Bieg jak całus do potęgi 10! (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Przede mną dziesiąty maraton. Czym różni się od niego ten pierwszy? Tym, czym zuchwały całus na pierwszej randce od czułego pocałunku z pełną premedytacją z okazji kolejnej rocznicy.

Od mojego pierwszego maratonu minęły ponad 4 lata. Był to czas nie tylko obserwacji zmian we własnym ciele, ale i w umyśle, a nawet w sercu. Chociaż może kolejność tej wyliczanki powinna być inna. I okazało się, że ten proces przypomina ewolucję w związku.

REKLAMA

Przygotowanie. Idąc na pierwszą randkę, nie wiesz, jak bardzo będzie on spostrzegawczy, jak musisz się przygotować, czy zauważy niedomalowane oko albo niewyregulowane brwi. Randka po latach pozbawiona jest tych niepewności. Wiesz, że nie zwróci uwagi na to, że paznokcie mają tylko jedną warstwę lakieru, ale w mig wychwyci, że jesteś nieobecna myślami.

Spotkanie. To pierwsze jest ekscytujące, pełne nadziei. I autoprezentacji na najwyższym poziomie. Z pierwszego maratonu pamiętam radosny początek, uśmiechy, beztroskie przybijanie piątek. I tylko z pierwszego, bo na drugim już wiedziałam, co stanie się dalej. Na szczęście (dla związku
i dla biegania) ewolucja nie oznacza, że radość znika. Jest, ale bardziej świadoma. Jak na entej randce. Trochę już za wami, znacie się z dobrej i nieco gorszej strony. Ten bagaż doświadczeń sprawia, że cały czas chce wam się podejmować wyzwanie.

Ciało. Niby własne, a jednak potrafi zaskoczyć. Przed pierwszą randką nie wiesz, czy jak weźmie cię za rękę, poczujesz dreszcz, czy raczej poczujesz się nieswojo. A pierwszy pocałunek?! To dopiero zagadka. Pewne jest tylko to, że będzie pamiętny. Jak pierwszy bieg. Na premierowym maratonie znałam swoje ciało od blisko 30 lat, a jednak mnie zaskoczyło. I na dziesiątym być może też, ale przewagę mam taką, że wcześniej rozpoznam, co się dzieje i użyję bardziej skutecznych rozwiązań. Jak z facetem...

Otoczenie. Jak wyglądała restauracja z pierwszej randki? Jak on był ubrany? A kto by to pamiętał, kiedy mózg zarzucany był miliardami ważniejszych informacji i silniejszym impulsów. A pierwszy maraton? Dużo ludzi, kolorowo... Ja pamiętam, że było piekielnie gorąco. Przy kolejnym biegu więcej się widzi i zapamiętuje, jak w relacji damsko-męskiej. Nie pocą ci się dłonie, jak na pierwszym spotkaniu, za to czujesz się na swoim miejscu. Tłumy kibiców na trasie nie robią już takiego wrażenia, ale w myślach im dziękujesz, bo wiesz, jak bardzo pomagają.

Nigdy więcej! Zdarza się czasami po pierwszej randce i często po pierwszym maratonie. Właściwie zdarza się po każdym maratonie, z tą różnicą, że później już wiesz, że to tylko czcze gadanie. Wiesz, że nie ma co ulegać zmęczeniu, bólowi, osłabieniu. Wiesz, że to wszystko dzieje się po coś. I – tak jak w solidnym związku – nawet wiesz, po co.

Maraton to randka w ciemno. Przy pierwszym spotkaniu  nie wiesz, czy odpuszczenie treningu to już klęska, czy tylko przedłużony odpoczynek. Przygotowujesz się jak możesz, więc w głowie gra Ci trochę nadzieja,  a trochę obawa. Za to już przy dziesiątym wiesz doskonale, co  i jak będzie bolało w zależności od tego, który typ treningów zaniedbasz. Czasami taka wiedza napędza, czasami osłabia. Zupełnie jak z facetami...

RW 04/2016

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA