REKLAMA

Namibia Crossing Wildrun: 200 km dzikiej afrykańskiej przygody

Każdy dzień 5-etapowego ultramaratonu Crossing Wildrun, znanego niegdyś jako Richtersveld Transfrontier Wildrun, to inne wyzwania dla garstki dopuszczonych do startu biegaczy. Ten 200-kilometrowy bieg zapewne nie będzie najbardziej ekstremalnym wyzwaniem w Twoim życiu, ale po jego ukończeniu trudno będzie Ci znaleźć inny, który odciśnie podobne piętno na Twojej duszy.

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

O godzinie 17 słońce w końcu zaczyna znikać z błękitnego nieba nad Ai-Ais Richtersveld Transfrontier Park w Republice Południowej Afryki. Chociaż zaczyna robić się chłodniej i temperatura w środku zimy jest tu relatywnie niska w porównaniu do letnich 55 stopni Celsjusza, nadal szukam cienia w namiocie mesy. Generator cicho brzęczy, ale mocniej wibrują w powietrzu emocje słyszalne w głosach uczestników kolejnej edycji Richtersveld Transfrontier Wildrun (obecnie znanego pod nazwą Namibia Crossing Wildrun) – 200-kilometrowego, pięciodniowego biegu ultra, który prowadzi przez najstarszą górską pustynię na Ziemi.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Po przebiegnięciu w ostatnim dniu 26 kilometrów po piasku i skałach powinienem czuć właściwie tylko zmęczenie, ale kiedy popijam zimne piwo i oglądam zachód słońca za górami, które są znakiem rozpoznawczym Richtersveld, czuję przede wszystkim absolutny spokój. W odróżnieniu od kilkunastu biegów ultra, które mam za sobą, a które określane są – albo określają się same – jako najtrudniejsze czy najdłuższe, Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun nie jest jakąś bestią. Z niezobowiązującą atmosferą i listą startową ograniczoną do 80 biegaczy, określiłbym go raczej jako butikowy ultramaraton safari dla biegaczy, którzy szukają przygody mogącej zmienić ich życie.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Ten opis może jest i długi, ale idealnie oddający charakter tego biegu. Jest on nie tylko fizycznym wyzwaniem dla organizmu, ale także poszerza horyzonty myślowe, gdy znajdujesz się w samym środku absolutnie unikatowych okoliczności przyrody. Prastara pustynia z historią sięgającą 2 miliardów lat, wpisana w 2007 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, to miejsce, gdzie żyją niespotykane nigdzie indziej gatunki flory i fauny.

Kiedy tak siedziałem i patrzyłem na znikające za górami słońce, wszystkie pokonane w ciągu ostatnich 5 dni kilometry przebiegły mi jeszcze raz przed oczami.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Dzień 1: Z Sendelingsdrif do De Koei

Pięć dni wcześniej bieg zaczął się w Sendelingsdrif Rest Camp nad brzegiem Orange River, na północnej granicy RPA i Namibii. Na czekających nas 44 km nie ma żadnych znaczników i drogowskazów, więc musimy polegać na mapach i GPS. Kilkoro z nas, w tym czołowy biegacz ultra świata, wyrusza w wydawałoby się najlepszym kierunku, by po chwili wylądować w ogrodzie lokalesa. Kilka ogrodzeń dalej znajdujemy się wreszcie na właściwej ścieżce i pędzimy wąwozem po dnie wyschniętej rzeki – spękana ziemia skrzy się, jakbyśmy biegli po milionach różowych diamentów.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Pierwsze kilometry mijają właściwie za szybko. Biegnę w małej grupce, w której praktycznie każdemu co chwilę zapiera dech w piersiach nie wysiłek, ale piękno otaczającego nas krajobrazu. Unikam stawiania stóp na rośliny, bo myślę sobie, że już wystarczająco trudne dla nich jest przeżycie przy 68 mm opadów rocznie, więc oszczędzę im podnoszenia się po stłamszeniu przez biegacza z oczami jak pięciozłotówki i otwartą z podziwu gębą. Mój dzień dobroci dla roślin skończył się, kiedy górę wziął ból mięśni: dystans i przewyższenia zaczęły odciskać na nich swoje piętno, szczególnie na stromych odcinkach Hell’s Valley Pass w okolicach 35. kilometra.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Nieważne, jak bardzo piękne są widoki: 44 km to nadal 44 km, a na tym konkretnym etapie trzeba było jeszcze pokonać 1180 m podbiegów. Kiedy jednak przekraczam linię mety, całe zmęczenie znika po usłyszeniu dwóch zdań: „Obiad będzie gotowy za 15 minut. Idź i weź ciepły prysznic”.

To właśnie jeden z cudów tego biegu: musisz martwić się jedynie o bieg. Na końcu każdego etapu czeka na ciebie Twój namiot (rozstawiony), z Twoimi rzeczami w środku, a oprócz tego ciepły prysznic, bar i miejsce, gdzie możesz razem z innymi spokojnie zjeść posiłek.  Trudno nawet powiedzieć, jak bardzo te luksusy zyskują na wartości po dniu biegania po górach i pustyni.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Dzień 2: Z De Koei do Hakkiesdoring

„Dobrze spałeś?’ – pyta mnie uprzejmie namiotowy sąsiad, kiedy wystawiam głowę na zewnątrz.

Idę na śniadanie. Sięgam po kubek z kawą i przyglądam się biegaczom, którzy jako pierwsi ruszają na trasę. Godzina startu jest wyznaczona przez wyniki z dnia poprzedniego: najwolniejsi ruszają na kolejny etap najwcześniej, a ci szybsi próbują potem ich gonić. Widzę Davida, członka lokalnego plemienia Nama, który ruszył w żwawym tempie. Dzień wcześniej opuścił jeden checkpoint, co oznacza godzinę kary, i dziś był zdeterminowany, by nadrobić stratę. Zastanawiam się, jak jest w stanie określić swoją pozycję bez mapy i GPS, ale szybko muszę skupić się na sobie, bo przychodzi czas mojego startu.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Ten etap jest krótszy – liczy „tylko” 33 km – ale szybko przekonuję się, że wcale nie łatwiejszy. Wydaje się, że im głębiej wbiegamy w Richtersveld, tym piękniejsze robią się widoki, a coraz mniej przyjazna nawierzchnia. Biegniesz po piasku, a już za moment po skale, co wymaga od stóp sporej sprawności i jest wyzwaniem nawet dla najlepszych. Zakrwawione kolana zwyciężczyni Marathon des Sables, Elisabeth Barnes, przypominają, że jeden fałszywy krok może mieć naprawdę przykre konsekwencje. Tego dnia wieczorem przewodnik z South African National Parks, Pieter van Wyk, raczy nas opowieścią o tym, jak życie może przetrwać na terenach, gdzie deszcz pada raz w roku. Przy tych opowieściach nasze siniaki i otarcia wydają się naprawdę nie takie złe.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Dzień 3: Z Hakkiesdoring do De Hoop

Trzeci, 40-kilometrowy etap wygląda naprawdę obiecująco. Mamy na trasie choćby spektakularne Tatasberg Boulders i nie mniej spektakularne wyzwania dla mięśni i płuc. Początek to techniczna trasa prowadząca przez kamieniste żleby do Springbok Flats – rozległych terenów pustynnych zamkniętych z jednego boku wysokimi górami. Kaktusy, kształtem przypominające człowieka, wyglądały z daleka jak uczestnicy biegu. Następne 10 kilometrów było stosunkowo płaskie i mogłoby dawać szansę na podkręcenie tempa biegu. Mogłoby, gdyby piasek pod nogami nie wciągał energii szybciej niż wylana na niego woda.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Nagrodą za ten wysiłek jest równie oszałamiający, co przytłaczający widok Tatasberg Boulders. Niektóre z tych głazów są wielkości domów, inne uformowane przez czas w niewyobrażalne kształty i ułożone jeden na drugim w niemożliwych konfiguracjach. Wspinamy się, szukając luk między nimi i modląc się jednocześnie, by nie powinęła nam się noga. Na szczycie czeka widok na Richtersveld i nasz obóz nad brzegiem Orange River w De Hoop, w której przyjemnie chłodnych wodach kąpiemy się tego wieczora. Czujemy się jak w zielonej oazie, nad którą królują szybujące dostojnie orły rybne.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Dzień 4: Z De Hoop do dziczy…

Już od świtu w De Hoop Camp czuć w powietrzu podwyższone emocje. Dziś opuszczamy Republikę Południowej Afryki i wkraczamy do Namibii. A właściwie do niej wpływamy. Oczywiście mamy na to zgodę władz, ale nie jest to oficjalny sposób przekraczania granicy. Orange River przepływamy w gumowych pontonach. Po wyskoczeniu na brzeg na namibijskiej ziemi etap zaczynamy trasą prowadzącą przez Fish River Canyon – drugi, po amerykańskim Grand Canyon, największy na świecie kanion.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Wspinamy się na Zebra Pass, której nazwa pochodzi od przystosowanych jakimś cudem do tych warunków i ukształtowania terenu zwierząt. Trasa jest wyczerpująca – z piaskiem, luźnymi kamieniami czy twardymi skałami – ale wrażenia są magiczne. Po obu bokach spoglądają na nas milczące góry, a w palącym słońcu dyskretnie obserwują nas zebry i strusie.

Do Wilderness Hot Springs docieramy w równej mierze wykończeni, co dumni - tego dnia daliśmy z siebie wszystko. Na miejscu nie ma rzeki, a jedynie płytkie bajorko. Tereny te, zwykle niedostępne dla turystów, zwane są w lokalnym języku Ai-Ais, co oznacza „paląca woda”.

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Dzień 5: Z Wilderness Hot Springs do Ai-Ais

Następnego dnia opuszczamy Wilderness Hot Springs z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony ulga, że to już ostatni, 26-kilometrowy etap, ale z drugiej jakiś żal, że trzeba będzie rozstać się z ludźmi, których jeszcze 5 dni temu się nie znało, a którzy nagle stali się bardzo bliscy. Po majestatycznym Fish River Canyon trasa dzisiejszego etapu to marzenie trailowca: pofałdowany teren, ostre podejścia, techniczne zbiegi i rodzaj single tracku, za jazdę po którym bikerzy zaprzedaliby duszę diabłu.

Ostatni zbieg to droga chwały do linii mety w Ai-Ais Hot Springs Resort – luksusowym hotelu i spa. A za metą ten moment, w którym wszystko, co trudne i złe, staje się nieważne, zaś pozostaje jedynie świadomość własnego osiągnięcia. Nawet jeśli dla tych liczących miliony lat gór i piasków jesteśmy jedynie drobnym pyłkiem na osi czasu.

Jeśli masz okazję pobiec w Richtersveld Transfrontier Wildrun, nie wahaj się. Ale pamiętaj, że potem już nic nie będzie takie samo – tu zostanie Twoje serce.

REKLAMA

REKLAMA

Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun Richtersveld Transfrontier Wildrun/Namibia Crossing Wildrun (fot. Ian Corless)

Richtersveld Transfrontier Wildrun / Namibia Crossing Wildrun

Gdzie: Ai-Ais Richtersveld Transfrontier Park, Northern Cape – RPA i Namibia

Trasa: Z Sendelingsdrif (RPA) do Ai-Ais Hot Springs Resort (Namibia)

Dystans: około 200 km

Etapy: 44 km, 33 km, 40 km, 49 km, 26 km

Teren: Pustynia, skały, góry

Limit: 80 biegaczy

Więcej informacji: wildrun.com

Zobacz także:

RW 05-06/2019

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA