REKLAMA

Jesienne ultra na Szlaku Orlich Gniazd [RELACJA]

Planowanie imprezy ultra na późną jesień zawsze wiąże się z ryzykiem pogodowym. Jest jak z pudełkiem czekoladek, nigdy nie wiesz co trafisz. Zaplanować wszystko trzeba co najmniej pół roku wcześniej, kiedy upał doskwiera, a bieganie w temperaturach bliskich zeru wydaje się wtedy zupełnie abstrakcyjne...

Jesienne ultra na Szlaku Orlich Gniazd Michał Karwowski, Michał Nolbrzak, Tomasz Skorupa,
fot. Michał Karwowski, Michał Nolbrzak, Tomasz Skorupa,

Po 12 kilometrach, pokonanych przy świetle czołówek, zaczęło się przejaśniać. Dobiegaliśmy wtedy do Złotego Potoku. Wszyscy już się dobrze rozgrzali i zdążyli nasiąknąć siąpiącym bez przerwy deszczem. Za Złotym Potokiem pojawiły się pierwsze ostre spadki terenu, śliskie skały pokryte mokrymi liśćmi. Ponieważ deszcz nie odpuszczał i męczył nas bezustannie trasa była mocno śliska. Tutaj zanotowaliśmy pierwsze upadki, na szczęście niegroźne, wszyscy jakoś się pozbierali i wzajemnie podtrzymując w najtrudniejszych momentach dotarli do miejsca pierwszego przepaku czyli Ostrężnika. Pogoda zweryfikowała nasze ubrania. Każdy zmienił to co się nie sprawdziło. Kilka kęsów świetnego czekoladowego ciasta, łyk herbaty i kawy i mogliśmy ruszać dalej.

Przeczytaj: Maraton Piasków - Pustynna wolność

REKLAMA

Następny odcinek do zamku w Mirowie to deszcz, jeszcze więcej deszczu i mokre liście. Trochę pobłądziliśmy w Niegowie. I to tu nadłożyliśmy jakieś 1.5 kilometra. Oznakowanie szlaku chyba zniknęło wraz z nowo zbudowanym ogrodzeniem, ale ponieważ zapobiegawczo mieliśmy powgrywane tracki trasy, jakoś z tego wybrnęliśmy. W okolicach Mirowa zrobiło się już całkiem nieprzyjemnie. Oprócz deszczu atakował nas porywisty wiatr. Na szczęście znaleźliśmy schronienie w przydrożnej karczmie gdzie wszyscy ogrzali się i posilili. Oj jak trudno było wyjść w dalszą drogę…

Odcinek Mirów – Bobolice to chyba najładniejsze miejsce naszej trasy. Grań między dwoma zamkami jest niczym krótka Połonina Wetlińska. Mimo tragicznej już w tym momencie aury, wszyscy byliśmy zachwyceni widokami. Przez zamek w Bąkowcu, bez większych przygód, dotarliśmy do zamku w Ogrodzieńcu. Czyli do 62 kilometra trasy. Przepak i kolacja przy świecach w lokalnej karczmie wynagrodziły poniesione trudy. Zupa borowikowa i pierogi były zupełnie nierealne w kontekście pogody panującej za oknem.

Pora była już późna, pogoda coraz gorsza, nie wszyscy zdecydowali się na dalszą drogę. Ale ci co wyruszyli na ostatnie 14 kilometrów musieli wykazać się największym hartem ducha. Trasa wiodła przez lasy i błotniste pola. W ciemności rozświetlanej jedynie światłem czołówek.

Ostatecznie wszyscy dotarli do autokaru czekającego na nas w Smoleniu na 75 kilometrze trasy. Autokarem dojechaliśmy do bazy noclegowej w Domaniewicach, gdzie zostały rozdane medale pamiątkowe oraz zupa (znowu grzybowa!) i spaghetti. W Dworku Jurajskim miała się odbyć dalsza, towarzyska część wyjazdu. Po dwóch godzinach imprezy życie zweryfikowało kto jest prawdziwym najtwardszym ultrasem, kiedy zabrakło izotoników i trzeba było po nie pobiec 15 kilometrów. Chętni na tego hardkora jednak się znaleźli.

Jesienne Ultra Szlakiem Orlich Gniazd dla kilku osób było debiutem na dystansie ultra. Na pewno go nie zapomną.

Świetnie imprezę podsumował Darek Białek: „Stało się. Jeśli czegoś pragniesz to nic cię nie powstrzyma, nie wahaj się, sięgaj wysoko, mierz daleko. Za mną pierwsze Ultra. Dużo emocji i wzruszeń, na koniec niejedna łza radości poleciała. Magiczna granica 50 kilometrów została złamana. Jestem szczęśliwy, w głowie moc niezapomnianych wrażeń. Ultra Szlakiem Orlich Gniazd to grono biegowych przyjaciół oraz nowe znajomości. Nie ma żadnego szczytu, gdy granicą jest niebo...”.

1 2
STRONA 2 z 2

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA