[ X ]

Drogi Użytkowniku,

W związku z tym, że począwszy od dnia 25.05.2018 r. na terenie Polski obowiązują nowe przepisy regulujące kwestie ochrony Państwa danych osobowych, Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych), (dalej zwane RODO), Motor-Presse Polska sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu (53-238) przy ul. Ostrowskiego 7, wpisana do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS: 0000151026, NIP: 8990026326, REGON: 930327847 o kapitale zakładowym w wysokości 2.860.000,00 złotych zachęcamy do zapoznania się ze zaktualizowaną treścią "Polityki prywatności" naszych Serwisów. Znajdują się w niej szczegółowe informacje na temat zasad przetwarzania danych osobowych na naszych stronach internetowych.

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu) z wykorzystaniem domyślnych ustawień przeglądarki internetowej w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Motor-Presse Polska Sp. z o. o oraz naszych Zaufanych Partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres zmieniając ustawienia plików cookies w przeglądarce.

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

REKLAMA

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.4

Bieg na dziobie. Historia kapitana, który został biegaczem

Jeśli myślisz, że przy pracy od 8 do 16 trudno jest znaleźć czas na trening, mamy dla Ciebie złą wiadomość - ta wymówka właśnie straciła na aktualności. Kapitan Ryszard Kucik kilka miesięcy w roku spędza na morzu i... nadal biega. Na pokładach kontenerowców buduje formę, którą potem prezentuje w zawodach na stałym lądzie.

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam W stroju biegowym to jeden z nas, ale w mundurze kapitan robi wrażenie (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl).

Piraci szykują się do abordażu, Filipińczycy smażą wędzone ryby, armator ponagla w robocie, a w prognozach sztorm. Kapitan kontenerowca nie ma łatwego życia. Musi więc znaleźć sposób, by odreagować. Ten akurat wpadł na pomysł, by biegać. I jak zasmakował w tym relaksie, to truchta tak, że aż lecą części z bieżni. Bo na statku to często jedyne miejsce, gdzie można potrenować. Na ląd schodzić zabraniają, a na pokładzie latać się da tylko w kółko – jak chomik. Ale i takie pokładowe pętelki robi czasem Ryszard Kucik. „Trening to kwestia dyscypliny” – mówi.

Bieganie dookoła świata

Biega jednak dopiero od trzech lat, bo właśnie wtedy, w wieku 58 lat, przejrzał na oczy (historię jeszcze starszego biegowego debiutanta opisaliśmy w artykule "Fauja Singh: najstarszy maratończyk świata"). Wpadło mu w ręce jego własne zdjęcia, na którym zobaczył się w całej okazałości. „W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że pierś kapitańska, czyli wybrzuszenie poniżej klatki piersiowej, jest u mnie zbyt rozwinięta” – tłumaczy.

Zaczął tak jak większość z nas – na wariata. Wychodził biegać codziennie. Najpierw wysiadł mu staw skokowy, potem kolano, a na końcu biodro. Nim posypało się wszystko, poszedł po rozum do głowy i zaczął czytać (również „Runner’s World”), douczać się i dobrze jeść. No i w ciągu siedmiu miesięcy zrzucił 26 kilogramów. Dziś bez biegania ani rusz.

„Jestem już na tym przyjemnym etapie, że udaje mi się w biegu osiągnąć stan tak zwanego »flow «” – opowiada. – Mam wtedy wrażenie, że mógłbym obiec świat”.

Niestety, świat może co najwyżej opłynąć. I jeśliby podsumować kilometry przepłynięte w charakterze kapitana, już pewnie by to dawno zrobił. Ale z bieganiem na morzu jest trochę gorzej. Pojawia się kilka problemów, które powodują, że trening wymaga dyscypliny i determinacji.

Po pierwsze, buja. Kapitan Kucik mówi, że nie potrzebuje żadnych wzniesień, by ćwiczyć podbiegi, bo gdy przyjdzie trochę większa fala, to w jednej chwili robi podbieg, za moment zbiega, by za chwilę znów wspinać się do góry.

Po drugie, ograniczona przestrzeń. Bo choć statek kapitana ma 366 metrów długości, to nie da się biegać wokół niego. Jedyne, co pozostaje, to robienie ósemek na dziobie, bo na rufie panuje za duży hałas od śruby. Jedna taka ósemka ma sto metrów, więc trzeba ich na jednym treningu zrobić minimum sto.

REKLAMA

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam To właśnie na dziobie kapitan Ryszard Kucik trenuje najczęściej, gdy odpuszcza sobie bieżnie (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl).

Po trzecie, zmieniają się strefy czasowe. Bywa, że co drugi dzień. Organizm się tak rozregulowuje, że już w ogóle nie wie, czy pora spać, czy pracować, czy może trenować. Poza tym na pokładzie nie zawsze jest bezpiecznie.

No i właśnie dlatego często pozostaje kapitanowi bieżnia. Dba więc o to, by na każdym statku, na którym pływa, jedna taka była. „Armator zobowiązany jest zapewnić marynarzom miejsce do rekreacji – opowiada kapitan. – To zazwyczaj mała salka gimnastyczna. Najczęściej jest tam stół do ping-ponga, rowerek stacjonarny, ergometr, czasem orbitrek. Bieżnia bywa już rzadziej, dlatego ja zawsze dokupuję jedną za pieniądze przeznaczone na rozrywkę. Najczęściej nabywamy ją w Chinach, bo tam jest najtaniej”.

Bieżnia, owszem, jest tania, ale gdy raz udało mu się namówić załogę, żeby razem przebiegli maraton, to z tej chińskiej produkcji aż się śruby posypały. No i tyle było z biegania w cywilizowanych warunkach. Trzeba było trenować na pokładzie. Kapitan jednak ćwiczyć nie przestawał. Razem z tymi, którzy dali mu się na bieganie namówić. A bywa, że zaciągnie innych marynarzy do truchtania. Tym bardziej że jego pracodawca robi badania i dyscyplinuje, gdy się fizycznie zaniedbują – to efekt tego, że ostatnio jeden z marynarzy umarł w czasie rejsu na zawał.

Narażeni na choroby wieńcowe są na przykład Filipińczycy, którzy – jak opowiada kapitan Kucik – nie kładą się spać z pustymi brzuchami. Nawet gdy kończą wachtę o północy, to idą do kuchni i smażą, smażą, smażą… „Bywa, że nawet wędzone ryby. Wtedy ich gonię, bo to strasznie śmierdzi” – opowiada z uśmiechem. Taki Filipińczyk po jednym rejsie potrafi wagowo zmienić się w kogoś zupełnie innego. „Ja ich czasem nie poznaję” – żartuje kapitan Kucik.

Flisackie zabawy

Ale pokład statku to jego żywioł. Marzył o tym, żeby zostać marynarzem, od dziecka. Urodził się na Mazurach, ale tam wielkich kontenerowców nie było. On jednak już od przedszkola przekonywał, że będzie pływał po oceanach. Zaczął od pływania na belach drewna spławianych przez flisaków.

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam Ryszard Kucik to człowiek morza. Więc nawet jak biega, to koniecznie blisko wody (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl).

Niebezpieczna sprawa, bo jak się spadło, to zaraz kłody się schodziły i nie było jak wypłynąć. Jeden z kolegów zginął… Dlatego ojciec go pilnował, żeby tego nie robił. Wtedy postanowili z chłopakami porwać nocą łódkę sąsiada. Takielunek miał on jednak schowany w domu, więc zrobili prowizoryczny żagiel z prześcieradła. W jedną stronę dało się płynąć, ale wrócić już nie za bardzo. Poza tym do jedzenia wzięli niedojrzałe jabłka, więc cała wyprawa skończyła się laniem i solidną niestrawnością.

Ale determinacja, żeby pływać, została. Mały Rysiek strugał łódki z drewna, czytał książki o pływaniu i podziwiał lokalne łodzie. Ale prawdziwą wodą na młyn jego wyobraźni był rodzinny zakup telewizora w 1963 roku.

Wolał mocny cios

„Pamiętam takie programy, jak »Klub sześciu kontynentów« czy »Latający Holender«. To było moje dzieciństwo, to była moja młodość. Wtedy postanowiłem, że nic nie stanie mi na przeszkodzie, by pływać. Za bardzo ciągnęło mnie w morze” - wspomina kapitan.

No i tak się stało. Poszedł do szkoły morskiej i zakochał się w żaglowcach. Praktyki robił na „Darze Pomorza”. Zaprzyjaźnił się z jego komendantem i pływał na nim na wakacjach za miskę zupy i koję. No, a potem było życie zawodowe i zarządzanie kontenerowcami.

„Wielka frajda, ogromna przygoda, ale i stres. Człowiek odpowiedzialny jest za okręt, za ładunek. Za to, by wszystko na czas dotarło na miejsce. Armator naciska, kontroluje, a człowiekowi puchnie od tych stresów głowa. Dlatego właśnie dużo biegam. Żeby na wszystkie newralgiczne mejle odpisywać po treningu. Wtedy wiem, że moja korespondencja nie będzie podyktowana emocjami, ale głową” – śmieje się Ryszard Kucik.

Ale nie tylko biega na statku. On tam też pływa. Mają niewielki, pięciometrowy basen, więc przypina się w pasie gumą, drugi jej koniec zaczepia relingiem do brzegu i macha w miejscu kolejne metry.

„Muszę, bo zapisaliśmy się z rodziną na triathlon familijny. Mnie przypadło w udziale właśnie pływanie. Żona będzie biegła, a córka pojedzie na rowerze” – opowiada.

Kapitan ma jeszcze syna. On też pływa na statkach. Ale nie biega, bo woli sporty siłowe. „Gdy byłem młody, też wolałem mocny cios. Dziś wolę korzyści płynące z biegania” - tłumaczy.

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam Biegam dla poczucia tak zwanego „flow”. To wrażenie, że możesz biec bez końca, że uciekasz od wszystkich trosk i problemów (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl)).

A biegał już w wielu ciekawych miejscach. W Australii, Afryce, na Dalekim Wschodzie, w Chinach czy w Turcji. Choć dziś okazja, by potrenować w egzotycznych miejscach, zdarza się coraz rzadziej. Zagrożenia terrorystyczne – to jedno. Druga sprawa to jak zmienia się charakter morskiej żeglugi.

„Kiedyś cumowaliśmy w portach, a dziś portów już nie ma. Dziś są potężne terminale oddalone od miast o kilka, kilkanaście kilometrów. Aby zejść ze statku, potrzebujemy specjalnych pozwoleń, a i tak nie ma co na tych terminalach robić. One nie posiadają żadnej infrastruktury, która służyłaby rozrywce marynarzy” – opowiada kapitan.

Dawno więc skończyły się czasy, gdy można było założyć buty i ruszyć ze statku przed siebie. Teraz nie ma też na to czasu. Kiedyś statek cumował dziesięć dni, dziś rozładują go znacznie szybciej. Nikt już więc za marynarzami nie płacze, gdy odpływają – żadne dziewczyny. Oni sami się cieszą, bo w końcu morze, spokój, jakiś romantyzm tego zawodu.

Żaglowce na mapach

„Kiedy już jesteśmy w morzu, mogę potrenować. Czy to na bieżni, czy na pokładzie. Mówię tylko chłopakom, gdzie mnie można znaleźć, i idę. Bardzo to lubię: daje mi to poczucie wolności, daje mi spokój, daje poczucie kontroli nad swoim życiem. No i to romantyczne »flow«” – mówi kapitan.

Bo romantyczną duszę ma. Oprócz tego, że pływa, że biega, to jeszcze maluje. Zaczęło się tak, że na starych mapach domalowywał statki, żaglowce. Najpierw zapytał o te malowidła inny marynarz, a potem kolejni ludzie. W końcu żona zaniosła obrazy do znajomej plastyczki i tak się zaczęło. Jeden wernisaż, drugi, a potem współpraca z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy i zaprzyjaźnioną fundacją Smerfny Fundusz Gargamela.

„Maluję od dawna i przeznaczam zysk ze sprzedaży moich obrazów na cele charytatywne. To wielka frajda pomagać w ten sposób innym. Bo malować lubię, ale robię to tylko wtedy, gdy mnie najdzie ochota”.

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam Co mówi załoga, gdy kapitan robi takie wygibasy? Część chce się dołączyć (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl).

Morze i bieg wzywają

Z malowaniem jest więc inaczej niż z bieganiem i pływaniem. Pływa, gdy armator wezwie na kontrakt: 4-5 miesięcy w morzu, a potem 2-3 miesiące w domu. A biega, gdy czuje, że już powinien.

„Mam zamiar trzymać się tego hobby. Już nie tylko dlatego, żeby pierś kapitańska znów nie opadła mi poniżej mostka, ale przede wszystkim dlatego, że to wielka frajda i ogromna przygoda. Nawet w takich warunkach, w jakich zazwyczaj przychodzi mi trenować” – kończy kapitan Kucik.

Uwaga, piraci!

Bieganie na statku ma wiele wad. Wieje, buja, hałasuje, jest mało miejsca, no i ciągle zmieniają się strefy czasowe. Jakby tego było mało, w niektórych rejonach świata grożą załodze ataki piratów. Ryszard Kucik, jak na kapitana przystało, w takich sytuacjach nigdy nie traci głowy – zachowuje zimną krew. Pewnego razu udało mu się ochronić przed abordażem serią gwałtownych manewrów, które wywołały potężne fale i pirackie łodzie nie były w stanie podpłynąć do burty.

„Mamy procedury, które nas chronią. Gdy dochodzi do ataku i piraci wedrą się na pokład, chowamy się w cytadeli. To nasza pokładowa twierdza. Tam czekamy na pomoc wojska. Piraci nie potrafią statkiem sterować, więc jedyne, co mogą nam zrobić, to skorzystać z naszej bieżni” – śmieje się kapitan. Ale oprócz biegania na statku ćwiczy też pływanie.

Po pierwsze dlatego, że przed nim start w triathlonie, po drugie, ze względu na wymogi zawodowe. Regularnie podchodzi do egzaminu: płynie dwieście metrów, skacze do wody z wysokości i udowadnia komisji, że potrafi obrócić tratwę ratunkową i do niej wskoczyć.

Maraton i zabawy w przebieranki

Ryszard Kucik ma za sobą na razie jeden maraton. Choć uzyskał czas 5:10, to zapamięta ten bieg do końca życia, bo był prawdziwą próbą przetrwania. Przed maratonem pojechał na wakacje w Toskanii. Tam w czasie treningu zgubił się, zmókł i nabawił się zapalenia nerwu kulszowego. Nie trenował więc i postanowił maraton odpuścić. Gdy jednak nadszedł dzień biegu, uznał, że spróbuje. Przez pierwsze 20 km zamykał stawkę. Samochód końca biegu jechał tuż za nim. Po połówce zebrał się w sobie i dobiegł – nawet nie ostatni.

Ryszard Kucik - marynarz, który został biegaczam Rzadko kiedy mam okazję biegać w porcie czy w ogóle na lądzie. Żeby zejść ze statku, trzeba zdobyć pozwolenie (fot. Paweł Wyszomirski (www.testigo.pl).

„To był wielki sukces. Nawet łza mi się w oku zakręciła. Uznaję to za wielkie osiągnięcie mojej woli” – opowiada.

Biegów w swojej kolekcji Ryszard Kucik może nie ma wiele, ale gdy już startuje, to daje z siebie wszystko. Nie tylko sportowo, ale i rozrywkowo. Na przykład na biegu w Gdyni przebrał się za… kapitana. Wzbudzał wśród kibiców sensację: wiwatowali, krzyczeli, ale pewnie żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, że to prawdziwy kapitan, a nie jakiś tam malowany. Na szczęście na mecie biegu udzielił wywiadu trójmiejskiej telewizji i wyjaśnił, że jest kapitanem nie tylko z przebrania, ale i z zawodu.

Startuje też w Biegu Świętojańskim w Gdyni, w którym wybiega się na trasę przed północą i trzeba przebiec dziesięć kilometrów. Ryszard Kucik szykuje się też do zdobycia korony półmaratonów, ale w jego sytuacji to trudna sprawa. Przecież nie wiadomo, kiedy wezwie go armator.

„Ale nie martwię się tym, bo nie biegam dla wyników, tylko dla siebie. Dla dobrego samopoczucia, dla zdrowia i dla frajdy" - wyjaśnia.

Jak biegają inni przedstawiciele służb mundurowych? Dowiesz się tego m.in. z artykułów Misja: bieganie. Żołnierskie bieganie w Afganistanie oraz Strażacy z Sierpca: rozbiegana jednostka.

Kapitan Ryszard Kucik

Kapitan żeglugi wielkiej. Marynarz, malarz i biegacz, a także ojciec dwójki dzieci. Człowiek wielu pasji. Ukończył Wyższą Szkołę Morską w Gdyni. Pierwsze rejsy odbywał na „Darze Pomorza”. Od 1996 roku jest kapitanem. Od trzech lat także biegaczem. Zaczął pływać, bo marzył o tym od przedszkola. Zaczął malować, bo kocha żaglowce i tak mu w duszy grało. A biegać zaczął, bo zaskoczył go jego własny wygląd na zdjęciu.

Niewiele jest jednak w świecie biegowym osób, które trenują w takich warunkach, jak on. Pasją biegową zaraża innych marynarzy. Bywa, że zostają oni biegaczami na stałe. Był też modelarzem. Budował, oczywiście, statki w butelkach: do dziś został mu jeden. Jego najnowsza pasja to jazda na motocyklu.

RW 03/2017

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij