Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Biegacz okazyjny latem [felieton Jacka Fedorowicza]

Ogólnie rzecz biorąc, biegacz jest urządzeniem zmieniającym wodę w pot. W wysokich temperaturach urządzenie to działa niezwykle intensywnie.

Każdy biegający ma swoje doświadczenia upalne, swoje sposoby na zapewnianie sobie tego surowca, z którego potem w trakcie biegu produkuje pot. Jedni chowają po krzakach butelki z wodą, inni opasują sobie biodra pojemniczkami, a jeszcze inni (ja) przez całe lata starają się przyzwyczaić organizm, żeby produkował pot tylko z wody zmagazynowanej przed biegiem. Daje to komfort biegu bez zatrzymań, czyli bez gubienia rytmu, a na zawodach pozwala odrobić kilka metrów do rywali, którzy zatrzymują się przy wodopojach. Dla porządku dodam, że niepicie w trakcie długiego biegu jest wysoce niewłaściwe nawet w wypadku organizmu, któremu się wydaje, że się w tym wyćwiczył, więc proszę mnie w tym wypadku nie naśladować.

Produkt biegowy, czyli pot, ma pewną bardzo nieprzyjemną cechę. Pot pachnie niepięknie i jest to cecha na tyle przykra dla otoczenia, że biegacz powinien o niej pamiętać, albo może nawet sobie gdzieś zapisać, bo szczególna wredność potowego zapachu polega na tym, że biegacz czuje ten swój jakby mniej, więc zapomina o nim, otoczenie biegacza zaś znacznie bardziej. I cierpi...

Nazwijmy rzecz po imieniu. On śmierdzi. Nie mają z tym problemu biegacze stale trenujący, mają bowiem zaplanowany rytuał: przebiórka, bieg, powrót do domu, mycie i przebiórka w strój nieprzepocony. Są jednak tacy, których na to nie stać, bo albo pracują od rana do nocy, albo kimś się opiekują, a nie są to akurat dzieci, które można załadować do wózka i pobiec z nimi – widok w Polsce coraz częstszy.
Nie będę tu wyliczał przeróżnych obowiązków, jakie może mieć człowiek, który chciałby sobie wykroić czas na trening, a nijak nie może, chyba że kosztem snu, czego jednak nie polecam. Tacy ludzie wpadają na pomysł biegania przy okazji. Mnie na przykład rzadko w życiu zdarzało się, bym miewał czas na specjalne wyjście tylko na pobieganie. Starałem się więc biegać przy każdej możliwej okazji. Do pracy, z pracy, do następnej pracy, na zakupy i udawało mi się w ten sposób zapewniać sobie co najmniej godzinę biegu dziennie.

Niestety, co pewien czas zdarzało się lato. Biegacz okazyjny w lecie zawsze ma problem z wejściem między ludzi po dobiegnięciu i nawet rozmyśla, czy nie przeczekać do jesieni. Serdecznie radzę nie przeczekiwać. Da się! Umywalnie są wszędzie, trzeba tylko mieć ze sobą swój ręcznik. Wszelkie ogólnodostępne systemy suszenia, jak nawiew czy ręczniki papierowe, to oczywiście za mało: trzeba mieć plastikową torebkę, by to, co przepocone, szczelnie zapakować, i trzeba po myciu mieć w co się przebrać.

Wniosek ogólny: w lecie trzeba się przestawić na bieganie z plecaczkiem. Jeśli ktoś nie ma, niech wyszuka (nie będzie łatwo, bo wybór jest o dziwo niewielki) plecaczek lekki, a nade wszystko taki, który ma pasek spinający „szelki” z przodu – na wysokości serca, a nie w pasie. To ważne, bo tylko wtedy plecak w czasie biegu nie będzie się denerwująco majtał na boki. Bieganie przy okazji to wynalazek wspaniały, łatwiej osiągalny niż by się wydawało i dający sporo satysfakcji, bo przecież niby nie miałem kiedy biegać, a biegam. Codziennie, nawet w upał.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze lipiec 2016.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij