Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata

Są biegowe wyzwania, które - jeśli tylko masz szansę - są nie do odrzucenia, nawet jeśli ma Cię to wiele kosztować. Ultramaraton w Himalajach na wysokości 5000 metrów jest jednym z nich. Czy ktokolwiek byłby gotów zrezygnować z takiej niezapomnianej, adrenalinowej przygody?

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Bieganie w Himalajach to niezapomniana przygoda, ale w takich górach musisz być gotowym na wszystko (fot. Johan Wahl)

Ladakh Marathon w północnych Indiach jest uznawany za najwyżej rozgrywane zawody na świecie. Czytając o tym i szukając w sieci więcej informacji na ten temat, zobaczyłem, że w czasie biegowego weekendu rozgrywany jest tam również  Khardung La Challenge – 72-kilometrowy bieg ultra, z najwyższym punktem trasy na wysokości 5370 metrów nad poziomem morza. Ponad 80% trasy biegnie powyżej  4000 m, z czego znacząca część powyżej  5000 m. To wysokości, na których jakikolwiek wysiłek zaczyna sprawiać trudność, nawet jeśli nie biegniesz. Do tego połowa trasy wiedzie pod górę – prawie maraton. Nie mogłem się oprzeć.  

REKLAMA

Ladakh leży w północnych Indiach, w stanie Dżammu i Kaszmir, wciśnięty w róg między Pakistanem i Tybetem, dokładnie między Himalajami i Karakorum. Jest tak oddalony od bardziej cywilizowanych rejonów, że już dotarcie do Leh, stolicy regionu i miasta, które organizuje Ladakh Marathon, samo w sobie jest wyzwaniem. 

Dotarcie na miejsce zajęło nam (moja żona zapisała się na półmaraton) tydzień. Spędziliśmy wiele godzin w zapchanych autobusach jadących po drogach, które przyprawiały o zawał serca. Szutrowe, pełne ostrych zakrętów, bez pobocza, za to z głęboką na 2000 m przepaścią tuż obok. Do tego wyprzedzanie na zakrętach, przy szalonych w tych warunkach prędkościach, i pasażerowie wymotujący przez okna. Bosko.

REKLAMA

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
W dni odpoczynku maszerowaliśmy po dolinie i zwiedzaliśmy pobliskie klasztory (fot. Johan Wahl)

Plusem tak długiej podróży było to, że powoli aklimatyzowaliśmy się do wysokości i zanim przybyliśmy do Leh, które leży na 3500 metrów, byliśmy gotowi do lekkich treningów. Bonusem, mimo ciągłego strachu i tych wystawiających za okno głowy pasażerów, były niesamowite widoki, które mogą podziwiać nieliczni.

Dotarliśmy do Leh na kilka tygodni przed zawodami, by mieć czas na pełną aklimatyzację i przygotowanie się do startu. Potrzebowałem tygodnia, by w miarę spokojnie biegać w tym górskim, rozrzedzonym powietrzu, i prawie 10 dni, by móc pokonywać wzniesienia i dłuższe dystanse. Ale po tym czasie byłem już gotów na wypad w góry na normalne treningi. 

Warto przeczytać: 16 najlepszych biegów górskich na świecie

Większość ludzi przybywa do Ladakh na trekking – i jeśli jest na świecie miejsce bardziej zapierające dech w piersiach niż ta część Himalajów, to uwierzę w to dopiero, jak je zobaczę. Zwykle maszerowałem w odludne tereny, rozbijałem  namiot, zakładałem buty do biegania i ruszałem w góry. To było cudowne! Dzień po dniu samotnie wspinałem się na szczyty gór, z których widziałem czerwono-brązowe doliny, z którymi przepięknie kontrastowały błękit nieba i zieleń łąk nad brzegami rzek wijących się między górami. Do tego królujące nad tym wszystkim ośnieżone szczyty monumentalnych gór. Po prostu bajka. 

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
W Himalajach liczyło się nie tylko bieganie - był też czas, by podziwiać niesamowitą lokalną architekturę (fot. Johan Wahl)

W ramach przygotowań dołączyłem do wyprawy, która wspinała się na Kang Yatse II ( 6200 m n.p.m.). Nawet nie marzyłem o czymś takim, wybierając się do Ladakh. Czułem siłę, moc i wierzyłem, że jestem zaaklimatyzowany lepiej niż mogłem przypuszczać. Powiedziałem sobie,

że warto było tu przyjechać, niezależnie od zawodów. Ale na trzy dni przed startem złapałem grypę i zrozumiałem, jak bardzo mi na tych zawodach zależało.

Byłem zdruzgotany faktem, że marzenie prysło jak bańka mydlana i całe przygotowania poszły na marne. W dniu imprezy z zazdrością patrzyłem na innych zawodników przekraczających linię mety. Następnego dnia zwlokłem się z łóżka, by wspierać żonę na trasie półmaratonu. I wszystko się momentalnie zmieniło. Widziałem dzieciaki, niektóre nie miały nawet 13 lat, w dżinsach i zużytych butach, które pokonywały ponad 21 km w czasie poniżej 1 godziny i 40 minut. To naprawdę daje inspirującego kopa.

Właściwie każdy członek lokalnej społeczności brał udział w tej całej zabawie. Nawet niepełnosprawne dzieciaki ze szkoły, w której moja żona pracowała jako wolontariuszka, wzięły udział w biegu na 7 km. Biegowa pasja wręcz unosiła się w powietrzu. Zdecydowałem, że Khardung La Challenge jeszcze się dla mnie nie skończył. Mogłem nie startować w zawodach, ale nadal byłem tam ja i były góry. Nadal mogłem zrobić ten bieg solo.

REKLAMA

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Klasztor Spituk z trasą Khardung La Pass, wiodącą do śnieżnych szczytów w tle (fot. Johan Wahl)

Himalajskie ultra solo

Przez następne kilka tygodni po powrocie do zdrowia znowu trenowałem. Żona wzięła urlop i z przyjaciółmi przez trzy tygodnie żyliśmy na szlaku, robiąc jedną trasę po drugiej. Udało mi się nawet wspiąć na Golep Kangri (5995 m n.p.m). Zakończyliśmy naszą ekspedycję w Dolinie Nubry, na północ od miejsca, którędy biegła trasa  Khardung La Challenge. Miałem plan, by pobiec z powrotem do Leh, dokładnie po trasie, na której odbywał się bieg, który mnie ominął.

Ale na dzień przed początkiem tej wyprawy nagle zrobiłem się bardzo nerwowy. Góry schowały się w chmurach i wiedziałem, że będzie padał śnieg. W nocy temperatura spadała poniżej -15 stopni Celsjusza. Czy ta trasa solo będzie bezpieczna? Zdeterminowany dotarłem stopem do wioski Khardung, gdzie zaczynają się zawody. Powiedziałem żonie (i sobie), że wstanę o pierwszej w nocy i jeśli zobaczę czyste niebo, to ruszę w drogę.

Zobacz także: Piotr Hercog: ultraprzygody od pustyni po Syberię

Po przebudzeniu ujrzałem błyszczące gwiazdy na bezchmurnym niebie. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Włożyłem bielizną termiczną, polar, kurtkę, dwa buffy, czapkę, rękawiczki i czołówkę. Było zimno – tak zimno, że moja woda wkrótce zamarzła. Było ciemno i byłem sam. Ruch na drodze zwykle prowadzi z Leh i większość kierowców nie rusza przed wschodem słońca. Moja część drogi była w środku nocy kompletnie pusta.

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Niektóre „drogi” są wyzwaniem nawet dla pewnie stąpających po górskich szlakach osłów (fot. Johan Wahl)

Przez pierwsze 4 godziny biegu w ciemności i izolacji byłem na granicy paniki. W którymś momencie usłyszałem dźwięk. To był tylko strumień błyszczący obok, ale przez moment byłem przekonany, że to oczy śnieżnej pantery. Pulsometr pokazał w tym momencie 184 uderzeń na minutę – najwięcej w ciągu całego dnia. Trochę później faktycznie zobaczyłem świecące oczy. Tętno skoczyło mi znowu, ale na szczęście były to oczy jaka, a nie drapieżnego kota.

Po 20 kilometrach ciągłego biegu pod górę zaczynałem odczuwać zmęczenie. Nadal było zimno, o czy świadczyła cały czas zamarznięta woda. Przy próbie włożenia worka z lodem pod kurtkę, by trochę go rozpuścić, spomiędzy polara i kurtki wypadał inny lód: to zamarzał wyparowujący przez bieliznę pot.

Po jakimś czasie przekroczyłem wysokość 5000 metrów i poczułem, że nie dam rady biec dalej. Z trudem oddychałem, więc przeszedłem do szybkiego marszu. Na 5200 m n.p.m. zmieniło się to w powolne brnięcie. To były naprawdę trudne metry, ale chciałem ukończyć trasę w 10 godzin, więc nie zatrzymywałem się. Na szczyt (5370 m n.p.m.) dotarłem tuż po wschodzie.

Widok pierwszych promieni słońca nad Himalajami powinien być lekiem na wszystkie niedogodności, ale zabójczy ból w kolanie wydawał się być odporny na takie leczenie. Czułem się wypruty. Na szczęście woda ogrzewana ciepłem mojego ciała zaczęła się topić i w końcu mogłem zacząć uzupełniać płyny.

REKLAMA

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Członkowie grupy,  z którą wspinałem się na Golep Kangri (5995 m n.p.m.) - jeden z himalajskich szczytów, który zdobyłem, przygotowując się do Khardung  La Challenge (fot. Johan Wahl)

Droga w dół

Pierwsze 500 metrów w dół (gdzieś na dystansie 8 kilometrów) było ciężkie. Byłem przemarznięty do kości, bolące kolano nie pozwalało na złapanie dobrego rytmu. Bieganie powyżej 5000 metrów, nawet w dół, jest cholernie ciężkie, ale brnąłem dalej.

Warto przeczytać: Kilian Jornet: człowiek, który WBIEGŁ na Mount Everest

W tym momencie moja psychika była na tak niskim poziomie, jak moje tempo. Czułem się kompletnie pozbawiony energii i chciałem nawet się poddać. Czułem niekończące się pragnienie doświadczenia jakiegoś psychicznego cudu, który nadałby sens temu mojemu wysiłkowi. Zamiast tego jadące już o tej porze pod górę ciężarówki zmuszały mnie do schodzenia z drogi.

Cud zaczął się powoli gdzieś na wysokości 4900 metrów. Jakbym obudził się z jakiegoś koszmaru – nagle zacząłem biec. Wręcz przelatywałem kolejne zakręty, a głód, zmęczenie i ból w kolanie stały się przeszłością.

A potem minął mnie jeep z moją żoną i przyjaciółmi machającymi przez okno. Od tego momentu ten wyścig – dla mnie to był wyścig – stał się typowym biegiem ultra. Po odcinkach, na których walczyłem o przetrwanie, przychodziły te, na którym wszystko szło doskonale. I znowu cierpiałem, a potem znowu było lżej. Cały czas ścigałem się z czasem, walcząc o to, by zmieścić się w 10 godzinach – to pchało mnie do przodu.

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Ostatnie metry wspinaczki na ośnieżony szczyt Golep Kangri (fot. Johan Wahl)

W momencie, w którym zrozumiałem, że to mi się nie uda, byłem na szczęście zbyt blisko mety, by myśleć o rezygnacji. Po 10 godzinach i 8 minutach klapnąłem na chodniku przy głównym bazarze Leh. Byłem totalnie wykończony – fizycznie i psychicznie. Nikt z setek ludzi dookoła nie miał pojęcia, przez co przeszedłem. Nie było spikera, który ogłaszałby moje osiągnięcie, nikt nie zawieszał mi medalu na szyi, nie było nawet szklanki coli czy piwa dla finiszera.

Moja żona znalazła mnie siedzącego na chodniku i przycupnęła obok, nic nie mówiąc. Mnie poleciały łzy, jak przypomniałem sobie radość i ból tego niepowtarzalnego doświadczenia, jakim był samotny bieg przez szczyty i doliny Himalajów. Dla mnie to była właśnie euforia biegacza, podniesiona do poziomu bliskiego niebu.

Jak pobiec Khardung La Challenge

  • Kluczem jest aklimatyzacja. Spróbuj dotrzeć do Ladakh z dużym zapasem – dobrze, jeśli będzie to 10 dni.

  • Na pierwszych 30 kilometrach biegnij spokojnie na podbiegach, aż miniesz najwyższy punkt na trasie.

  • Trzymaj wodę pod warstwami ubrań, chyba że lubisz gryźć lód...

  • Zmuś się do jedzenia. Utrata apetytu to norma na tych wysokościach, a musisz mieć energię.

Trasa, którą Johan Wahl pokonał samotnie na Dachu Świata

Jak się tam dostać?

Znajdziesz na pewno sporo lotów do New Delhi. Do Leh są z Delhi bezpośrednie połączenia, ale ponieważ Delhi jest położone tylko 200 m n.p.m., a Leh 1500 metrów wyżej, będziesz potrzebować minimum 2-3 dni na aklimatyzację.

Inna opcja to dotarcie do Leh drogą lądową. Są dwie: Leh-Manali i Leh-Srinagar. Obie to kilka noclegów i zmian autobusów oraz niezapomniane wrażenia z trasy.

REKLAMA

REKLAMA

Khardung La Challenge: ultramaraton po Dachu Świata Johan Wahl
Obowiązkowa pamiątkowa fotka zrobiona na szczycie Golep Kangri (fot. Johan Wahl)

Kiedy się wybrać?

Lipiec i sierpień są najbardziej popularne wśród osób wizytujących Ladakh, ale to również najgłośniejszy i najdroższy okres. Przed lub po sezonie (maj-czerwiec albo wrzesień-październik) jest mniej tłumów z równie dobrą pogodą.

Gdzie się zatrzymać?

Leh ma setki hosteli i domów z noclegami. W sezonie niemal każdy dom stają się miejscem dla turystów. Niektóre są przeznaczone dla tych, którzy szukają luksusów, ale większość z nich to tanie kwatery z podstawowymi usługami. Jest również kilka hoteli i hosteli w stylu zachodnim, ale te pozbawione są lokalnej atmosfery.

Gdzie jeść?

Najlepsze lokalne jedzenie możesz znaleźć w małych uliczkach biegnących prostopadle do głównego bazaru. Klasyczne lokalne potrawy to Tukpa, Chu-tagi i Timo – różne wariacje gotowanych na parze mącznych kluseczek zanurzonych w rozwodnionej zupie. Jeśli lubisz chińszczyznę, to też ją bez problemu dostaniesz. Aby ugasić pragnienie, usiądź przy dowolnym stoisku, które ciągną się wzdłuż ulicy, i wybierz między słodzoną herbatą albo tradycyjną herbatą tybetańską z masłem.

Gdzie biegać?

Spróbuj podbiegów na klasztornych schodach, eksploruj wąskie dróżki łączące sąsiadujące wioski i ruszaj w góry na epickie trasy trekkingowe. Załaduj aplikację maps.me ( z mapami offline), jeśli chcesz odkrywać mniej znane ścieżki i szlaki. Pamiętaj, że tutaj każda trasa to ostre wspinanie. Tu nigdzie nie jest płasko.

Warto przeczytać: Tenzing Hillary Everest Marathon: Bieg na dachu świata

RW 11-12/2020

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA