REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie

Zwykle w Runner's World piszemy o biegach, które się odbyły. Tym razem jednak poświęcimy sporo uwagi imprezie, który odwołano - jesienią 2012 roku niszczycielski huragan Sandy zdmuchnął bowiem nie tylko sporą część Nowego Jorku, ale również najsłynniejszy maraton na świecie. Przy okazji przywiał jednak sporo pytań, na które biegacze sami powinni sobie odpowiedzieć. Nawet jeśli odpowiedzi nie zawsze będą stawiać nas w dobrym świetle.

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie East News
Decyzja burmistrza Bloomberga o tym, że Maraton Nowojorski odbędzie się, wywołała gwałtowne protesty mieszkańców miasta (fot. East News)

Kiedy w 1970 roku biegacze (w oszałamiającej liczbie127!) pierwszy raz wyszli na trasę maratonu w Central Parku, nikt pewnie nie przypuszczał, że stanie się on najsłynniejszym masowym biegiem na świecie. Po sześciu latach Fred Lebow wyprowadził zawodników na ulice, wytyczając trasę łączącą wszystkie pięć hrabstw Nowego Jorku i dając początek imprezie, która dziś inspiruje miliony ludzi na całej Ziemi.

Obecnie Maraton Nowojorski i inne wielkie biegi to coraz częściej wydarzenia o gigantycznej skali. Napędza je niesłabnąca uwaga mediów, coraz wyższe nagrody pieniężne, sposobność do prowadzenia działalności charytatywnej czy wielkie korporacje, które przez sponsorowanie szukają okazji do reklamy swoich produktów i usług. To rzeczywiście wydawało się piękne: setki tysięcy szczęśliwych biegaczy, którzy niemal każdego tygodnia gromadzą się w różnych punktach świata i starają się zrealizować swe marzenia.

Ta wyidealizowana wizja została zdmuchnięta przez huragan Sandy. Okoliczności, w jakich odwołano Maraton Nowojorski oraz sposób, w jaki pozostali mieszkańcy Wielkiego Jabłka odnosili się do biegaczy, prowokują do zadania wielu, być może trudnych, pytań o ten konkretny bieg oraz ogólnie o masowe maratony rozgrywane w wielkich miastach, a także o to, jak postrzega się nasz sport i nas samych – biegaczy.

Decyzja, czy maraton po klęsce żywiołowej powinien zostać rozegrany, dzieliła nawet samych biegaczy, trudno się więc dziwić, że poza środowiskiem budziła ogromne kontrowersje. Jedni twierdzą, że maraton mimo wszystko byłby symbolem siły i odporności miasta oraz hartu ducha jego mieszkańców. Inni, że komercyjna impreza to policzek wymierzony wszystkim, którzy w czasie huraganu stracili cały swój majątek (wielu z nich to też biegacze, którzy planowali start w imprezie).

REKLAMA

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Getty Images
Dla biegaczy maraton to wyjątkowe święto, ale dla mieszkańców miast, które nas goszczą, często jest to prawdziwe utrapienie (fot. Getty Images)

Inaczej sprawa wygląda z perspektywy mieszkańców, a jeszcze inaczej z pozycji ludzi, którzy zjechali do Nowego Jorku z całego świata, często kosztem ogromnych wyrzeczeń (w dalszej części przedstawiamy historię o Aborygenach z Australii, którzy startem w maratonie mieli zainspirować swój naród do zmiany stylu życia). Każda strona ma swoje argumenty i dyskusję można pewnie ciągnąć w nieskończoność. Zamiast tego lepiej wykorzystać sytuację, przeanalizować ją i spróbować zastanowić się, co o nas samych i naszym sporcie może powiedzieć zamieszanie związane z maratonem.

Dlatego na kolejnych stronach oddajemy głos redaktorom Runner's World, biegaczom, a także zwykłym ludziom (wypowiedzi z mediów społecznościowych). Dzięki nim dowiecie się, jak w tym pohuraganowym chaosie zachowali się sami biegacze i poznacie różne punkty widzenia. Wnioski są uniwersalne, do wykorzystania w każdej części świata!

Zimny prysznic?

Mark Remy: Biegacze są przekonani, że wszyscy ich kochają. To, że jest inaczej, wyraźniej objawiło się w Nowym Jorku. W piątek rano, wiele godzin przed odwołaniem imprezy, do stoiska Runner's World podeszła kobieta. Miała wątpliwości, czy pobiec w niedzielę. Najpierw wyśmiałem jej obawy, ale potem zauważyłem, że była naprawdę przestraszona.

Biegaczka powiedziała mi, że słyszała o przypadkach zastraszania biegaczy i jeśli pobiegnie, może być potem nękana. Na Facebooku użytkownicy w niewybredny sposób krytykowali burmistrza miasta Michaela Bloomberga i samych biegaczy. Szło na noże.

Reakcje maratończyków były różne: najczęściej niedowierzanie. Biegacze nie mogli pojąć takiego ładunku wrogości. Przecież my, maratończycy, jesteśmy super! Przekraczamy granice, walczymy z przeciwnościami losu. Przyjeżdżamy do waszego miasta i zostawiamy miliony dolarów. Zbieramy pieniądze dla dzieci chorych na raka. Skąd zatem wzięły się te złe emocje!?

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Dustin Aksland
Ekipie z Australii udało się przebiec ulicami Nowego Jorku w drużynowych strojach - na zdjęciu w czasie przebieżki przed maratonem (fot. Dustin Aksland)

Były od zawsze, pulsowały pod powierzchnią. Nie dostrzegaliśmy ich jednak, bo wielu biegaczy, w szczególności maratończyków, wydaje się żyć w bańce mydlanej. Pławimy się w poczuciu bycia kimś szczególnym i wiele energii wkładamy w pielęgnowanie i wzmacnianie tego stanu. Nalepiamy naklejki z maratonów na naszych autach, dzielimy się szczegółami treningu w necie, ubieramy koszulki z maratonów, idąc do sklepu.

Maratończycy to twardzi ludzie. Szlachetni, nawet heroiczni. Nie wierzysz? Spytaj któregoś z nich. Kiedy spotykamy się w jakimś mieście przed biegiem, bańka mydlana dodatkowo pompuje się grupowym poczuciem wspaniałości tysięcy Bardzo Wyjątkowych Ludzi, Którzy Trenowali Tak Ciężko, Żeby Skończyć Ten Bieg. Zamieszkujemy hotele pełne innych biegaczy, chodzimy na wystawy i wykłady przygotowane specjalnie dla nas, gromadzimy się w barach, restauracjach i kawiarniach zapełnionych innymi maratończykami.

Weekend, w którym odbywa się bieg, to w gruncie rzeczy nieustająca impreza Bardzo Wyjątkowych Ludzi, otoczonych innymi Bardzo Wyjątkowymi Ludźmi oraz całą resztą, której zadaniem jest wspieranie i dopingowanie wyżej wymienionych. Kulminacją jest oczywiście sam maraton. Jesteśmy oklaskiwani, dopingowani i fotografowani, a potem witani na mecie przez uśmiechniętych wolontariuszy gotowych zawinąć nas w folię termiczną i udekorować medalem.

Jednak poza naszą bańką żyje pozostałe 99% populacji i nikt nas tam za wyjątkowych nie uważa. Większość w najlepszym razie toleruje maratony organizowane w dużych miastach. Pomyśl: wpadamy do miasta, zapychamy chodniki, przejmujemy wszystkie porządne restauracje, a potem blokujemy ponad 42 km ulic na pół dnia i paraliżujemy ruch w mieście. Wszystko z uśmiechem przygotowanym do zdjęć i zabójczym wzrokiem, gdy tylko ktoś zapali obok nas papierosa. Wiwat, maratończycy, prawda?

REKLAMA

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Dustin Aksland
Gdyby nie Indigenous Marathon Project, Grace Eather z Australii pewnie nigdy nie znalazłaby się na Times Square w Nowym Jorku (fot. Dustin Aksland)

Chciałbym przypomnieć wszystkim, nie wyłączając oczywiście siebie, że największym niebezpieczeństwem życia w bańce mydlanej jest to, że może ona w końcu pęknąć. I czasem jest to bolesne. Przychodzą mi do głowy trzy zagadnienia, nad którymi powinniśmy się zastanowić po fiasku NYC Marathon w 2012 roku:

  • być może nie jesteśmy tak powszechnie podziwiani, jak nam się wydaje;

  • bieganie może być cudowne, ale nie jest przecież całym życiem;

  • i właśnie dlatego jak najczęściej powinniśmy sobie przypominać poprzednie dwa punkty.

My, maratończycy, szczycimy się siłą i wytrwałością. To bardzo wartościowe cechy. Pamiętajmy jednak, że należy do nich również pokora.

Wszyscy jesteśmy nowojorczykami?

Alex Hutchinson: To był piękny dzień na maraton. Powietrze było rześkie, niebo bezchmurne, a słońce wyraźnie oświetlało pełne gruzów i śmieci ulice Brooklynu. Właściciele wyrzucali przemoczone mienie wprost na chodniki. Jakiś człowiek ostrożnie rozkładał na kocu elementy silnika samochodowego, aby wyschły na słońcu.

„Smutno mi, jak na to patrzę. My przeszliśmy przez to samo” – powiedział Justin Gaykamangu, 29-latek, który planował przebiec maraton poniżej 3 godzin. W 2011 roku ulewne deszcze spowodowały powódź w Ramingining, odosobnionej osadzie na północy Australii. „Przez cztery tygodnie jedzenie dostarczano nam helikopterem, przez dwa tygodnie nie mieliśmy prądu” – opowiada.

Justin znalazł się w Nowym Jorku jako uczestnik projektu Indigenous Marathon Project, którego celem była inspiracja nękanych problemami wspólnot aborygeńskich do zmiany stylu życia. W jego ramach 8-osobowa ekipa mieszkańców najodleglejszych zakątków Australii przez 9 miesięcy trenowała do Maratonu Nowojorskiego pod okiem byłego mistrza świata w maratonie Roba de Castella.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Dustin Aksland
Marius Clarke uważnie studiuje numer startowy maratonu, w którym najprawdopodobniej nie weźmie już udziału (fot. Dustin Aksland)

Start w Nowym Jorku miał dać im poczucie siły. Udany skok z bezkresnych przestrzeni w piaszczystym sercu Australii do masowego biegu w najwspanialszym mieście świata oznaczałby, że są w stanie zrobić więcej niż ludzie się po nich spodziewają. Zmiana planów i okoliczności nauczyła ich jednak czego innego, być może ważniejszego. Zamiast różnic zobaczyli podobieństwa.

Kieren de Santis, 20-latek z maleńkiej wioski Milikapiti, biegł przez pustynię w okolicach Alice Springs – w zabarwionym na czerwono tlenkiem żelaza sercu Australii. „Jeden z moich krewnych popełnił rano samobójstwo. Dlatego muszę się przebiec, żeby nie myśleć o kłopotach, tylko patrzeć w przyszłość. Po prostu nie mogę przestać biegać” – tłumaczył.

W sierpniu matka wyrzuciła go z domu po kolejnej kłótni. Gdy miał 9 lat ojciec, po latach walki z alkoholem i narkotykami, popełnił samobójstwo na jego oczach. Teraz sam de Santis walczy o to, by zerwać z nałogiem, przez który palił nawet 40 skrętów dziennie.

Problemy rdzennych Australijczyków zaczęły się w 1788 roku, kiedy na kontynent przypłynął pierwszy ładunek przestępców z Anglii. Przybysze próbowali wykorzenić, zasymilować lub po prostu ignorować autochtonów. Do 1969 roku dzieci aborygeńskie rutynowo zabierano od rodzin siłą przez rząd, kościół i instytucje opieki społecznej, by je „ucywilizować”. Skutki tej polityki były opłakane: utrata tożsamości kulturowej, rozpad rodzin, alkohol, narkotyki i poczucie beznadziei. Wytrenowanie kilku biegaczy wydaje się w obliczu tych problemów maleńkim gestem, ale de Castella liczy, że akcja przyniesie efekt domina.

„Chcemy, żeby ten projekt zmienił wasze życie. Chcemy też, żebyście to wy zmieniali życie innych” – mówił swym podopiecznym australijski trener, zwycięzca Maratonu Bostońskiego w 1986 roku i czterokrotny uczestnik letnich igrzysk olimpijskich.

REKLAMA

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Dustin Aksland
Na większości biegaczy z całego świata demolka na ulicach Nowego Jorku robiła surrealistyczne wrażenie. Australijczyków nie zdziwiła, więc zaczęli pomagać (fot. Dustin Aksland)

Po dniach niepewności w środę ogłoszono, że maraton się odbędzie. Australijska ekipa w ciągu 22 godzin zameldowała się w Stanach Zjednoczonych. Towarzyszyła im Cathy Freeman, sprinterka aborygeńskiego pochodzenia, która na olimpiadzie w Sydney w 2000 roku zdobyła złoto na 400 metrów. Wyszli na przebieżkę po ulicach Nowego Jorku. Znana twarz Freeman budziła zainteresowanie przechodniów, którym opowiadano o australijskiej inicjatywie. Wkrótce cała ekipa musiała pozować do wspólnych zdjęć.

Maratoński sen szybko się jednak skończył. Od przylotu nie minęła nawet doba, gdy Aborygeni dowiedzieli się, że bieg odwołano. Podróż do USA kosztowała dziesiątki tysięcy dolarów, które uzbierano z darowizn. Ponowne uskładanie takiej kwoty wydaje się niemożliwe. Nikt z grupy nie chce jednak rezygnować z maratonu, więc jeśli zdołają zebrać fundusze i utrzymać formę, może za kilka miesięcy pobiegną w maratonie na Tasmanii.

Tego dnia w Nowym Jorku jednak trzeba było wykonać zadanie i nikt tego nie kwestionował – zalane auta, piwnice pełne błota i wszechogarniające poczucie beznadziei były im świetnie znane. De Castella i jego ekipa dołączyli do grupy pomocy na Brooklynie. Spotkali tam lokalnego maratończyka, który serdecznie poklepał Australijczyków po plecach: „Dzięki, że tu przyszliście. Cieszymy się z tego”. Wymienili uściski dłoni.

Moment ten przeszedł niezauważony dla szerszej publiczności. Obyło się bez pompy, która towarzyszyłaby triumfalnemu minięciu linii mety w Central Parku. Ale był to finisz innego rodzaju: taki, który dający poczucie wspólnoty i zrozumienia. Ten dzień był bardzo ciężki. Gdyby jednak trudności były w stanie Australijczyków powstrzymać, w ogóle by się w Nowym Jorku nie znaleźli.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Reed Young
Wielu biegaczy dostarczało mieszkańcom Staten Island artykuły pierwszej potrzeby (fot. Reed Young)

Skoncentrowani na sobie?

Amby Burfoot: W czwartek burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg popełnił gafę, twierdząc, że maraton się odbędzie. W piątek bieg jednak oficjalnie odwołano, wywołując szok, niedowierzanie i rozczarowanie, które na szczęście szybko minęły. Nadszedł czas robić to, co trzeba.

Dołączyłem do grupy „Nowojorscy biegacze wspierający Staten Island”, by pomóc dostarczyć środki pierwszej potrzeby na obszary najbardziej dotknięte kataklizmem. Grupa powstała w czwartek i szybko się rozrosła – od 6 pierwszych e-maili, przez kolejnych 50, do 200. Do godziny ósmej rano w niedzielę hol przeprawy promowej na Staten Island wypełnił się około 500 biegaczami, a kolejni próbowali wcisnąć się do środka.

Doktor Jordan Metzl, lekarz z Manhattanu i współorganizator grupy, zwrócił się do tłumu: „Jesteśmy tu, biegacze z całego świata, ponieważ postanowiliśmy pomóc ludziom ze Staten Island”. Wolontariusze rozdawali wodę, batony energetyczne i wielkie torby na śmieci, które mieliśmy zapakować do plecaków już zapełnionych latarkami, bateriami, środkami higienicznymi, karmą dla zwierząt, czapkami i rękawiczkami.

Na wyspie podzieliliśmy się na zespoły. Kilka razy się zgubiliśmy, więc ostatecznie zrobiliśmy dystans dużo dłuższy niż zakładaliśmy. Do tego teren jest tam mocno pagórkowaty, więc przewyższenia i bagaż szybko nas zmęczyły. Widziałem, że wiele osób cierpiało z powodu bólów pleców i ramion. Nie słyszałem jednak ani jednej skargi. My, maratończycy, jesteśmy twardzi.

Nasza grupa skupiła się na dostarczaniu do domów środków pierwszej potrzeby, a inni biegali od drzwi do drzwi, pytając, w czym mogą pomóc. Wytrenowane mięśnie wielu z nich tym razem zostały wykorzystane nie do pokonywania kolejnych kilometrów, ale do wynoszenia ze zdewastowanych domów zniszczonych mebli i mokrych śmieci.

REKLAMA

REKLAMA

New York Marathon 2012: krajobraz po huraganie Reed Young
Część biegaczy pomagała poszkodowanym doprowadzić do porządku zniszczone domy (fot. Reed Young)

Cztery godziny po zejściu z promu moja grupa w końcu znalazła oficjalny punkt dystrybucji potrzebnych środków, w którym mogliśmy zostawić przyniesione dobra. Muszę się przyznać – miałem wątpliwości co do tego, na ile nasza pomoc się przyda i czy nasz cel zostanie osiągnięty.

Wtedy zauważyłem Dino. Trudno było go nie zauważyć – ciemna, kręcona broda, okulary, jarmułka. Ciągnął do swojego samochodu trzy wielkie worki na śmieci, pełne artykułów pierwszej potrzeby.

„Twoja rodzina została chyba bardzo poszkodowana podczas huraganu?” – zagadnąłem.

„My akurat mocno nie ucierpieliśmy, ale moi rodzice stracili wszystko. Cieszę się, że odwołano maraton. Biegacze bardziej przydadzą się tutaj” – odpowiedział Dino.

Poczułem się lepiej. Zdawałem sobie sprawę, że nasza skromna inicjatywa nie uratuje nikomu życia, ale ten bieg przez Staten Island miał zupełnie inny cel. Podczas katastrofy ofiary potrzebują mnóstwa najprzeróżniejszych rzeczy, jednak to obecność drugiego człowieka okazuje się najważniejsza: ciepły uśmiech, słowa otuchy, pomocne ręce. Wszystko to w dużej ilości dostarczyliśmy na Staten Island i mam wrażenie, że naprawdę udało nam się pomóc.

Social media komentują

Odwołanie Maratonu Nowojorskiego w 2012 roku wzbudziło lawinę komentarzy na Twitterze i Facebooku. Oto kilka z nich:

„Mam nadzieję, że burmistrz Bloomberg zniesie widok ludzi ze Staten Island, zjadających Kenijczyków” – @mookiewilson86 na Twitterze

„Maraton nie jest teraz pewnie najlepszym pomysłem, ale zostawcie w spokoju samych biegaczy” – @moorehn na Twitterze

„Jestem rozdarty. Czas nie jest najlepszy, ale impreza jest symbolem miasta i przynosi spore dochody” – Deb Levy na Facebooku

„Jeśli chcesz wziąć udział w biegu, powinieneś się wstydzić. Tak, wybór naprawdę jest aż tak czarno-biały” – @laughspincom na Twitterze

RW 01-02/2013

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ
REKLAMA