[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Arkadiusz Skrzypiński: wojownik na handbike'u

Arkadiusz Skrzypiński dzięki stalowym bicepsom rozpędza swój handbike tak, że na mecie maratonów melduje się na godzinę przed najlepszymi zawodnikami świata. Często jest też dużo szybszy niż jego konkurenci - w najstarszym maratonie na świecie w Bostonie zwyciężył z niewiarygodną, 20-minutową przewagą. Jest odważny, nie ma „polskich” kompleksów, niczym się nie przejmuje. Nie ma marzeń. Ma tylko plany.

Arek Skrzypiński - wojownik na handbike'u Arkadiusz Skrzypiński podczas treningu na swoim handbike'u (fot. Jacek Heliasz)

Arek Skrzypiński, choć urodził się niepełnosprawny, nigdy nim tak naprawdę nie był. Nie może chodzić swobodnie, porusza się o kulach, ale od dzieciństwa nie stanowiło to dla niego problemu. Wychowywał się w szczecińskiej kamienicy na Śródmieściu, gdzie intensywnie uczestniczył w rozgrywkach ligi podwórkowej, grając w kapsle, rzucając piłką, a czasem tłukąc szyby sąsiadom.

W domu rodzice namiętnie oglądali transmisje wszystkich olimpiad i mistrzostw świata w futbolu, więc jego zainteresowania szybko się ukształtowały. Wkrótce trafił do lokalnego radia. Pewnego dnia polecono mu, aby przygotował materiał poświęcony zawodnikom trenującym w klubie sportowym inwalidów Start Szczecin.

„Właściwie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że w Szczecinie są inni inwalidzi, że uprawiają sport, dobrze się bawią, normalnie żyją” – wspomina.

Postanowił przejść na drugą stronę – wkrótce to z nim redaktorzy z Polski i świata mieli przeprowadzać wywiady.

Wojownik budzi się ze snu

Najpierw chwycił za pistolet i siedząc w ciemnej hali, mierzył do tarczy. Ale typowa dla strzelania statyka zdecydowanie nie odpowiadała jego temperamentowi. Kiedy natknął się podczas Dni Morza na rozgrywany w pięknej scenerii Wałów Chrobrego Półmaraton Gryfa, gdzie tysiące ludzi obserwowało zmagania chłopaków na wózkach ze Startu, wiedział, że i on musi spróbować.

Początki były trudne, ale dla Arka każda przeszkoda stanowi rodzaj wyzwania. Od jednego z zawodników dostał stary wózek, chałupniczej produkcji, który przypominał... taczkę. Pomalował wehikuł i rozpoczął treningi.

Wkrótce poczuł, że jego potrzeby przekraczają możliwości klubu. Chciał się rozwijać, a do tego potrzebny był mu sprzęt skrojony na miarę. Nie czekał na pomoc, zaczął szukać sponsorów. 10 lat przejeździł na wózkach sportowych, jednak nie wystarczało mu ściganie się z polską czołówką – chciał być najlepszy.

REKLAMA

REKLAMA

Arek Skrzypiński - wojownik na handbike'u Arkadiusz Skrzypiński w 2006 roku zdobył Puchar Świata, był trzeci na mistrzostwach Europy i szósty na mistrzostwach świata (fot. Jacek Heliasz)

300% normy

Skrzypiński to stachanowiec. Spełnia się nie tylko jako sportowiec, ale również w życiu prywatnym i zawodowym. Arek wie też, co znaczy dobra zabawa – kiedy w jego rodzinnych stronach puby zaczęły wypierać piwiarnie, razem z kolegami skwapliwie testowali jakość serwowanego tam trunku. Znajomi wyciągnęli go nawet na dyskotekę, a dziewczyny – jak mówi – „wzięły w obroty”. Na co dzień pracuje na Politechnice Szczecińskiej. Kiedy podczas naboru dostał pytanie od ówczesnego szefa instytutu: „Jakie zajęcie go interesuje”, bez namysłu odparł, że najtrudniejsze. Kolejny raz na wariata, tak jak i w sporcie.

„Zawsze wybieram ten trudniejszy wariant, ponieważ wychodzę z założenia, że będzie lepszy i że się nie mylę”, – tłumaczy. W pracowni poligraficznej na wydziale informatyki zajmuje się stronami internetowymi i składem tekstu. Swojego trzyipółletniego synka Jędrzeja zabiera czasem na zawody. Nasz najbardziej utalentowany handbiker wie już, że jego potomek odziedziczył po nim siłę, ale nie ma zamiaru narzucać mu stylu życia. „Cieszyłbym się, gdyby nie uprawiał łyżwiarstwa figurowego czy innych tańców na lodzie. Ale jak będzie chciał zostać muzykiem lub pisarzem, będę go w tym dopingował” – wyznaje. Wyrabia 300% życiowej normy, ale jak każdy człowiek miewa załamania.

Zobacz także: Tomasz Hamerlak: jazda na wózku daje siłę

Tak było, gdy poczuł, że więcej nie jest w stanie osiągnąć jako zawodnik startujący na wózkach sportowych. Ponadto, przez swój wojowniczy charakter drażnił ludzi ze środowiska i w konsekwencji wypadł z kadry. Działalność szczecinianina spędzała też sen z powiek zwolennikom predestynacji. W takich sytuacjach nieszczęścia chodzą parami, pojawiły się więc także problemy zdrowotne. „Nabawiłem się kamicy nerkowej. Trzeba było mnie kroić kilka razy, niewesoło było. Zabrakło wówczas zapału do treningów. Czułem, że doszedłem do granicy i nie będę się już dalej rozwijać. Musiałem skupić się na pracy, bo jeśli sport nie wystarcza, to albo trzeba dać sobie spokój, albo zacząć się tym bawić. Ja zacząłem właśnie bawić się sportem”.

REKLAMA

Arek Skrzypiński - wojownik na handbike'u Handbike to dla Arka Skrzypińskiego za mało - jego wyczynowe portfolio uzupełniają srebrny medal w wyciskaniu sztangi na mistrzostwach Polski oraz brąz w sledge'u (fot. Jacek Heliasz)

Postanowił spróbować nurkowania, grał też w siatkówkę na siedząco. Jego wyczynowe portfolio uzupełniają: srebrny medal w wyciskaniu sztangi na mistrzostwach Polski oraz brąz w sledge'u (narciarstwo biegowe dla niepełnosprawnych). Oba zdobyte w tzw. wolnej chwili, w trakcie przygotowań do sezonu wózkarskiego.

Cały świat w zasięgu ręki

Ale te dodatkowe wyzwania to jedynie niewinne flirty w porównaniu z dozgonną miłością (patrząc na wyniki, chyba wzajemną) do handcycles. Na rower Arek przesiadł się w 2005 r. Sprowokowała go niezdrowa rywalizacja, jakiej był świadkiem na trasie. „Prekursorzy handbike'ów w Polsce startowali w tych samych imprezach co wózkarze i chwalili się, że wygrywają. To tak, jakby porównywać biegacza i rolkarza. Żeby ukrócić tę dyskusję, trzeba było się przesiąść”. Skrzypiński dziś walczy o najwyższe pozycje, ścigając się na całym globie.

„Prawie zawsze jestem jedynym Polakiem, który startuje, bo reszta nie potrafi sobie załatwić innych pieniędzy niż te, które daje im klub” – zaznacza z dumą. Na pytanie o rolę sportu w jego życiu odpowiada: „Dzięki niemu nie jestem szarym człowiekiem. Zobaczyłem kawał świata. Nie ma w tej chwili kontynentu, poza Antarktydą, gdzie nie miałbym znajomych. Nie muszę nawet szukać hoteli – przyjaciele są prawie wszędzie”.

Liczy się tylko zwycięstwo

W Polsce rzadko się zdarza spotkać sportowca o psychice prawdziwego fightera. Arek nie cierpi przegrywać. Dla niego nawet 2. miejsce jest niepowodzeniem. „Nasze piękne polskie porażki... – wzdycha. – Polacy rozgrywają rewelacyjny mecz i przegrywają w ostatnich minutach, bo już nie mają siły. Nie potrafię tego zrozumieć. Wychodzę z założenia, że jadę po to, żeby wygrać”. Silna motywacja doprowadziła go do zwycięstwa w Bostonie, w najstarszym maratonie na świecie. W zeszłym roku, po zajęciu drugiej lokaty, przyrzekł sobie, że wróci i pokona wszystkich.

REKLAMA

REKLAMA

Arek Skrzypiński - wojownik na handbike'u Arek jest silny jak byk - tak o Skrzypińskim mówią jednym głosem wszyscy znajomi (fot. Jacek Heliasz)

Zaatakował od startu, narzucił mordercze tempo i nie dał sobie odebrać pozycji lidera, przyjeżdżając na metę z 20-minutową przewagą. Bostońska trasa jest idealna dla polskiego handbikera, który lubi się zmęczyć – trudna, pełna pagórków, wyczerpująca. Tym razem nie popełnił błędu, który w 2007 roku uniemożliwił mu zwycięstwo. Wtedy, jak przyznaje z rozbrajającą szczerością, przegrał przez własną głupotę, stosując psychologiczną zagrywkę Lance'a Armstronga – udawał wyczerpanego i wpuścił przed siebie konkurenta, by dać mu się zmęczyć.

„Z tyłu na rowerze jedzie się lepiej. Pomyślałem sobie: ja łapię cały wiatr, a on sobie lekko jedzie i odpoczywa. Więc niech jedzie, zmęczy się, później go dogonię i wygram... Ale nie dogoniłem, zmęczyłem się i przegrałem” – wspomina z goryczą. Boston to niejedyny jego amerykański sukces. W Nowym Jorku przed rokiem znalazł się w pierwszej trójce. Bardzo podoba mu się rodzaj kibicowania, charakterystyczny dla mieszkańców USA. Tam ludzie po prostu krzyczą. „W Nowym Jorku przez ten szalony doping miałem nawet kłopot, żeby się skupić na jeździe, żeby nie zająć się pozdrawianiem ludzi na trasie” – wspomina. Przyznaje jednak, że najtrudniejsze boje stoczył na Starym Kontynencie.

Przeczytaj również: Wheelmageddon: ekstremalny trail na wózkach

W Berlinie osiągnął rekord Polski – 1:11.06 – co dało mu „tylko” 3. miejsce. Wysoko ceni sobie również zwycięstwo w Londynie, pod pałacem Buckingham. Po świetnym wyścigu wygrał z najlepszymi zawodnikami, a godzinę później w tym samym miejscu podczas Tour of Britain finiszował Tom Boonen – gwiazda kolarstwa. Arek nie zapomni także mistrzostw świata w 2006 roku, kiedy to ukończył wyścig na 6. pozycji. Jechał w fatalnych warunkach, w deszczu, i wypijał więcej wody niż łykał powietrza.

Jazda za ocean

Skrzypiński planuje kolejne starty za oceanem – chce walczyć o zwycięstwo w Waszyngtonie i pierwszą „trójkę” w Nowym Jorku. Jego życiowa postawa i wyniki zainspirowały Amerykanów. Został zaproszony przez organizację Achilles Track Club, zajmującą się propagowaniem aktywności wśród niepełnosprawnych, na spotkania z weteranami wojny w Iraku. Ma ich motywować do uprawiania sportu i mówić, czemu nie można się poddawać. W rodzinnym mieście, gdzie współtworzy grupę handbike'ową Achillesa, propaguje te same idee. Uważa, że każdy może być mistrzem.

REKLAMA

„Często ktoś mówi, że mnie podziwia, a ja nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu trzeba chcieć. Ja uprawiałem sport, zanim zacząłem robić porządne wyniki. Po drodze już myślałem, że to wszystko rzucę, ale się udało. Chcę pokazywać innym, że można odnieść sukces. Nigdy nie spocząłem na laurach, zawsze jestem głodny świata, sukcesów, wyników. Kiedy osiągam pewien pułap, patrzę dalej”. To Achilles, który urodził się bez pięty. Dlatego już myśli o startach w Berlinie i nowym rekordzie Polski.

Arkadiusz Skrzypiński

Ma 33 lata. Silny jak byk – tak zwykli mawiać o nim znajomi. Do sportu trafił późno, bo w wieku 18 lat. Przez 20 lat nie miał kontaktu z osobami z dysfunkcją ruchu, bo wciąż przebywał w towarzystwie pełnosprawnych. W Polsce na handbike'u nie ma sobie równych, wygrywa każdą imprezę. Należy również do światowej czołówki – w 2006 roku zdobył Puchar Świata, był 3. na mistrzostwach Europy i 6. na mistrzostwach świata.

W tym roku wygrał jedną z najbardziej prestiżowych imprez na świecie – maraton w Bostonie. Startuje też w cyklu EHC – European Hanbike Circuit, gdzie jest wysoko notowany w najzdrowszej grupie, łącznie z pełnosprawnymi zawodnikami. Trenuje na krytym torze kolarskim im. Zbysława Zająca w Szczecinie. Jeździ też na asfalt za miasto. Podczas jazdy bazuje na sile, pracując na niskiej kadencji. W zeszłym roku skończył z dżentelmeńską jazdą. Nie daje się już wypychać z toru. Teraz już wszyscy wiedzą, że Skrzypiński jeździ zdecydowanie, więc jak wchodzi w zakręt, lepiej nie podjeżdżać do niego zbyt blisko.

Nadzór nad jego ćwiczeniami sprawuje doktor Krzysztof Krupecki, fachowiec od sportów wytrzymałościowych, dzięki któremu Arek angażuje się również w wioślarstwo (jest rezerwowym w kadrze wioślarskiej osób niepełnosprawnych). Jeszcze kilka lat temu na treningach jeździł na maksa, po 2 godziny. Uważał, że jeśli z siłowni jest w stanie wyjść o własnych siłach, to nie był to dobry trening. Teraz trenuje lżej i dba o odpowiednią regenerację sił. Sporą część zimy spędza na wyspie wioślarskiej AZS, gdzie ćwiczy w towarzystwie wioślarskich mistrzów świata: Marka Kolbowicza i Konrada Wasilewskiego.

RW 03/2008

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij