6 biegowych historii nie do wiary

Maratończycy próbujący dopingować się brandy i strychniną. Olimpijczycy pokonujący trasę samochodem. Oskarżeni o bioterroryzm organizatorzy imprez. Astrolodzy, którzy narazili się władzom, trenując nago. Bieganie pełne jest niesamowitych historii...

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Córki owczarzy, fartuchy i mąż w nagrodę

Niemcy, około 1650 roku; Anglia, lata 1600-1800

REKLAMA

Historyczny „wyścig córek owczarzy” odbył się po raz pierwszy w połowie XVII wieku w mieście Markgröningen w niemieckiej Badenii-Wirtembergii. Korzenie tych dzikich i nastawionych na fizyczność zawodów sięgają jednak aż dwóch wieków wcześniej, kiedy to owczarze z Markgröningen zaczęli raz do roku ścigać się między sobą na ścierniskach. Żeby udowodnić swoją męskość, pokonywali trasę równą 240 metrom boso, a zwycięzca mógł nosić dumne miano króla owczarzy.

W latach 50-tych XVII wieku samce alfa zdecydowali się dopuścić do rywalizacji również kobiety, co dało początek wspomnianemu już „wyścigowi córek owczarzy”. Panie były zachwycone, a do zawodów podchodziły równie, jeśli nie bardziej ambitnie od mężczyzn. Dowodem niech będzie fakt, że imprezy kończyły się często ostrymi bijatykami. „Oczywiste jest, że każdy chce zdobyć nagrodę, a cel uświęca przecież wszelkie środki” – czytamy w jednej z ówczesnych relacji z biegu.

I rzeczywiście bywało tak ostro, że woźny sądowy musiał wsiadać na konia i rozganiać szarpiące się panie, wymachując przy tym batem. Słaba płeć, jak mogłoby się wydawać, wcale nie była więc taka słaba i obce jej były najwyraźniej wszelkie zasady fair play.

Angielskim odpowiednikiem opisanego wyżej święta ludowego były tzw. wyścigi o fartuch, bez których nie mógł się odbyć niemal żaden jarmark między XVII a XIX wiekiem. I choć zawody te nie słynęły z przemocy, to i tutaj konkurencja odgrywała kluczową rolę. Nazwa wyścigu wywodzi się z faktu, że zwyciężczyni każdorazowo otrzymywała fartuch z czystego lnu.

Od czasu do czasu w gratisie można było zdobyć jednak inną, może nawet lepszą nagrodę, a mianowicie męża. Zawody były bowiem znakomitą okazją dla okolicznych kawalerów, aby rozejrzeć się za potencjalną kandydatką na żonę. Zwłaszcza że udział w wyścigu mogły brać jedynie młode panny, a nierzadko warunkiem było także dziewictwo!

Trudno oprzeć się więc wrażeniu, że wyścigi o fartuch były historycznym odpowiednikiem dzisiejszych „szybkich randek”, podczas których panowie mogli ocenić fizyczne atuty zawodniczek. „Dla panien pragnących zamążpójścia nie ma lepszej okazji do zaprezentowania swoich wdzięków niż wyścig o fartuch – głosiła jedna z historycznych publikacji. – Oferuje on nie lada szansę udowodnienia swojej siły i zwinności w idealnych warunkach”.

Kilka wieków temu nie znano aplikacji randkowych, więc trzeba było szukać innych sposobów na znalezienie partnera...

REKLAMA

REKLAMA

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Za czym szaleją kobiety?

Wielka Brytania, 2015 rok

Istnieją badania naukowe potwierdzające, że to, jak długi dystans jesteśmy w stanie przebiec, współgra z naszym seksualnym potencjałem. Upraszczając nieco, z wyników eksperymentu można wywnioskować, że kobiety prędzej będą wzdychać do maratończyków niż do facetów, którzy łapią zadyszkę na trasie dom – przystanek autobusowy. Bardziej zaskakujący jest jednak fakt, że wpływu na to nie mają jędrne łydki, silne przedramiona czy kaloryfer na brzuchu, tylko pradawne instynkty.

Podczas badania naukowców z uniwersytetu w Cambridge i Londynie przyjrzano się 542 uczestnikom półmaratonu Robin Hooda. Dzięki skanom odcisków dłoni biegaczy badacze odkryli, że najlepsi półmaratończycy mają palce serdeczne dłuższe od palców wskazujących, co z kolei jest często oznaką ponadprzeciętnego poziomu testosteronu, już w łonie matki. Również analiza innych danych wykazała u odnoszących sukcesy biegaczy wyższy poziom tego męskiego hormonu, co oznacza bardziej stabilny układ krążenia, mocniejszy popęd płciowy i wysoką liczbę plemników – inaczej mówiąc, wszystkie karty przetargowe w konkursie na idealnego partnera.

Dla Danny’ego Longmanna, inicjatora badań, genetyczny związek między wytrzymałością biegową i potencjałem reprodukcyjnym mężczyzn można sprowadzić do uwarunkowań społeczności myśliwych i zbieraczy u zarania ludzkości: „Pościg był wówczas kluczowym elementem codzienności. Aby zdobyć pożywienie dla plemienia i własnej rodziny, mężczyźni często musieli pokonywać bardzo długie trasy. A im więcej mięsa przynieśli z takich łowów, tym zdrowsze i liczniejsze potomstwo mogli utrzymać”. Nic więc dziwnego, że najlepsi myśliwi uchodzili wśród kobiet z plemienia za atrakcyjniejszych.

Naturalnie wzorzec ten okazał się na tyle uniwersalny, że również dziś ma rację bytu. No, może z tą różnicą, że obecnie, by wyżywić najbliższych, wystarczy wyskoczyć do sklepu za rogiem, jednak atawistyczne pragnienia kobiet nadal będą faworyzowały tych, którzy zrobią to szybko i bez zadyszki.

REKLAMA

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Uparty ekshibicjonista

Niemcy, 2004 rok

Niemiecki astrolog Peter Niehenke zyskał sławę nie dzięki swoim horoskopom, ale zgoła z innego powodu. Niehenke uwielbiał biegać, więc często można go było zobaczyć pracującego nad swoją formą na ulicach rodzinnego Fryburga. I nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że w przeciwieństwie do innych sportowców Niehenke trenował golusieńki – wzbraniał się nawet przed założeniem przepaski na biodra.

Na reakcję oburzonych mieszkańców i pozbawionych poczucia humoru urzędników nie trzeba było długo czekać. Kara nałożona na Niehenke w 2004 roku z powodu „wysoce niestosownego zachowania” po „występie” w jednym z parków była ostatnią na długiej liście podobnych prób zdyscyplinowania niesfornego biegacza. Wcześniej wiele razy stawał on przed sądami, a jego portfel uszczuplił się łącznie o prawie 2500 euro z powodu nakładanych grzywien.

Niehenke argumentował wciąż, że bieganie nago daje mu poczucie „nieskrępowanej wolności” i obstawał przy swoim zdaniu, że nie ma takiego przepisu, który zakazywałby treningu w stroju Adama. Sędzia w 2004 roku uznał jednak inaczej, argumentując, że bieganie bez ubrania nie jest prawem obywatelskim.

Trzeba jednak wyjaśnić, że Niehenke nigdy nie był tak właściwie całkowicie nagi: miał na sobie skarpetki i buty. W jednym z artykułów z tamtego okresu dziennikarz wspomina, że na genitalia zakładał nawet nylonowe rajtuzy, „żeby nie zmarznąć”. O czasy, o obyczaje! Dziś trendem jest bieganie boso i nikomu to nie przeszkadza.

REKLAMA

REKLAMA

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Autem do celu

Stany Zjednoczone, 1904 rok

Wolałbym przegrać z honorem niż zwyciężyć dzięki oszustwu – głosił niegdyś grecki dramaturg Sofokles. Szlachetna idea, z której mógłby wynieść naukę amerykański długodystansowiec Fred Lorz. Podczas maratonu mężczyzn na igrzyskach olimpijskich w St. Louis w 1904 roku Lorz był jednym z 32 zgłoszonych do zawodów biegaczy.

Niewyobrażalny upał, sięgający 32 stopni Celsjusza, jak również ograniczająca widoczność burza piaskowa doprowadziły do tego, że jedynie 18 uczestników dobiegło do mety. Kiedy Lorz jako pierwszy zjawił się na finiszu, na jego cześć wiwatowały tłumy – wszystko dopóty, dopóki nie zaczęły dochodzić słuchy, że „mistrz” był widziany, jak pokonywał jeden z odcinków trasy na… siedzeniu pasażera w samochodzie.

Kiedy doszło do konfrontacji, Lorza poniosły nerwy i przyznał, że przejechał 18 kilometrów, żeby oszczędzić sobie wysiłku. Wyjaśnił, że po 14 kilometrach biegu wsiadł do auta swojego menedżera i opuścił je dopiero po awarii pojazdu. Następnie przebiegł ostatnie 10 kilometrów, żeby „wygrać” wyścig. Organizatorzy natychmiast odebrali oszustowi złoty medal i przekazali go jego rodakowi Thomasowi Hicksowi, który po 3 godzinach 28 minutach i 53 sekundach (to najgorszy czasem w maratonie w historii igrzysk) dobiegł do mety jako drugi.

Jak się jednak później okazało, Hicks również nie pokonał trasy bez „wspomagaczy”. Na jaw wyszło bowiem, że przyjmował podczas biegu środki dopingujące. „Wstrzyknąłem mu miligram strychniny i kazałem wypić dużą szklankę brandy – przyznał trener zawodnika. – To dało mu kopa, żeby biec ile sił, ale 6,5 km przed metą potrzebował jeszcze jedną dawkę strychniny, by ukończyć wyścig”.

Co prawda strychnina na początku XX wieku nie była jeszcze traktowana jako doping, jednak podejrzany skok energii Hicksa i przekręt samochodowy Lorza uczyniły z olimpijskiego maratonu komedię pomyłek. Wrażenie to pogłębił jeszcze południowoafrykański biegacz Len Tau, który musiał się wycofać z zawodów po tym, jak został zaatakowany przez sforę psów, a Kubańczyk Felix Carvajal zgłodniał na trasie i postanowił zrobić sobie przerwę w sadzie, by skosztować kilka jabłek. Pech chciał, że nie spodobało się to jego jelitom i przerwa nieco się przeciągnęła. Ostatecznie jednak dotarł do mety jako czwarty.

REKLAMA

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Zabiegani lokaje

Anglia, lata 1450-1700

Zawodowi biegacze długodystansowi zarabiają w dzisiejszych czasach spore pieniądze, wykorzystując swoją umiejętność szybkiego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Za ich prekursorów można uznać tzw. biegających sługów, choć życie tych ostatnich dalekie było od bajki.

Moda na biegających lokajów zrodziła się w połowie XV wieku. Ich zadaniem było towarzyszenie zamożnym, przemieszczającym się zaprzężonymi w konie powozami „pracodawcom” w podróży, usuwanie przeszkód z drogi, pomaganie w wyciąganiu bryczki, gdy ta ugrzęzła w błocie, a także odpowiednio wczesne informowanie gospodarzy, że jaśnie państwo wkrótce zjawią się na miejscu, a na kolację życzą sobie przykładowo pieczoną pardwę mszarną z kieliszeczkiem lekkiego bordeaux.

Posiadanie biegającego lokaja stało się wyznacznikiem statusu społecznego – im większa była ich liczba, tym uchodziło się za bardziej zamożnego. Prawdziwym bogaczom w podróży towarzyszyło nawet do 6 sługów. Tempo biegu początkowo było spokojne, bo stan dróg pozwalał zazwyczaj na poruszanie się nie szybciej niż 8 km/h. Z upływem lat trasy stawały się jednak coraz lepsze, powozy szybsze, a praca trudniejsza. Późniejsze generacje biegających lokajów musiały być zawsze w formie i stale pracować nad kondycją.

Pod koniec XVIII wieku powozy rozwijały prędkość około 11 km/h (co odpowiada tempu 5:27 min/km), a od zatrudnionych na biegowym stanowisku lokajów oczekiwano pokonywania 100 km dziennie, w tym nierzadko 30 km bez żadnej przerwy. Robota była więc, rzeklibyśmy, dość parszywa, ale pozwalała najlepszym zyskać pewnego rodzaju rozgłos i chwałę. Zdarzało się, że władcy i panowie zapraszali lokajów do wspólnych wystąpień czy uczestnictwa w zawodach konnych.

William Shepard Walsh pisał w „A Handy Book of Curious Information” o jednym z tego rodzaju wyścigów: „Odbywał się w roku 1770 pomiędzy znanym wówczas biegającym lokajem i księciem Marlborough, przy czym ten ostatni założył się, że pokona pierwszego na trasie z Londynu do Windsoru, jadąc swoim faetonem (małą, „sportową” bryczką). Biedny sługa – wyczerpany z wysiłku i bardzo przygnębiony z powodu porażki – zmarł podobno z osłabienia”.

Żeby wszystko było jasne: przez ponad 40 kilometrów facet musiał ścigać się z napędzanym przez cztery konie powozem. Może i miał odwagę i silne łydki, ale nie miał absolutnie żadnych szans na zwycięstwo w tym nierównym pojedynku.

REKLAMA

REKLAMA

6 biegowych historii nie do wiary Adam Nickel
rys. Adam Nickel

Alarm wąglikowy w Ikei

Stany Zjednoczone, 2007 rok

W  roku 2004 zakazano polowań na zające z więcej niż dwoma psami u boku, jednak w pewnych kręgach biegowych ta archaiczna forma łowów przetrwała w zmodyfikowanej nieco formie. Kilku uczestników „zabawy” (tzw. zające) biegło więc przodem, znacząc trasę, a reszta grupy (wiadomo, psy) podążała za ich wskazówkami. Oczywiście nikt do nikogo nie strzelał, w grę nie wchodziła też żadna polityka.

Grupą, która szczególnie lubowała się w pościgach psów za zającami, była Hash House Harriers ze stanu Connecticut (na świecie jest około 2000 filii tego nieformalnego, towarzyskiego klubu). Niestety, nieszkodliwa z pozoru zabawa w 2007 roku przysporzyła jej organizatorom poważnych kłopotów.

Zającami feralnego dnia byli dr Daniel Salchow i jego siostra Dorothee, którzy późnym popołudniem udali się w trasę, żeby zostawić znaki dla reszty klubu. Po 40 minutach robota była wykonana i wrócili do domu, by czekać na „psy” i bezpośrednio po biegu rozkoszować się zasłużoną szklaneczką czegoś mocniejszego (tradycyjny element imprez organizowanych przez Hash House).

W pewnym momencie Daniel odebrał telefon od żony, która zasygnalizowała mu mały problem. No dobra, będąc szczerym, problem wcale nie był taki mały. Daniel miał bowiem ruszyć tyłek i w podskokach stawić się na parkingu miejscowej Ikei, przez który wiodła wyznaczona dla „psów” trasa. Po dotarciu na miejsce Daniel ujrzał wstrząsający widok: dziesiątki policjantów i ludzi w kombinezonach ochronnych odgradzało fragment parkingu i z niepokojem patrzyło na znajdujący się na ziemi proszek.

Okazało się, że ktoś widział Daniela i Dorothee, jak wyznaczali za pomocą mąki trasę biegu, a że żyjemy w czasach strachu, a świadek nigdy w życiu nie słyszał o zwyczajach klubu Hash House Harriers, uznał białą substancję za… wąglika. W efekcie podniósł alarm z powodu bioterroryzmu, a parking przed marketem w krótkim czasie zamienił się w scenę rodem z thrillera „Outbreak”. Panika była tak ogromna, że trzeba było zamknąć sklep na resztę dnia i, co gorsza, setki klientów wróciły do domu bez wymarzonego regału Hemnes.

Daniel desperacko próbował wyjaśnić policjantom z Connecticut całą sytuację. Zaproponował nawet, że sam zje trochę proszku i obiecał posprzątać teren, ale jego tłumaczenia nie przyniosły efektu i chwilę później stał już zakuty w kajdanki.

Nawet kiedy już dotarło do wszystkich, że nie mieli do czynienia z bronią biologiczną, przedstawiciele miejscowego urzędu wciąż byli nie w sosie. Daniela oskarżono o naruszenie spokoju publicznego, a policja, burmistrz i zarząd Ikei rozważali nawet wystąpienie o odszkodowanie za wszelkiego rodzaju straty. Na szczęście skończyło się na zorganizowaniu akcji charytatywnej na rzecz lokalnych instytucji.

--------

Na artykuł składają się opracowane fragmenty książki „Running’s Strangest Tales” autorstwa Iaina Spragga, opublikowanej nakładem wydawnictwa Portico i dostępnej w cenie ok. 40 zł na Amazonie (wersja anglojęzyczna).

RW 03-04/2021

Zobacz również:
Żeby biegać szybko, bezboleśnie i efektywnie, potrzebujesz harmonijnej współpracy tułowia z nogami - a kluczem do niej jest prawidłowa praca bioder. Zwiększ zakresy ruchu, popraw siłę i zyskaj nowe umiejętności, by kontrolować swoje biodra i lepiej biegać.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA