REKLAMA

Adam Kszczot: Sportowiec musi być egoistą

Wszyscy miewaliśmy sny o mistrzostwie. Zdobywaliśmy w nich medale, biliśmy rekordy i zachwycaliśmy świat. Ale czy wiemy, kim trzeba się stać, by znaleźć się na podium? Ile naprawdę bylibyśmy w stanie poświęcić, by zostać najlepszymi? Na te i inne pytania odpowiedział nam Adam Kszczot.

Adam Kszczot fot. Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska

K.W.: Wymagasz wiele. Również od trenera, przyjaciół…

A.K.: Nie, to nie jest tak, że wymagam czegoś konkretnego. Otoczenie albo się do mnie dostosuje, albo nie. To jest system zero-jedynkowy. Nie wymagam zmiany nastawienia ani akceptacji. To jest sprawa innych. Ja jestem tu i teraz, robię to, co robię, a czy to wam się podoba, czy nie, to jest wasza prywatna sprawa. Moi przyjaciele wiedzą, że są tylko wąskie okna czasowe w ciągu roku, w które się mogą wstrzelić, by się spokojnie ze mną spotkać.

REKLAMA

Ja chcę mieć bazę osób, w których mam wsparcie. Oczekują od nich tego, że będą wtedy, kiedy będę ich potrzebować. Gdy mam gorsze okresy, a drobne depresje zdarzają mi się w ciągu roku dość regularnie, to mogę się z nimi umówić i wiem, że będziemy gadać o wszystkim, ale nie o sporcie. Bym przez chwilę poczuł się jak oni.

K.W.: Ale przyznaj: jesteś egoistą?

A.K.: Egoizm jest mi potrzebny. Możesz napisać, że jestem chamem… A tak poważnie, w życiu sportowca trzeba być egoistą, nawet wobec najbliższych. Renata zrozumiała, że bezpośrednio przed startami nie ma ze mną dobrego kontaktu. Mimo tego, że ją kocham, nie jest dla mnie wtedy ważne, co ona czuje.

Ten egoizm to raczej umiejętność odcięcia się od codziennego życia, od rzeczy, które w jakikolwiek sposób odciągają cię od treningu. Jeśli nie ustawiasz całego życia pod kątem wyników, to jesteś od razu skazany na porażkę. Jeśli tego nie sprawdzisz w ciągu dwóch lat – bo to jest minimalny okres, by nadeszły pozytywne efekty – to nie osiągniesz swoich maksymalnych możliwości.

Maszyna?

Na treningach często trudno z nim pogadać. Jest skoncentrowany na zadaniu i odcięty od świata. Biega z precyzją, żaden krok nie jest przypadkowy. Mierzy często poziom kwasu mlekowego we krwi, by z trenerem określić, na co go danego dnia stać. Podczas zawodów wygląda, jakby się nie męczył. Stojąc na swoim torze na prezentacji, na kilka chwil przed wystrzałem startera, wydaje się być daleko od stadionu. Energicznie, a jednocześnie beznamiętnie podnosi rękę, w geście pozdrowienia kibiców, i rzuca dwa puste spojrzenia w tłum. Oklepuje sobie energicznie uda i klatkę piersiową. Nawet na finiszu nie szczerzy zębów, nie wykrzywia twarzy, jak robią to inni zawodnicy. Pozwala sobie na uśmiech dopiero za linią mety.

Nie będę eksperymentował z treningiem. Potrzebowałbym na to sezonu, a ja mam już swoje 25 lat.

K.W.: O czym myślisz przed startem?

A.K.: Jestem skupiony, przywołuję pozytywne emocje. Mam na to swój tajemniczy gest, może czasem widać w telewizji, jak łapię się za nadgarstek przed startem. Nie, nie mogę powiedzieć, co wtedy myślę, co sobie wyobrażam. O tym się nie mówi nikomu.

K.W.: To nie motywują Cię medale?

A.K.: Nie są aż takie ważne. Nie przywiązuję do tych przedmiotów wielkiej wagi. W moim mieszkaniu jest komoda z trofeami, które po prostu mi się podobają. Na przykład statuetka z plebiscytu Złote Kolce. Na razie szkoda mi czasu, inwencji twórczej i miejsca na ścianie na obwieszanie jej medalami. Pozytywne emocje mam w pamięci i nie potrzebuję krążków, by je przywoływać.

K.W.: Wydaje się, że się nie męczysz, ale kiedyś przyznałeś, że w trakcie biegu na 10 km Twoje średnie tętno wynosiło prawie 200 uderzeń. Jak znosisz zmęczenie na treningach?

A.K.: Nie jestem fanem totalnej kontroli tętna. Czasem spojrzę na nie z ciekawości, ale jako średniodystansowiec nie muszę go mieć niskiego. Jedyny trening, na którym jest naprawdę ważne, by trzymać je w odpowiednich granicach, to trening tlenowy. Jestem sprinterem. Mogę kontynuować dobry jakościowo trening tempowy w przedziale aż 180-190 uderzeń na minutę. Wiem, że nie zawsze mogę czuć się dobrze. Są takie miesiące, w których muszę być zajechany. Wtedy zamykam oczy i trenuję, nie przejmując się samopoczuciem. Czasem zakwaszenie jest tak wysokie (u mnie powyżej 18 milimoli), że nie mogę zmieścić się w zakładanym czasie. Czasem nie da się skończyć zakładanego treningu.

K.W.: Jesteś wtedy wkurzony?

A.K.: Nie chodzi o to, by za wszelką cenę przebiec jeden odcinek. Czasem trzeba spasować, odpuścić, by zrobić lepiej następny trening. Tak, chodzę wtedy wk…ny, fakt. Ale przestałem bić w głową w mur, jak kiedyś, kiedy niezrealizowany trening nie dawał mi spokoju. Byłem jak osa, ale dojrzałem do tego, że jeśli czegoś nie zrobiłem teraz, to widocznie na to nie był dziś dzień. Takie podejście miał też Sebastian Coe – nie dziś, to jutro.

Bogacz?

Mówi się, że dzięki grupie Orlen Adam zarabia krocie i ma idealne warunki do treningu. Jednak w tym roku zamiast wyjazdu na zagraniczny obóz klimatyczny jest na zgrupowaniu w Polsce. Większość biegaczy przed ważną imprezą jeździ do takich miejsc, jak szwajcarskie Sankt Moritz, gdzie na wysokości 1800 m nad poziomem morza trenują w warunkach wysokogórskich. Poprawa parametrów krwi procentuje potem na nizinach.

"Jest kilka powodów, dlaczego właśnie tu przyjechałem na przygotowania do mistrzostw Europy. Po pierwsze, jestem zmęczony nieprzewidywalną pogodą w takich miejscach, jak Sankt Moritz. Zdarza się, że w czerwcu leży tam śnieg. Pamiętam, jak w ubiegłych sezonach w środku lata było 6-8 stopni i trudno było zrealizować porządny trening tempowy. Był z góry skazany na niepowodzenie. Mogłem go zrobić tylko w 85% – więcej już nie dało się zakwasić, szybciej nie dało się już pobiec. A ja potrzebuję zakończyć zgrupowanie przynajmniej jednym bardzo silnym treningiem, na którym się »zarżnę« i po którym właściwie odpocznę. Wtedy już wiem, że będzie dobrze na zawodach. Kiedy na treningach ze względu na pogodę czy wysokość »zamulam« i nie przełamuję barier, nic z tego nie wynika. - Mówi.

K.W.: Czyli nie interesuje Cię obóz klimatyczny?

Otoczenie albo się do mnie dostosuje, albo nie. To jest system zero-jedynkowy.

A.K.: W Zakopanem są dla mnie lepsze warunki niż w innych ośrodkach w Polsce, np. w Spale. Często ciśnienie powietrza jest niższe niż na nizinach. Mieszka się na wysokości 900 m nad poziomem morza. To już konkretny bodziec klimatyczny, a zarazem wysokość ta nie przeszkadza w tym, by można było szybko i mocno biegać. Do tego atutem Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem jest piętro ze sztuczną hipoksją, na którym można sterować wysokością nad poziomem morza w przerwach między treningami.

Sprawdziłem to na sobie. Spanie w pokoju, gdzie panują warunki jak w wysokich górach, dobrze na mnie działa. Rzeczywiście rosną parametry krwi. Okazuje się, że nie ma dla mnie problemu wyjść z takiej wysokości i wykonywać ciężki trening na stadionie. Pierwszą noc spędzam na 2500 m, potem już 3000 metrów nad poziomem morza. Kontroluję to wszystko saturacją, czyli wysyceniem krwi tlenem, którą trzymam powyżej 90%.

1 2 3
STRONA 2 z 3

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA