Biegam, bo gonię krasnale (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Kolejny sezon biegowy zakończony. Zastanawiałam się, jak podsumować A.D. 2015. Rekordów nie było, ale były emocje. Stąd pomysł na zestaw najdziwniejszych przyczyn przebiegnięcia maratonu.

Przyczepię się właśnie maratonu, bo to dystans, z którym nie ma żartów. Oczywiście i na „połówce”, i nawet na „dyszce” można wypruć sobie żyły, ale dystans królewski ma to do siebie, że nawet pokonany na spokojnie żyły wypruwa.

REKLAMA

Rzecz w tym, że podczas długotrwałego biegu wykorzystywane są zapasy glikogenu, który zapewnia sprawny dopływ dużej ilości energii. Niestety, bieżące rezerwy wystarczają na ok. 20-30 km. Czyli choćby nie wiem ile makaronu polanego czekoladą zjeść dzień przed maratonem, to i tak nie „zatankujemy” więcej. A to, co dzieje się dalej, to naruszanie głębszych rezerw i jazda na „dotankowaniu”. Dlatego trenerzy powtarzają, że jeśli coś zmusza cię do zejścia z trasy, zrób to przed 30. kilometrem.

Nawet świetnie przygotowany zawodnik nie przebiegnie maratonu bez odczuwalnego uszczerbku na zdrowiu. Nasz szkielet potrzebuje podobno około 7 dni na to, by odzyskać równowagę. Niektóre badania wykazują, że pełna odbudowa włókien mięśniowych po maratonie może zająć nawet 30 dni. Czytałam też i o tym, że kobietom z odbudową idzie gorzej, głównie z uwagi na różnice hormonalne. Zatem żeby zmierzyć się z maratonem, decyzję trzeba podjąć rozsądnie i świadomie.

Cóż... Patrząc na swój wieszaczek z medalami nie mam pewności, że każdy z nich tak właśnie był motywowany. Pierwszy maraton w życiu przebiegłam z ciekawości, żeby sprawdzić, czy się da i jak to jest. I dziś przekonana jestem, że tylko nieświadomość pozwoliła mi dotrwać do końca. Rzecz działa się w Polsce, we wrześniu, który wówczas był wyjątkowo upalny. Od znajomych wiem, że na końcu dla biegaczy brakowało wody. Było bardzo ciężko i okrutnie gorąco, ale cóż... Byłam ciekawa, jak będzie na mecie. Dobiegłam, odchorowałam. I nie żałuję.

Dwa razy dałam się namówić na maraton ze względu na metę. Pierwszy przypadek to hiszpańska Walencja. Finisz tamtejszej trasy urządzony był na płytkim basenie wypełnionym lazurową wodą. Do tego ostatnie metry wiodły przez niebieski pomost. Efekt? W połączeniu ze zmęczeniem i euforią po 42 kilometrach miałam wrażenie, że biegnę po wodzie. Polecam...

REKLAMA

REKLAMA

Meta uwiodła mnie także w Warszawie. Kiedy organizatorzy jesiennego maratonu podali, że po raz ostatni będzie się on kończył na Stadionie Narodowym, zdecydowałam się, zupełnie wbrew logice, bo dwa tygodnie po innym maratonie. Tu zbiegły się: ciekawość reakcji organizmu i wizja finiszu na Narodowym. I znowu: nie żałuję. Ostatnie 400 metrów na długo pozostanie mi w pamięci. I wrzawa kibiców na płycie stadionu, ostatni zakręt, ostatnia prosta. Uwielbiam wzruszenia na mecie.

Powód, dla którego stajemy do walki z dystansem królewskim, jest bardzo ważny dlatego, że na trasie często trzeba go sobie powtarzać. Trzeba sobie przypominać, po co to wszystko, a po 35. kilometrze najlepiej nie słuchać, co na ten temat mówią biegacze dookoła. Z doświadczenia wiem, że nawet obecność kobiet nie wymusza za tą granicą języka parlamentarnego. Ba! Nawet bycie kobietą go nie gwarantuje, kiedy stawianie kolejnych kroków – lekko mówiąc – nie jest specjalnie komfortowe.

Dlatego w poczet swoich najdziwniejszych powodów ukończenia maratonu zaliczam... krasnala. Myślałam o nim intensywnie przez jakieś 15 ostatnich kilometrów tegorocznego biegu we Wrocławiu. Bo organizatorzy tej imprezy wymyślili medale, które łączyły się ze sobą. Po ukończeniu półmaratonu i maratonu można było oprawić krasnala w piękną obręcz. Zatem skoro obręcz po „połówce” wisiała w domu, postanowiłam, że bez krasnala nie wracam, chociaż dzień startu zdecydowanie nie był moim dniem. Ostatecznie się udało, a oprawiony skrzat wisi na ścianie.

Usłyszałam ostatnio, że sukces na maratonie w 90 proc. zawdzięczamy głowie. Oznacza to, że dobry powód do biegu to fundament. A jaki powód jest dobry? Ja wiem tylko, że nie zawsze musi to być walka o rekord. Czasami wystarczy krasnal, aby tylko pchał nas do przodu.

RW 11/2015

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA