[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.2

Barbara Szlachetka: Bieganie to życie [wideo]

„Biegam maratony dla siebie i dla mamy. Ona patrzy z góry. Nie mogę jej zawieść, bo zagrzmiałaby na mnie. Ona ciągle pomaga mi w życiu, wspiera mnie i mobilizuje” – mówi Katarzyna Szlachetka. Z córką i przyjaciółmi wspominamy niesamowitą ultramaratonkę.

Barbara Szlachetka

Katarzyna Szlachetka skończyła studia i na stałe mieszka w Berlinie. Filigranowa blondynka urzeka wszystkich uśmiechem, otwartością, pogodą ducha, wewnętrzną energią oraz skromnością. Czyli dokładnie tym samym, czym kiedyś jej mama zdobywała rzesze przyjaciół na trasach maratońskich na całym świecie.

Od 10 lat kilkuset z nich przyjeżdża do Jelcza-Laskowic specjalnie dla Basi, by uczcić pamięć wyjątkowej osoby i wziąć udział w biegu jej imienia. Dzieciństwo Basi nie było usłane różami. Ponieważ rodziców szybko zabrakło, wychowywała ją babcia i dwóch niewiele starszych braci. Razem mieszkali w rozwalającej się chałupie, gdzie mieli do dyspozycji jeden pokój. Mimo że babcia bardzo się starała, często nie starczało na podstawowe potrzeby.

Dodatkowo Basia była bardzo chora. „Jako małe dziecko miałam bezwład nóżek i uważano, że będę jeździła na wózku inwalidzkim – wspominała później Barbara Szlachetka. – Dlatego babcia kąpała mnie w wywarze z... mrówek! Długotrwałe zabiegi odniosły skutek i odzyskałam władzę w nogach. Dzięki niej chodzę i biegam” – przyznawała. Mimo tego zdarzenia los ciągle nie był dla niej łaskawy. W dniu, kiedy szła do pierwszej komunii… zmarła jej babcia, a w kolejnych latach bieda jeszcze nieraz zajrzała jej w oczy.

Do szkoły podstawowej chodziła codziennie 3 kilometry, bo nie miała pieniędzy na autobus. „To przydaje się i teraz: pogoda nie gra dla mnie roli!” – żartowała po latach, gdy już przebiegła m.in. pustynię Sahara. Przez takie piesze wycieczki często jednak chorowała. Ponadto w siódmej klasie zaczęła dla zabawy przepływać przez Odrę i raz mało się nie utopiła! „Mimo wirów nie poddawałam się. To było niebezpieczne, ale ja zawsze musiałam zrealizować swoje plany” – tak oceniała po latach swoje młodzieńcze wyczyny.

Pizza zamiast igrzysk

Twarde życie szybko nauczyło Szlachetkę pokonywać wszelkie trudności. Mimo problemów finansowych, skończyła technikum elektroniczne w Czernicy. Chciała iść na wrocławską Akademię Wychowania Fizycznego. Testy biegowe poszły jej nieźle, ale, niestety, spóźniła się na egzamin z pływania. Do tego lekarze wykryli u niej rzekomą wadę serca. „To zadecydowało, że nie dostałam się na studia. Już wtedy mogłabym zacząć sportową przygodę” – uważała Barbara Szlachetka.

Szkoda, że tak się nie stało. Niesamowite wyniki, jakie osiągała, mając ponad 40 lat, pozwalają przypuszczać, że gdyby trafiła do zawodowego biegania wcześniej, miałaby szansę stać się jedną z najlepszych maratonek w historii. Może reprezentowałaby nasz kraj na olimpiadzie i znałby ją każdy Polak – jak Irenę Szewińską, Justynę Kowalczyk czy Otylię Jędrzejczak... „Myślę, że gdyby mama zaczęła biegać w moim wieku, byłaby wielką zawodniczką. Ale za późno odkryła w sobie ten niesamowity talent. Układała sobie życie, ciężko pracowała i nie miała czasu na hobby” – ocenia Katarzyna Szlachetka. Przez większość życia Barbara faktycznie miała inne rzeczy na głowie niż bieganie.

Pracowała jako monter we wrocławskim ZURiT-cie, a następnie w Wojskowych Zakładach Łączności w Czernicy. Tu poznała swojego męża Andrzeja (był jej brygadzistą), wkrótce urodziły im się dzieci: Kasia i Krzyś. Niestety, Basia nie mogła stale być z nimi. Jak wielu Polaków jeździła za chlebem „na saksy” do Niemiec. Pracowała w kuchni, zmywała naczynia, sprzedawała pizzę i lody. Mieszkając w zatłoczonych, wynajmowanych mieszkaniach, tęskniła za rodziną. I tak między Polską a Niemcami mijały jej kolejne lata.

REKLAMA

REKLAMA

Barbara Szlachetka

Po maratonie – dyskoteka

Przełom przyszedł, gdy w Hamburgu zatrudniła się jako gosposia w domu państwa Hottasów. Dr. Christian Hottas był już słynnym niemieckim biegaczem. Basia miała wówczas 41 lat. „To od niego po raz pierwszy usłyszałam słowo »maraton« – wspominała Barbara Szlachetka. – Po jakimś czasie zaprzyjaźniliśmy się z Christianem. Kiedyś puścił mi z kasety relację z maratonu, a za miesiąc »poczęstował« ultramaratonem w Davos.

Spodobało mi się. Christian to zauważył i zaproponował, żebym... pobiegła z nim dookoła osiedla. Runda liczyła ponad 2 km. Pokonałam jedną, potem kolejną i nie dostałam zadyszki. To zaskoczyło Christiana, bo sam był niemal mokry. Zaproponował, żebym niedługo pobiegła w półmaratonie. Poleciałam na 20 km i nawet się nie zmęczyłam” – opowiadała Basia. Kilkadziesiąt dni później wystartowała w pierwszym maratonie w Dorsten-Lembeck.

Pobiegła bez żadnego przygotowania. Tymczasem ukończyła trasę, nie mając zakwasów i nie czując nawet zmęczenia. Aby uczcić sukces, wieczorem wybrała się na… dyskotekę. W kolejnych latach robiła tak wielokrotnie. „Christian siedział z ciężkimi nogami, a ja tańczyłam całą noc – śmiała się Basia. – Za miesiąc pobiegłam już na 50 km po górach. Na trasie przez 7 godzin śpiewałam sobie polskie piosenki. Spodobały mi się te wyjazdy i atmosfera zawodów. Po tygodniu zaliczyłam bieg na 72 km, a następnego dnia... kolejny maraton. I tak to się zaczęło” – wspominała.

Forrest Gump w spódnicy

Barbara Szlachetka jak Forrest Gump – pewnego dnia wybiegła z domu i tak już biegała, biegała, biegała… „Każdy start był urzekający – zachwycała się Basia. – Odpowiadała mi taka forma spędzania wolnego czasu. Biegacze byli wspaniali, łatwo się z nimi nawiązywało kontakt, znajdowaliśmy tyle wspólnych tematów do dyskusji. Czas mijał przyjemnie i szybko. Nie mogłam się doczekać kolejnych wyjazdów” – wyjaśniała.

Szlachetka nigdy nie trenowała. Jeśli tylko pozwalały jej na to obowiązki (a ciągle pracowała bardzo ciężko) i czas, potrafiła wystartować w kilku biegach na dystansie 42 195 km… w jednym tygodniu! To była dla niej najlepsza forma odpoczynku. „W przypadku Basi trafiło na dobrze uwarunkowany genetycznie organizm, który jest w stanie znieść takie objętości – tłumaczy Dariusz Sidor, triathlonista, trener lekkiej atletyki i przyjaciel Szlachetki z tras maratońskich. – Nie każdy to wytrzyma. Baśka bardzo szybko wskoczyła na poziom 42 kilometrów i po prostu sobie biegała”.

Christian w tamtym czasie był w czołówce niemieckiej, jeśli chodzi o ilość ukończonych maratonów. Dochodził do niewyobrażalnej dla zwykłego śmiertelnika liczby – blisko tysiąca startów. Stąd jego parcie, by ktoś razem z nim biegał. Trafiło na Basię. „Dobrze się w tym odnalazła. A dzięki wrodzonym predyspozycjom jej organizm bardzo szybko zaakceptował taki wysiłek jako normalny stan zmęczenia. Idea była prosta: jeden maraton za drugim, swoim tempem, na ukończenie. Jeśli chodzi o sportowy wyczyn i wynik w maratonie, to biegała słabo. Jeśli chodzi o sportowy wyczyn i ilość maratonów – niesamowicie!” – podsumowuje Sidor.

REKLAMA

Barbara Szlachetka

Fruwająca Barbara

I tak liczba biegów Barbary Szlachetki stale rosła. Nic dziwnego, że wkrótce trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa – za przebiegnięcie 52 maratonów w pierwszym roku startów oraz za 100 maratonów zaliczonych w 101 tygodni (od 15 listopada 1997 do 24 października 1999 roku). Stopniowo rosła też jej popularność. Zaczęły się pierwsze wywiady, zaproszenia na oficjalne bankiety.

W Niemczech nakręcono o niej film, występowała w licznych programach telewizyjnych, a tamtejsze gazety pisały o niej „flotte Barbara” (fruwająca Barbara). Dla tej skromnej kobiety było to nowe i zaskakujące doświadczenie. Czuła się doceniona i było jej z tym doskonale.

„Moje sukcesy stawały się coraz głośniejsze i były powodem do dumy całej rodziny – cieszyła się Basia. – W domu przybywało pucharów i dyplomów. W ultramaratonach nie ma nagród pieniężnych, ale sława była bezcenna! Zapraszały mnie różne instytucje – m.in. polski konsulat w Hamburgu. Schlebiało mi to bardzo” – przyznała. Nagły sukces nie przewrócił jej oczywiście w głowie. Nadal robiła swoje. Czyli biegała z uśmiechem od ucha do ucha.

Po niej choćby potop

Starty w kolejnych maratonach były dla Basi przede wszystkim przyjemnością. Z czasem zaczęła jednak szukać kolejnych wyzwań, wyznaczać przed sobą cele sportowe i występować w imprezach mistrzowskich. Kiedy okazało się, że jest stworzona do ultramaratonów i wysiłku ponad ludzkie siły, zaczęła się prawdziwa rywalizacja. Szlachetka miała niesamowitą wytrzymałość, ale nie to było najważniejsze. Swoich rezultatów w ultramaratonach nie osiągnęłaby bez charakteru ze stali. Charakteru, który wykuwał się przez całe ciężkie życie.

„To było widać, kiedy biegła po rekord w biegu 48-godzinnym – zauważa Dariusz Sidor. – Ktoś inny, przeżywając kryzysy, dawno by się wycofał, ale nie Baśka. Ona biegła z nastawieniem: »Po nas choćby potop«. Jakby mówiła: »Nawet jeśli utną mi nogę po biegu, to i tak dotrę do mety za wszelką cenę«. W biegach 48- czy 72-godz. najtrudniejsze jest znużenie i niechęć do biegu. Trzeba mieć niesamowity charakter, by dotrwać do końca” – przyznaje wrocławski maratończyk.

„Basia nigdy się nie poddawała – mówi gwiazda węgierskich biegów, ultramaratonka i przyjaciółka Szlachetki Edit Berces. – Była urodzoną optymistką. Wszyscy ją za to kochali. Do tego urodziła się 17 maja, czyli dzień po mnie. Wiem z doświadczenia, jak nieugięci, uparci, zaangażowani i wytrwali potrafią być ludzie urodzeni w tym okresie. Do biegania napędzał Basię naturalny talent, wręcz instynkt. W węgierskich gazetach były o niej teksty zatytułowane »Bieganie jest moim życiem« i »Nigdy się nie poddaję«. Te dwa tytuły opisują ją najlepiej” – twierdzi Edit Berces.

Była warta 60 wielbłądów

Przyjrzyjmy się zatem choć kilku najbardziej spektakularnym osiągnięciom, jakie miała w swoim dorobku Barbara Szlachetka. Wyjątkowy był na pewno jej 48-godzinny bieg uliczny, który odbył się w Kolonii w 2003 roku. Basia stoczyła w nim pasjonującą walkę o zwycięstwo z Heike Pawzik.

„Niemka prowadziła przez większą część biegu, ale w końcu nie wytrzymała i przerwała wyścig na 2 godziny, aby się zdrzemnąć – relacjonuje Lech Kledzik, maratończyk i przyjaciel Basi. – Szlachetka, która zrobiła tylko jedną, 14-minutową przerwę na masaż, nie oddała już prowadzenia. W dwa dni przebiegła 348 km i 915 metrów! Poprawiła tym samym swój rekord Polski, ustanowiła rekord Europy i uzyskała drugi czas na świecie” – wylicza Kledzik.

REKLAMA

REKLAMA

Barbara Szlachetka

Do niej należał też rekord świata w biegu 48-godzinnym na bieżni. Ustanawiając go, przebiegła 304 km. Miała na koncie kilkanaście rekordów Polski w różnych odmianach ultramaratonów. Wielkim wyczynem Basi było dotrwanie do finału 72-godzinnego ultramaratonu w holenderskim Deventer. Wtedy przebiegła jednorazowo najwięcej w swoim życiu – 404 576 m, czyli jak z jej Jelcza-Laskowic do Gdańska.

„Pamiętam, że nawet dla mamy to był bardzo ciężki maraton. 3 dni i 3 noce walczyła o 3. miejsce, ale dopięła swego – wspomina Katarzyna. – Mama była nie do zdarcia. Raz zrobiła dwa maratony jednego dnia. Rano wystartowała przy wschodzie słońca, a drugi ukończyła, gdy już zachodziło. Kiedy biegła, asfalt się pod nią topił” – żartuje.

Roztopić można się było także podczas maratonu na Saharze w południowej Algierii, gdzie w słońcu termometry wskazywały, bagatela, 55ºC! Druga połowa biegu prowadziła przez ogromne wydmy. Wynik – 4.16:22 – dał jej drugie miejsce wśród kobiet.

„Wypiła podczas biegu 16 litrów wody – wspomina Lech Kledzik. – Przysięgała, że nigdy nie powróci do Afryki. Może dlatego, iż jako blondynka zrobiła furorę wśród Arabów, którzy wyceniali jej wartość na 60 wielbłądów. Wkrótce potem wystartowała jednak w biegu na 100 km pod piramidami. Z 38 startujących zaledwie 11 śmiałków dotarło do mety. Barbara była w tej stawce czwarta i jedyną kobietą. Trasę pokonała w 11 godzin i minutę. Co jednak najbardziej niezwykłe, już dwa dni później pobiegła maraton w Atenach” – nie kryje podziwu Kledzik.

Nadciągają czarne chmury

Barbara Szlachetka lubiła ekstremalne wyzwania. Biegała w kopalniach, tunelach, po szosach, bieżniach, piaskach i w górach. Jednak jej najtrudniejszy bieg w życiu zaczął się 11 lipca 2004 roku. Wtedy dowiedziała się, że ma raka jelita grubego…

„Mama poczuła się źle już w marcu. Myślała, że to kręgosłup i że to tylko chwilowe. Niestety, to nadciągały czarne chmury” – wspomina Katarzyna Szlachetka.

„Guz na jelicie miał średnicę ok. 6,5 cm, czyli był tak duży, że mógł mnie szybko zabić – mówiła po pierwszej operacji Basia. – Bez jego szybkiego usunięcia nie miałam szans na choćby tydzień życia. Stąd zaplanowano wycięcie go w pierwszej kolejności, bym mogła dalej być leczona innymi metodami. Dowiedziałam się, że jest to rak bardzo złośliwy, czwarte stadium, nikłe szanse na wyleczenie. Niestety, stwierdzono też przerzuty na węzły chłonne i wątrobę” – wyliczała Szlachetka.

Lekarze zdiagnozowali, że nowotwór był w organizmie Basi dłużej niż biegała maratony. Gdyby nie uprawiała sportu, być może zaatakowałby znacznie szybciej. Ale to tylko hipoteza. W tym momencie cała rodzina Szlachetków musiała uporać się z ciężkim szokiem. Dużą pomocą w trudnych chwilach były liczne dowody solidarności, jakie dostawała od ludzi chora Basia. Leżąc w szpitalu w Hamburgu, była wręcz zasypywana kwiatami, mejlami, telefonami i listami od stroskanych przyjaciół. W późniejszym okresie robiono też zbiórki pieniężne na jej leczenie.

REKLAMA

Barbara Szlachetka

„Dzwonili do mnie ludzie z całego świata. Ich reakcja była niesamowita. Zaczęłam otrzymywać dużo dowodów miłości, która dawała mi siłę do walki z chorobą. Czułam w tym spłatę za miłość, którą darzyłam innych ludzi. Dzięki temu wierzę w cuda i żyję nadal, i nadal walczę. To jest mój najdłuższy bieg życia” – zwierzała się Barbara Szlachetka.

Nie dała się przykuć do łóżka

Jeśli ktoś pomyślał, że wykrycie raka u Barbary Szlachetki zakończyło jej przygodę z bieganiem, to… był w grubym błędzie. Co prawda, jej przyjaciel dr Christian Hottas załatwił dla niej nowoczesną terapię w Niemczech, ale nie był w stanie odwieść od ukochanego sportu. Napisał nawet w oficjalnym oświadczeniu: „Bieganie oznacza dla Basi życie. Zabronić jej biegać to tak, jakby zabronić jej żyć…”.

Oprócz niezbędnych zabiegów Szlachetka przechodziła nowatorską, mało inwazyjną chemioterapię. Kilka tygodni po operacji wybrała się na 2,5-kilometrowy spacer, a dwa tygodnie później… pobiegła w półmaratonie w Teichwiesen. Pod koniec sierpnia wystartowała na pełnym dystansie maratońskim w irlandzkim Longford. Planowała też zorganizować bieg wokół szpitala, by pokazać pacjentom onkologii, jak walczyć z rakiem.

„Mamy nie dało się przykuć do łóżka – tłumaczy Katarzyna Szlachetka. – Brała chemię, a mimo to cały czas biegała. We wtorek poddawała się chemioterapii, trwało to 7-8 godzin, następne 2 dni były ciężkie dla jej organizmu. Potem się mobilizowała, zbierała siły i… przez 2 dni, w sobotę i niedzielę, biegła maraton. W niedzielę zawsze miała lepszy czas. Jeśli chemia się przesuwała o kilka dni, to jeszcze zdążyła przebiec maraton w środę. Ona robiła wrażenie, jakby była tylko chwilę chora. Teraz czasami mi się wydaje, że tylko udawała” – żartuje po latach Katarzyna Szlachetka.

Mimo 50 chemioterapii Basia w ostatnim roku życia przebiegła jeszcze 24 maratony i 3 ultramaratony. Oczywiście już znacznie wolniej niż kiedyś. W jednym z nich towarzyszyła jej przyjaciółka Edit Berces. Ramię w ramię przetruchtały trasę w Budapeszcie.

„Pomimo jej ciężkiego stanu, była bardzo energetyczna i silna mentalnie – wspomina Węgierka. – W przeddzień biegu przez całą noc zwiedzała Budapeszt. Miało się wrażenie, jakby się ze wszystkim spieszyła, wiedząc, że jej dni dobiegają końca… Dla niej ważne było, by powiedzieć światu, że się nie poddaje w walce z rakiem. Przed biegiem Christian Hottas przygotował dla niej koszulkę z napisem »Przeciwko rakowi« po polsku i niemiecku. Ja dodałam tekst po węgiersku. Basia była prawdziwym ambasadorem nadziei, przyjaźni między ludźmi i narodami” – wzrusza się Edit Berces.

Uzależnione od biegania

„Dla mamy nie chemia, a bieganie było lekarstwem na pokonanie złośliwego raka – mówi Katarzyna Szlachetka. – Każdy kolejny bieg uważała za wyczyn. To było dla niej coś rewelacyjnego. I przez długi czas się udawało. Choroba w pewnym momencie się cofnęła, a wyniki były rewelacyjne. Niestety, później mama znowu źle się poczuła. Okazało się, że rak przebił blokadę między dobrą i złą krwią. Nie dało się już nic zrobić. Wtedy nie zajmowała się już chorobą. Myślała o rodzinie, o tym, co ją czeka w najbliższych dniach i realizowała swoje cele” – wspomina Katarzyna.

REKLAMA

REKLAMA

Katarzyna Szlachetka z kolekcją nagród zdobytych przez jej mamę Barbarę Szlachetkę

Basia po raz ostatni pobiegła ultramaraton w Hamburgu na dystansie 51,4 km. To był jej 337. bieg długi w życiu, a 57. typu ultra. Umarła 24 listopada 2005 roku w Hamburgu, mając zaledwie 49 lat… W ostatniej drodze w Jelczu-Laskowicach towarzyszyły jej tłumy przyjaciół.

„Basia była bardzo znana, lubiana, wesoła, z olbrzymimi pokładami wewnętrznej energii – wylicza przymioty koleżanki Dariusz Sidor. – Jak się gdzieś znajdowała, to wszędzie jej było pełno. Miała taki sposób bycia. Przykuwała uwagę wszystkich, będąc osobą ciągle rozentuzjazmowaną.

Tym większy był szok, kiedy ludzie dowiedzieli się o jej śmierci. Myślę, że pod koniec życia bieganie dostarczało jej dużo miłych chwil i pozwalało niezłomnie i z uśmiechem trwać” – uważa Dariusz Sidor.

„Każdy ma w sobie jakiś talent. Mama bardzo późno, ale jednak poznała pasję swojego życia. Dla niej bieganie było jak narkotyk. I uzależniła się od biegania. Nie wyobrażała sobie bez tego życia. Ja też się uzależniłam. Przebiegłam do tej pory ponad 33 maratony, a już się nie mogę doczekać mojego setnego. Pobiegnę go dla mamy” – zapowiada Kasia.

Film dokumentalny o Basi "Kilometry wspomnień"

Film "Kilometry wspomnień" powstał w 10. rocznicę śmierci Barbary Szlachetki. Zobacz, jak wspominają ją przyjaciele.


Autor chciałby serdecznie podziękować rodzinie państwa Szlachetków oraz przyjaciołom Basi za pomoc w zebraniu materiałów do artykułu.

RW 07-08/2010 

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij