[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Pokonać Jungfrau Marathon

Mówią, że maraton górski pod Jungfrau ma najpiękniejszą trasę na świecie. I chyba mają rację - biegnąc, kontemplujesz jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach alpejskich scenerii. Do tego różnica wzniesień rzędu 1800 metrów i krystalicznie czyste, górskie powietrze. Witaj w Interlaken.

fot. Andy Mettler

Pewnego dnia, podczas przeglądania zdjęć z rozmaitych imprez biegowych, napotkałem charakterystyczną fotkę z biegaczami na morenie lodowca w okolicy Interlaken. Chwilę później wiedziałem już, co będę robił na początku września... Jungfrau Marathon 2007 miał się stać moim górskim debiutem. A więc zaczynamy od początku...

Biegi górskie to zupełnie inna historia niż nabijanie kolejnych kilometrów po płaskim jak stół asfalcie. To jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy noga nie podaje, serce - bijąc jak oszalałe - zaraz wyskoczy gardłem, a każde 250 metrów ciągnie się jak ser w fondue.

W wigilię biegu

Położone w samym centrum Szwajcarii Interlaken od rana żyje biegiem. Na latarniach wiszą podobizny zwycięzców poprzednich edycji, atmosferę biegowego święta podgrzewa międzynarodowy tłum biegaczy w okolicy startu oraz biura zawodów. Są wśród nich uczestnicy wielu biegowych klasyków, wystarczy spojrzeć na koszulki: Osaka Marathon, New York Marathon czy też marokański Maraton Piasków.

Cóż, jeżeli dobrze pójdzie, to już niebawem przywdzieję podobnego T-shirta z logiem JM 2007. Tymczasem ja, wykorzystując ostatnie przedbiegowe godziny, wyleguję się w łóżku w małym, stuletnim hoteliku. Na DSF-ie Robert Kubica wykręca kosmiczne czasy, na ścianie naprzeciwko wisi koszulka z przypiętym numerem startowym, a ja czuję, jak dopada mnie nerwówka...

Zapach Ben Gaya o poranku

Niezależnie od mojego samopoczucia, prognoza pogody nie zapowiadała potencjalnej tragedii. Bezchmurne niebo, 15 stopni Celsjusza. Zważywszy, że meta znajduje się na wysokości 2100 metrów, a Interlaken położone jest jakieś 1500 metrów niżej, oznacza to kilkustopniowy spadek temperatury i warunki prawie cieplarniane.

Pozostaje tylko zameldować się na mecie biegu, co sprowadza się do przebiegnięcia 25 kilometrów po względnie płaskim terenie (300 metrów do góry), a następnie pokonania 1500- -metrowej różnicy wzniesień rozłożonej na 16 km. To podobnie jak wejście z Czarnego Stawu na Rysy i to dwukrotne!

REKLAMA

REKLAMA

Przy tym zapowiada się wizualna uczta, no i zobaczę z bliska ścianę Eigeru - obiekt marzeń alpinistów z całego świata. To będzie dobry dzień, myślę sobie, truchtając w miejscu, wciągając opary Ben Gaya na starcie "najpiękniejszego maratonu świata".

Up, up, up!

Plan jest prosty - oszczędzić jak najwięcej sił na drugą połowę spotkania z Jungfrau. Czuję się zmęczony, kilkudniowe "spacery" po Alpach parę dni przed biegiem to nie był najlepszy pomysł, na kolanie, które pobolewa, opaska...

Muszę się hamować, żeby nie biec szybciej niż 5:45 na kilometr. Pierwsze 10 kilometrów wokół Interlaken mija szybko. Droga do Lauterbrunnen, gdzie trasa osiąga półmetek, biegnie szutrową alejką, głęboko wciętą doliną; pokonuję pomniejsze podbiegi w podobnym tempie. Lauterbrunnen to śliczna, mała wioska, nad którą góruje potężny skalny mur z wodospadem Staubach, którego szum towarzyszy mi przez następne kilometry. Tu niespodzianka - spotykam pierwszego Polaka - Lidkę Walczak, z którą wspólnie, niezbyt nerwowo przekraczamy półmetek, pstrykamy sobie pamiątkowe zdjęcia i biegniemy dalej.

Widząc ludzi wspinających się stromym szlakiem prowadzącym do Wengen, uśmiecham się do siebie na myśl o tym, co nas czeka. Do tego odzywa się kolano... Iść czy biec? - oto jest pytanie. Moje wątpliwości rozwieją się już za chwilę, w miejscu, w którym trasa wznosi się do góry niczym notowania Google'a podczas internetowego boomu na nowojorskiej giełdzie.

Początek szesnastokilometrowego podejścia (przeplatanego odpoczynkowymi fragmentami po płaskim) pokonuję szybko, pełen sportowej złości. Siły nie starcza jednak na długo. "How are you?" - pyta zgrabna Mulatka, mijająca mnie z lewej. "I'm fine, thanks!" - odpowiadam, odganiając sprzed oczu ciemne plamy i uśmiechając się najbardziej nonszalancko, jak potrafię. Obserwuję, jak ścianka mieli wszystkich wokół, nikt nie biegnie.

REKLAMA

Zegarek, pokazujący jak dotąd międzyczasy po 6 minut na kilometr, nagle zaczyna zachowywać się dziwnie: zaliczam międzyczasy po 6-7 minut na 500 metrach! A przede mną przecież jeszcze gorsze odcinki...

Tysiące ludzi, jeden cel

Jednym z częstszych pytań, jakie słyszy się po ukończeniu maratonu od ludzi, jest tekst: "Który byłeś?". Kiedy jest się zawodnikiem ze środka stawki, który właśnie z braku sił podchodzi trasę maratonu, miejsce nie ma żadnego znaczenia. Nawet czas, podstawowa miara maratońskiego sukcesu, przestaje odgrywać decydującą rolę.

Zresztą, wynik biegu górskiego porównać można jedynie do... startu w tym samym biegu. Wiedząc, że tylko czołówka przebiega JM poniżej 3 godzin, a czas poniżej 4:00 jest więcej niż przyzwoity, nie spodziewałem się po swoim występie wiele. Wokół mnie setki ludzi, których łączy jeden cel: nie dać się. Ukończyć bieg - o tym marzy tu każdy.

Taki bieg to walka, przy czym każdy toczy swój osobisty pojedynek z własnymi słabościami. Można to wyczytać z każdej zmęczonej twarzy. Truchtając po jednym z bardziej płaskich odcinków mijam pewnego Włocha, którego właśnie dopadł skurcz. Drze się wniebogłosy, a ja zwalniam na wszelki wypadek.

W Wengen, na 30 kilometrze, chwila wytchnienia. Stoper wskazuje 3:25, do końca jeszcze 12 km, a ja podczas swojego ostatniego maratonu już byłem na mecie... Mimo to, powoli zaczynam wierzyć, że dam radę, że jeszcze dwie godziny i skończę JM! Cieszę się atmosferą, tym bardziej że jest okazja, by pogadać - spotykam Pawła Droździka, z którym pokonuję następny dłuższy odcinek.

Niebawem dochodzi nas Witek Olejniczak, doświadczony biegacz, który swoim stażem obdzieliłby wielu młodych zawodników... Rozmawiamy o tym, jak biegi górskie różnią się od biegów ulicznych. Czuję to doskonale, w końcu przygotowywałem się, zaliczając kolejne kółka na krakowskich błoniach, które, jak wiadomo, pod górkę nie są. W końcu postanawiam nieco przyspieszyć, trochę powalczyć.

REKLAMA

REKLAMA

W cieniu gigantów

Kolejne kilometry ciągną się jednak jak flaki z olejem, baterii nie starcza... Łatwiejsze odcinki pokonuję biegiem (względnie kaczym truchtem) i wreszcie po wybiegnięciu na otwartą przestrzeń pokazuje się widok, za który każdy miłośnik górskiej przyrody dałby się pokroić.

Przede mną w równym rzędzie Jungfrau, Mönch i Eiger, a po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się kolorowy sznurek biegaczy wspinający się nad grań, za którą jest meta... W tej chwili dzieli mnie od nich jakaś godzina marszobiegu. Wynik już dawno przestał mieć znaczenie, ludzie przystają, żeby zrobić sobie zdjęcie, wokół czuć atmosferę pikniku - zupełnie inaczej niż podczas ulicznych biegów.

"Czy możesz pstryknąć mi fotkę? - pyta Niemiec o imieniu Kirsten, z którym wspólnie pokonujemy kolejny fragment trasy. - Masz szczęście, ktokolwiek dociera do tego miejsca, kończy maraton".

"To twój pierwszy raz tutaj?" - dopytuję się.

"Nie, piąty. Tu jest wunderbar! - odpowiada po swojemu. - Wcześniej biegłem we Frankfurcie" - znów próbuje dumnie się wyprężyć.

"Och, świetnie też tam startowałem."

"Ile razy"?

"Też pięć. I też wunderbar"...

I tak, pracując nad poprawą stosunków polsko-niemieckich, natykamy się na rzecz co najmniej dziwną... Korek na zwężeniu trasy!

Jak się okazało, czekaliśmy 8 minut na swoją kolej, by wejść na szlak. Co ciekawe, międzynarodowy tłumek zawodników zdaje się niewiele sobie z tego robić - ludzie podają sobie nawzajem aparaty i pozują do zdjęć, bo co innego można zrobić w korku? 10 metrów przede mną stoi Pacemaker, prowadzący na 5:30. On już na pewno będzie spóźniony jakieś 25 minut!

W końcu nadchodzi nasza kolej i gęsiego poruszamy się po ścieżce biegnącej moreną lodowca, symbolem trasy i najbardziej fotogenicznym jej odcinkiem. Góry wydają się być tu na wyciągnięcie ręki. Ten niesamowity widok ciężko się ogląda, dociskając rękami uda do ziemi.

REKLAMA

Życie boleśnie weryfikuje sportowe plany. Zmieścić się w sześciu godzinach - oto najnowszy z nich. Po minięciu kobziarza (Szkot w Szwajcarii? Chyba po to, żeby rozśmieszyć zawodników...) biegnę pozostały kilometr i z uśmiechem na ustach wpadam na metę!

Tam i z powrotem

Niewiele pamiętam z pobytu na mecie. Spory problem, jaki mam z odnalezieniem się w tłumie biegaczy i kibiców, zwalam na wycieńczenie.

Odbieram pamiątkowy T-shirt (jest takich 9 w Polsce), piję piwo, bezskutecznie szukam reszty polskiej ekipy, żeby wspólnie smakować sukces... W końcu kolejką wypełnioną międzynarodowym hałasem, zagryzając czekoladą i popijając izotonikiem (którym to już?), zjeżdżam z powrotem do Interlaken.

Stań na starcie

Dojazd: Do Szwajcarii łatwo dojechać samochodem, jednak z uwagi na dystans warto przyjechać wcześniej, żeby odpocząć przed biegiem, a przy tym zwiedzić przepiękną okolicę. Wygodniejszym, choć nie najtańszym sposobem dojazdu jest samolot do Zurychu i dalej podróż koleją do Interlaken.

Zapisy

Formularz zgłoszeniowy dostępny jest na stronie biegu jungfrau-marathon.ch. Co ważne, ilość zawodników jest ograniczona do 4000. W przypadku nadejścia większej ilości zgłoszeń, odbywa się losowanie. W roku 2007 na starcie stanęło jednak ponad 4500 osób... Ostatnia, 22. edycja odbyła się 13 września. Masz więc rok, by przygotować się do tego zabójczego biegu! Dla chcącego nic trudnego?

Trasa

Początek trasy umiejscowiony jest w samym centrum Interlaken, w okolicy kasyna Kursaal, w którym mieści się biuro zawodów. Długość trasy to 42195 m, różnica wzniesień wynosi +1829 m/-305 m. Profi l trasy wraz ze szczegółowym jej przebiegiem dostępny jest na stronie internetowej biegu.

Przydatne linki

RW 01/2008

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij