Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Aktorzy w biegu [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś o biegających aktorach. W dawnych czasach było nas chyba tylko dwóch: Jacek Domański (absolwent PWST) i ja (absolwent ASP, ale zwyczajowo uznawany za aktora). Może biegał ktoś jeszcze, ale jakoś mi się nie ujawnił.

Jacka poznałem w dramatycznych (dla mnie) okolicznościach. Po jednym z półmaratonów usłyszałem nagle głos spikera: "…a w klasyfikacji aktorów…" (cały zamieniłem się w słuch) "…pierwsze miejsce zajął Jacek…" (ukłucie w sercu) "…Domański!". Tu nie powiem, że umarłem z zazdrości, dobrze życzę konkurentom, ale zawód przeżyłem ogromny. Bardzo wtedy marzyłem, żeby znaleźć się chociaż raz w pierwszej dziesiątce jakiejkolwiek klasyfikacji.

Kiedy ja zaczynałem swoje studia, a Jacek Domański swoje (kilka lat później, bo on młodszy) nie tylko bieganie, ale w ogóle uprawianie sportu było wśród artystów czymś zupełnie niemodnym, a może nawet uważanym za czynność wstydliwą. I niezbyt przydatną w zawodzie; młody człowiek, aby być uznany za amanta, nie tylko nie musiał być umięśniony jak Bruce Willis, nie wspominając już Sylwestra Stallone'a i Arnolda Schwarzeneggera – mógł być wręcz chuderlawy, o czym można się przekonać, oglądając filmy z lat pięćdziesiątych.

Wśród czynnych sportowców bardzo rzadko można było znaleźć kogoś po studiach, a jak się już taki znalazł, to eksponowano go jak cielę o dwóch głowach. Trudno dziś w to uwierzyć, ale prasa, podając skład piłkarskiej jedenastki Polonii Warszawa, przy ostatnim (alfabetycznie) zawodniku zawsze zaznaczała "inż. Zelenay". Był rzeczywiście inżynierem, w tej drużynie był jeszcze jeden po studiach, Marian Łącz, aktor (grał jednocześnie w Polonii i w Teatrze Syrena). W owych czasach aktorom jeszcze nie dawali po studiach tytułu magistra, ale gdyby, to prasa by pisała: "bramkę dla Polonii zdobył mgr Łącz".

Owszem, zdarzył się na początku lat 50. biegający aktor – Zbigniew Cybulski. Tak, ten największy nasz gwiazdor z czasów Polskiej Szkoły Filmowej. Biegał podczas studiów w Krakowie, był niezłym średniodystansowcem. Jego przyjaciel Bogumił Kobiela uprawiał szermierkę, ale też tylko na studiach. Kiedy ich poznałem, nieco później, gdy znaleźliśmy się w tym samym teatrze, obaj ci wspaniali aktorzy już nie uprawiali sportu i – niestety – stopniowo zaczynali przybierać na wadze. (Ponieważ tak mi się zebrało na wspomnienia, dołączam szkic Cybulskiego, znalezisko z lat 50., i późniejszą nieco karykaturę Kobieli, który był w życiu prywatnym chorobliwie przesądny).

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz08b.jpg

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz08a.jpg

Dziś sport, w tym bieganie, stało się tak powszechne, że biegający aktor nie stanowi sensacji. I bardzo dobrze. Wszystkich nie wyliczę: najlepszy jest chyba Marian Czerski, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu (kategoria M50), i Jacek Janowicz (zaawansowane M30), aktor i twórca białostockiego kabaretu Widelec, zupełny wariat biegowy – kilka lat temu przebiegł brzegiem morza w siedem dni ze Świnoujścia do Helu. (Bardzo zabawnie to opisał w internecie, polecam).

Skoro o kabaretach mowa, to przebiegnięty pełny maraton ma za sobą znany kabareciarz Tomasz Jachimek - przedowcipnie relacjonował to w RW:

[indent>"Zwycięzca maratonu wpadł na metę z czasem 2:15. Tłum go oklaskał, dali mu medal, wykonał kilka ćwiczeń rozciągających, poudzielał wywiadów, popozował do zdjęć, odebrał zasłużone gratulacje i równie zasłużoną nagrodę. Nałożył dres, pojechał do hotelu, zapewne wziął prysznic, może coś przekąsił. Jakiś masaż i może krótka drzemka.

I właśnie w trakcie przypuszczalnej drzemki mistrza na metę wpadłem ja. Godzinę i trzy kwadranse później. Zająłem zaszczytne 774. miejsce. Mniejszy aplauz na mecie, gratulacji też jakby mniej. Nagrody w ogóle nie było. Więcej, kiedy mistrz maratonu słodko przycinał komara, ja wróciłem na trasę w okolice 36. kilometra, tam bowiem wypadło mi lewe płuco.

Prawe płuco wypadło mi tuż po półmetku: dobrze pamiętałem ten moment i znalazłem je bez problemu. Obok leżały wątroba i śledziona; obie patrzyły się na mnie z wyraźnym wyrzutem, który znawca mowy ciała mógłby tłumaczyć jako: "Eee, a następnym razem to sobie sam ganiaj, dobra?". Oddech zgubiłem w okolicy 15. kilometra. Nie wiem, jak mistrz maratonu się na to zapatruje, ale ja ostatnie 27 kilosów przebiegłem na bezdechu… To się wydaje niemożliwe, ale tak właśnie było.

Obok mnie dziarsko przebiegali ludzie po sześćdziesiątce, sprintem wyprzedziła mnie kobieta z dziewiątym krzyżykiem na karku, facet w wieku stu czterdziestu lat gnał jak Usain Bolt na setkę w Pekinie. Szybszy ode mnie był nawet gość, który urodził się przed naszą erą. Poważnie! Jeden z organizatorów opowiadał, że jak ów człowiek pokazał dowód osobisty, to miał tam ujemny numer PESEL. Oni wszyscy byli zdecydowanie szybsi, w dodatku – biegli w całości.

Ja z kolei na ostatnich kilometrach znalazłem jeszcze prawą nogę i kawałek kręgosłupa. Z kolei odpuściłem sobie poszukiwania lewego kolana, bo po piętnastu kilometrach było tak zniszczone, że pożytek byłby z niego żaden.

Pamiętam też młodych chłopców, którzy stali obok trasy i podawali mi wodę w plastikowym kubeczku. Nigdy bym się nie spodziewał, że plastikowy kubek z wodą może ważyć ze dwanaście kilo. Tak mi się przynajmniej wydawało. Podawali też banany, ale te akurat zostawiałem w spokoju. Bo i po co człowiek ma jeść, skoro żołądek wypluł dobre piętnaście kilometrów temu?

Poskładałem się w miarę zgrabnie do – przepraszam za określenie – kupy, naoliwiłem i tak jak mistrz maratonu cztery godziny wcześniej pojechałem do hotelu. Wyspałem się, stanąłem przed lustrem i kategorycznie stwierdziłem: "Nooo, następnym razem to ty wybiegasz 2:15".

Czekam na tę chwilę do dziś. A kiedy ktoś mnie pyta, czy warto było przebiec maraton, to nie odpowiadam banalnie: "Stary! Fantastyczna sprawa! Musisz spróbować!". Odpowiadam z dobrze pojętą dumą: "Stary! No wiesz, przegrałem z mistrzem tylko o godzinę i trzy kwadranse. Po prostu uciekł mi skubaniec na finiszu!". Wtedy patrzą się na mnie z podziwem…"
[/indent>
Zaś na najwyższe uznanie zasługuje poznański kabaret Czesuaf, który zeszłego roku w pełnym, czteroosobowym składzie też przebiegł maraton, przy czym dla całej czwórki był to debiut i wszyscy zmieścili się w czasie 4 godziny z groszami.

Nie biega jeszcze kabaret Zenona Laskowika, za to Waldemar Malicki przymierza się do półmaratonu. Będę go namawiał, ma szanse zejść poniżej dwóch godzin. Sukcesy telewizyjne programu Laskowik-Malicki stanowią niestety spore utrudnienie w moim bieganiu, bo zaciągnąłem się do kabaretu Laskowika na stałe, gramy we wszystkie soboty i niedziele, więc pewnie w tym roku nie uda mi się wziąć udziału w żadnych zawodach, chyba że przypadkiem zdarzy się bieg w tym samym mieście co spektakl.

Nie wiem tylko, czy będę w stanie wtedy zagrać, bo nie jestem tak dobry jak Czerski, który gra kilka godzin po maratonie, czy Janowicz, który pewnego razu, dla sprawdzenia się, przejechał 500 km na rowerze "od jednego uderzenia" i żyje..

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze marzec-kwiecień 2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij