Aureliusz "Ironman" Kosendiak: Mistrz silnej woli

„Incredible!”, „You are crazy!” – ciszę austriackich Alp co rusz rozdzierają krzyki niedowierzania. Kto niepotrzebnie straszy świstaki? Ironmeni mijający pewnego Polaka, który już sześćdziesiąty kilometr górskiego wyścigu jedzie na flaku, żeby zaraz przebiec jeszcze czterdzieści. 

Aureliusz Kosendiak: Mistrz silnej woli Jacek Heliasz
fot. Jacek Heliasz

Okopali go prawie do nieprzytomności i dziękował Bogu za każdy oddech. Jak jakaś sardynka wśród waleni. Ale Leluś wie, jak walczyć, startując z przegranej pozycji. Nie zraża się nawet tym, że na Ironmanie jest radosną guzdrałą i przebiera się 4 minuty dłużej niż zawodowcy. Nauczyło go tego dzieciństwo.

„On był zawsze mniejszy, zawsze czegoś mu brakowało, żeby brylować w jakiejś dyscyplinie, nigdy nie miał jakiegoś szczególnego talentu sportowego – wspomina jego wujek Jan Kosendiak, trener lekkiej atletyki. – Ale ma za to niebywałe serce do walki i do wszystkiego dochodził tytaniczną pracą. To jest człowiek idealny do tego, by inspirować innych, by pokazywać, że wszystko jest możliwe”.

Tak, tak. Lelek biega głową, ale walczy sercem. O siebie i o każdego, kto choć trochę chce. Dlatego też Aureliusz to trener idealny. Kiedy prowadził sekcję lekkiej atletyki na Uniwersytecie Medycznym, to mimo że starsi kazali zrobić selekcję, Aureliusz brał wszystkich. Stawiał tylko jeden warunek: musisz chcieć. No i zamiast dwóch treningów w tygodniu robił pięć – bez wynagrodzenia, z pasji. A potem jeszcze walczył o stypendia dla medalistów.

„Przyszłam na zajęcia bez wielkiego entuzjazmu, bo zraziłam się do wielu trenerów – wspomina Małgorzata Pieśkiewicz. – Ale u Aureliusza było inaczej, z energią, na luzie, z uśmiechem. Tylko dzięki niemu zdobyliśmy drużynowe mistrzostwo Polski w biegach przełajowych. To on zmotywował nas do biegania maratonów. Dzięki niemu biegam królewski dystans do dziś” – wspomina.

Wariat od małego

Lelek wie, że każdemu trzeba dać szansę, bo sam zawsze walczył o swoje miejsce. Na świat wyszedł pierwszy, wyprzedził brata bliźniaka o pięć minut. Braci ma w sumie dwóch, dlatego czasem wstawał o piątej rano, żeby się w tajemnicy przed nimi najeździć na jedynej w domu deskorolce.

W pierwszej klasie haratał w gałę z czwartoklasistami i pierwszy spośród rówieśników przerzucił szkołę piłką tenisową. Nigdy nie przeszedł też rodzicielskiego testu na owsiki – nie potrafił usiedzieć w miejscu więcej niż 5 minut. Cały czas latał. „A ja drżałam o te jego chude nóżki – wspomina z uśmiechem mama Elżbieta. – Był taki drobniutki, maleńki, a rwał się do wszystkiego. No i jadł tak, jakby chciał te wszystkie kilogramy zaraz nadrobić. Wszędzie znajdowałam poukrywane kromki i nie można go było posyłać do sklepu po chleb, bo objadał skórę i przynosił sam środek” – śmieje się.

Ale Lelek nie był i nie jest święty. Rzucał nie tylko piłeczką, ale walił też kamieniami. Zarzeka się, że nigdy w nic szklanego nie trafił, ale mama pamięta to troszkę inaczej. Rozrabiali, jak trzeba. Drzewa, ogródki, altanki, ogniska w zlewie – na wszystko się załapał. Irena Trzęsicka, liderka grupy Kobiety na Medal, ma teorię, że Lelek musiał mieć też magiczną kąpiel w kotle z endorfinami. Jak komiksowy Obelix. „To jest człowiek dynamit. Kiedy zapraszamy go do siebie na trening czy wykład, to wszystkich porusza do żywego” – opowiada sportsmenka.

Tak jest, Lelek potwierdza, że jeździ ćwiczyć z dziewczynami. Dlaczego? Między innymi, że i tak musi zrobić trening. Bo to „I tak miałem trening do zrobienia” – powtarza na każdym kroku. On nawet jak jest w roztrenowaniu, to ciągle trenuje. Ale wszystko według zasady „słuchaj swego ciała”.

Dlatego czasem jedzie setkę na rowerze, a potem biegnie jeszcze dwadzieścia. Innym razem idzie na imprezę biegową i zalicza wszystkie dystanse: od młodzieżowej trójki, przez charytatywną dziesiątkę i jeszcze maraton na dokładkę. A czasem po prostu wraca do domu po dwóch kilometrach. Wyspać się i najeść. Bo kocha jedno i drugie, niespecjalnie się w tych dwóch sprawach ograniczając. Najważniejsza jest frajda, radość z ruchu.

„Co więcej, organizm co jakiś czas podpowiada mu, że trzeba się napić piwa ze znajomymi – zdradza przyjaciel Łukasz Kulczewski. – Oczywiście z umiarem, ale i z fantazją. Po Klagenfurcie walił szampana z pucharu większego niż jego głowa” – śmieje się kolega. W internecie jest też film, jak Aureliusz na czeskim Ironmanie bierze na trasie kufel od kibica i pociąga łyk dla wzmocnienia. Zza kamery pada tylko przeciągłe i pełne wyrzutu: „Leeeluuuś, piwko...?!”.

Są chwile na poważnie

Ale dowcipkowanie Lelka jak nożem ucina jeden temat. Kiedy czas na wykład o przekraczaniu barier, Leluś zamienia się w doktora Aureliusza Kosendiaka. Staje przed studentami albo, jeszcze lepiej, przed dwoma setkami jedenastolatków i pyta, kto nie może biegać maratonów. No i maluchy lecą: „starcy!” – Aureliusz wyświetla slajd z ponadstuletnim maratończykiem z Indii.

Maluchy atakują dalej: „grubasy” – doktor pokazuje zawodnika sumo, który w Kalifornii pokonał królewski dystans w 9 godzin. Dzieciaki bliskie kapitulacji desperacko rzucają: „niepełnosprawni” – a tutaj bohaterów są już setki. Tyle też godzin Lelek potrafi mówić o przełamywaniu barier.

I to z pasją taką, że czasem po wykładzie przychodzi jakaś mama z płaczem podziękować, że uzmysłowił niewidomej córce to, co ona próbuje od dawna. Aureliusz Kosendiak działa też na kobiety. Małgorzata Babicka, dziewczyna, którą poznał na siłowni i którą zachęcił do biegania, przyznaje, że jest nim zafascynowana.

„To mój personalny trener. I to taki na najtrudniejsze momenty” – mówi całkiem poważnie. Mimo tego Lelek dziewczyny nie ma. Dlaczego? Jest hipoteza, że zamiast się z nimi umawiać, to on je gania. A to na maratonie, a to na treningu, znajdzie jakaś „dobrą blondynkę” i już wyścig gotowy. Bo Lelek w trakcie treningu musi grać w jakąś grę. A to uprze się, żeby tempo trzymać na 3:30 i ani sekundy mniej, a to tętno podciągnie do pełnej liczby, a to finiszem dociągnie spalone kalorie do tysiąca – jak w Dniu świra.

Ale potrafi i odpuścić. Gdy na niego w przełajowym biegu w Krynicy sarna zaszarżowała i uskakując zwichnął sobie nogę, to już tylko 15 km zrobił i zszedł z trasy, żeby mu gips założyli. Ciężko było, bo ambicje ma duże. Na studiach stypendium ministerialne dostawał, a teraz przyznali mu nawet grant badawczy. Lelek to zresztą pracowity gość. Jak trzeba 400 ankiet wklepać do komputera, to dla niego jedna noc. A jak w następną trzeba na Facebooku doradzać początkującym, to też w porządku.

On też kiedyś zaczynał od zera i byli tacy, co mu pomogli. Aureliusz ma też pod opieką zawodowca – Maćka Grembskiego, który w triathlonie olimpijskim jest 4. w Polsce. „To nie tylko dobry trener, to też najgłośniejszy trener” – śmieje się Maciek.

I to właśnie dlatego Aureliusz Kosendiak trafił na okładkę RW. Dlatego, że jego nowy sąsiad wsiadł przez Lelka na rower, choć trzy lata na siodełku nie siedział. Dlatego, że chłop łamie stereotyp naukowca gryzipiórka i dlatego, że w Lelku może przejrzeć się każdy, komu brakuje odwagi, by coś dobrego ze sobą zrobić.

A jeśli są jeszcze nieprzekonani, to niech podjadą do Aureliusza na prywatne konsultacje. Gwarantujemy, że nikt z nich tak po prostu nie wychodzi, bo od niego się tylko wybiega. Nie po to, żeby przed czymś uciekać, ale po to, by gonić. Gonić samego siebie w biegu, w którym nikt, ale to nikt nie przegrywa.

Przykłady wyczynów Lelka:

Ironman w austriackim Klagnefurcie -  11:37  

W czerwcu 2013 roku Aureliusz ukończył oficjalne zawody ironman w austriackim Klagenfurcie. Cztery metry przed metą zatrzymał się, zdjął czapeczkę i podziękował kibicom za doping. Usłyszał: „You are an ironman”.

Maraton Warszawski - 2:57

W kwietniu 2013 roku Aureliusz przebiegł Maraton Warszawski. O piętnaście minut poprawił swój życiowy czas. Zajął 122. miejsce na 4000 startujących, mimo że biegł tuż po chorobie.

Półmaraton Jeleniogórski - 1:16  

W maju 2013 roku Aureliusz poprawił swój rekord w półmaratonie. Na zawodach w Jeleniej Górze zajął 14. miejsce, mimo że przyjechał na nie 120 kilometrów rowerem.

RW 10/2013

1 2
STRONA 2 z 2
Zobacz również:
Bieżnia mechaniczna wciąż nie zyskała należytego jej szacunku, tymczasem jest to narzędzie treningowe, któremu pomoże każdemu biegaczowi realizować jego cele. Zobacz, jak możesz ją wykorzystać do spalania zbędnego tłuszczu, pracy nad szybszym tempem biegu oraz zwiększania wytrzymałości i mocy swoich mięśni.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA