże wyzwanie”.

Andrzej Gondek

Motto: „Granice są w nas”.

Od wielu lat pracuje jako menedżer w branży farmaceutycznej. Ma żonę i dwójkę dzieci. Dla niego bieg to sposób na realizację jego największej pasji, czyli współzawodnictwa. „Dla mnie najbardziej fascynująca w przygodzie 4Deserts była obserwacja samego siebie. Bywało, że biegłem na skraju wyczerpania kilkadziesiąt kilometrów, a wciąż nie przestawałem się ścigać, wciąż myślałem o zwycięstwie, o dogonieniu tego, który jest przede mną.

Myślałem sobie: »Kurcze, Andrzej, masz w nogach 240 kilometrów, a ty dalej ciśniesz«. To było niesamowite. Dzięki temu wiem, na jak dużo mnie stać, wiem, że kiedy trzeba, to daję z siebie wszystko. To jest wiedza o samym sobie, której nie da się zdobyć w szkole, na żadnych warsztatach, szkoleniach, grach, symulacjach. To trzeba przeżyć, wziąć się z życiem i cierpieniem za bary i sprawdzać, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni. A gwarantuję, że możemy znacznie więcej niż nam się wydaje”.

Marcin Żuk

Motto: „Aby biegać, należy mieć mocne nogi i silne płuca, ale także mężne serce, walecznego ducha i wrażliwą duszę. Dzięki bieganiu chce mi się chcieć”.

Marcin Żuk był współzałożycielem grupy Spartanie Dzieciom i wielkim pasjonatem biegania. Ukończył 12 maratonów, w tym Koronę Maratonów Polskich. Był również członkiem Seven Continents Club (członek afiliowany – w trakcie realizacji projektu przebiegnięcia maratonu na każdym kontynencie).

Rekordy życiowe Marcina to: 3:59:49 (maraton), 1:49:47 (półmaraton) i 45:12 (10 km). Jego pasją sportową był także bowling: zdobył mistrzostwo Polski i Puchar Polski w tej dyscyplinie. Chorował na chorobę afektywną dwubiegunową, która polega na tym, że człowiek przechodzi od stanów euforycznych do depresyjnych. Po drugiej pustyni pojawiły się w jego życiu komplikacje zawodowe, które nie pozwoliły mu na kolejne starty.

RW 03/2015

1 2 3
STRONA 3 z 3

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA