[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.2

Bieganie i pomaganie. Efekty biegów charytatywnych

Jeśli biegasz i pomagasz, to znasz tylko zebrane sumy. Poznaj ludzi, do których trafia pomoc, a przekonasz się, że nie chodzi o pieniądze, a o życie, zdrowie i szczęście. Oto cztery historie, które - choć zaczęły się od dramatu - stanowią doskonałe przykłady tego, że nigdy nie warto się poddawać.

Biegowe inicjatywy charytatywne fot. Tomasz Woźny, organizatorzy biegów i akcji

Mody chłopak w bluzie z kapturem wchodzi do osiedlowego sklepu w Warszawie i przekrada się między półkami w kierunku lady. Kasjerki go nie widzą i – co ważniejsze – nie słyszą. W końcu pada głośne: „Cześć! Co, nie słychać, że wszedłem?!”.

Rzeczywiście, od niedawna nie słychać, że Łukasz Trendel idzie, bo dostał nową protezę od Fundacji Poza Horyzonty Jaśka Meli. Protezę kupioną za pieniądze zebrane na charytatywnym biegu Poland Business Run. Dziś już nie musi nosić ze sobą taśmy montażowej i nożyczek, by naprawiać doraźnie starą, zmęczoną sztuczną nogę. Dziś idzie dziarsko, bo pomogli biegacze. Coraz więcej jest takich, którzy zdrowie, radość, jakość życia, chwilę oddechu, dach nad głową czy rehabilitację zawdzięczają naszej pomocy.

Jeśli pomagacie, to poczytajcie o tych, którym pomogliście. Jeśli nie pomagaliście jeszcze, to Runner’s World ma dla Was kilka opowieści, które do pomagania na pewno Was zachęcą.

REKLAMA

REKLAMA

Biegi charytatywne - jakie efekty przynosi pomaganie przez bieganie fot. Tomasz Woźny

Łukasz majsterkowicz

Łukasz Trendel pochodzi znad morza, ale mieszka i pracuje w Warszawie. Przez pięć lat chodził o kulach, ale w końcu jego przyjaciółka, którą poznał poprzez usługę BlaBlaCar, zadzowniła do Fundacji Poza Horyzonty Jaśka Meli. Tak właśnie otrzymał protezę w radosnych, ciekawych barwach. Bo to człowiek, który tak stara się widzieć świat. Zwłaszcza teraz, kiedy jego życie wraca do normy.

Spartanie Dzieciom, Pomoc Mierzona Kilometrami, Drużyna Szpiku, Wings for Life Run – to tylko kilka z najbardziej znanych biegów charytatywnych w kraju, a przecież jest jeszcze wiele, wiele innych, mniejszych, lokalnych, drobnych. Miliony złotych, setki tysięcy biegaczy, tysiące beneficjentów tej pomocy. Tych, którzy pomoc otrzymują.

Przeciętny biegacz, który pomaga, zazwyczaj słyszy tylko liczby, kwoty, które udało się zebrać, a nie poznaje tych, którym pomógł. Dopiero wtedy widać jednak prawdziwy wymiar pomocy. Jak w przypadku Łukasza Trendela, który od Fundacji Poza Horyzonty dostał protezę.

Jego historia zaczęła się banalnie, w 2006 roku. Był taki dzień, że nie miał wiele do roboty, a kolega zaproponował, by odwiedzić samochodem koleżankę. Wsiedli, pojechali, ale nie dojechali. Kolega kierowca zasnął. Łukasz pamięta tylko, że wyczołgał się z samochodu i miał wrażenie, że wszystko będzie OK. Po 10 minutach zeszła adrenalina i zaczął się potworny ból. Potem były trzy dni oczekiwania na ostateczną diagnozę, bo lekarze sami nie wiedzieli: nogę odjąć, czy o nią walczyć. Decyzja była okrutna: płynęły łzy, było mnóstwo żalu, a potem operacja i pięć lat o kulach. Koszmar.

Miała pomóc proteza, ale nie było pieniędzy na porządną. Była byle jaka. Łukasz musiał zawsze mieć przy sobie taśmę klejącą. Awaryjnie. „Bo większe naprawy przeprowadzaliśmy u kolegi w warsztacie samochodowym – opowiada. - Jak stopa odpadła, to spawaliśmy rurki, jak pękł lej, to trzeba go było zalać żywicą epoksydową. Takie tam, regularne reperacje” – śmieje się.

Tak, teraz się śmieje, a wtedy łykał łzy. Złości i bólu. Bo jak w tym cudzie techniki wybrał się na dwugodzinne zakupy z rana, to cały dzień musiał leżeć i leczyć otarcia, rany. Dlatego, jak się okazało, że krakowska Fundacja Poza Horyzonty da mu nową, to tę starą chciał rytualnie zdetonować, zniszczyć, rozparcelować, zakopać, spalić i zapomnieć.

„Ale pomyślałem, że sporo ludzi włożyło w nią dużo pracy i postanowiłem ją zatrzymać. Na pamiątkę” – przyznaje.

Tamta fest hałasowała, a w tej może się do znajomych sklepowych skradać, żeby im zrobić dowcip cichcem. Może też jeździć na rowerze! A bieganie? Chciałby, może kiedyś, bo przed wypadkiem lubił włożyć w uszy słuchawki i przetruchtać nad jeziorko, wyciszyć się, zapomnieć, zrelaksować. Może kiedyś…

„Najważniejsze, że mam nową, kosmiczną technologię na nodze. Ma świetne kolory i wygląda jak zrobiona w NASA. Nawet ją odsłaniam specjalnie” – śmieje się. A nie wierzył, że będzie taką miał, bo to kosmiczne pieniądze. Ale jak zadzwonili z Fundacji, że jest konferencja prasowa i musi przyjechać, to pomyślał: „Kurcze, a może..?”. Jak dali znać, że na sesję zdjęciową ma się stawić, to już pewniej: „Cholera, a nuż..?”. A jak kazali stawić się u protetyka, to nie było już żadnych znaków zapytania.

Biegacze zafundowali mu nową jakość życia. Poland Business Run, z którego to biegu pieniądze odmieniły życie Łukasza, będzie miał w tym roku piątę edycję. Biegną menedżerowie i pracownicy firm w siedmiu miastach. Z wpisowego i z akcji „Pomagam bardziej” – polegającej na tym, że drużyny z biegu przez kolejne tygodnie zbierają na wyścigi dodatkowe fundusze – Fundacja Poza Horyzonty zebrała do tej pory pieniądze, które postawiły na takie sztuczne nogi z NASA już 24 osób. Na tyle starczyła kwota 1 005 648 zł. Dokładnie.

„W zeszłorocznej edycji biegu wzięło udział 13 tysięcy osób. Co rok jest więcej. Liczymy, że ta tendencja się utrzyma” – mówi Beata Sowa z Fundacji.

REKLAMA

Biegi charytatywne - jakie efekty przynosi pomaganie przez bieganie fot. Tomasz Woźny

Julka metalówa

Tendencja zwyżkowa ma się także szansę utrzymać w rodzinie Łukasza Urbana. Osiem lat temu jemu i jego żonie urodziły się bliźniaczki: Zuzia i Julia. Pierwsza z nich niedawno zmarła, druga choruje na stwardnienie guzowate, padaczkę i opóźnienie rozwoju. Okazało się też, że ma cechy dziecka autystycznego.

Mało jest aktywności, które Julia może uprawiać, mało jest rzeczy, które sprawiają jej radość. Jedną z nich jest ruch, przemieszczanie się. Uwielbia nowy wózek i biegi z tatą do tego stopnia, że nie można go jej pokazywać, jeśli nie planuje się biegu. Jej tato Łukasz szykuje się natomiast do startów w zawodach – oczywiście razem ze swoją córką.

Żona Łukasza musiała zrezygnować z pracy, życie rodziny wywróciło się do góry nogami, a Łukasz przy okazji tego wszystkiego tył. Z 85-kilowego chłopaka zamienił się w 130-kilogramowego…

„No właśnie, kogo? Wyglądałem jak popuchnięty od bicia pałami. Ostatnio mieliśmy remont i niosłem 25-kilowy worek kleju. No i wtedy mnie uderzyło. Tyle zrzuciłem” – opowiada. Zrzucił, bo zaczął biegać. Każdy jednak trening to nieobecność w domu, żona sama z dziećmi, bo obok Julki jest jeszcze w domu zbuntowana 14-latka.

Łukasz wpadł więc na pomysł, że może wózek biegowy dla małej. Bo ona uwielbia jeździć zwykłym wózkami i kocha wyprawy samochodem. Zajrzał więc do internetu, żeby zobaczyć ceny, no i mało nie spadł z krzesła. Nie było szans. Jedyny żywiciel rodziny, dwie dziewczynki, w tym jedna chora – nic z tego. Ale znalazł Fundację Czarodziejska Góra z Wrocławia, która od lat organizuje akcję „Maciek Biega” i ma na celu popularyzację biegania wśród rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi. Napisał do nich i dostał wózek.

„Pierwszy raz wyszliśmy z Julią z duszą na ramieniu – wspomina 6-kilometrowy bieg. – Ale okazało się, że dla Julki to wspaniała zabawa. Do dziś, jak tylko zobaczy, że się ubieram, że wyciągam wózek, to szaleje. Dla niej to wielka radość. Puszczamy muzyczkę i lecimy. Ona przepada za takimi prędkościami, że ja tylko w interwałach jestem w stanie je wyrobić” – śmieje się Łukasz.

Ale do tych prędkości pasuje ich muzyczka. Jaka? Ano słuchają sobie metalu. Julia uwielbia Metallicę. To zabawne, ale efekty ich biegania są całkiem poważne. Julia mniej choruje, prawdopodobnie na tych ich wyprawach zahartowała się, a żona ma w końcu trochę czasu dla siebie. Bo też lubi sport – trenuje siatkówkę i piłkę ręczną. Wszyscy mają więc coś, co pomaga im odnaleźć w tym całym zgiełku codzienności siebie, odprężyć się, nabrać sił na kolejne zmagania z przeciwnościami losu.

„No i mnie te treningi trzymają w formie, bo przysiągłem sobie, że już nigdy się tak dramatycznie nie załatwię. Przecież jak sobie przypomnę pierwszą przebieżkę, to aż mnie głowa boli. To był jakiś świński trucht, rozpacz hipopotama” – wspomina Urban.

Paweł Jach, ojciec niepełnosprawnego Maćka, pomysłodawca przedsięwzięcia i jedna z pierwszych osób w Polsce, która zorganizowała charytatywny bieg, z takich sukcesów ma wielką frajdę. Bieg dla Maćka to już wrocławska tradycja, a Fundacja Czarodziejska Góra jest prężnie działającą machiną.

„Zaczynaliśmy w grupie znajomych. Wszystkim, którzy chcieliby zacząć pomagać, organizować takie biegi, polecam zebrać silną grupę przyjaciół. To jest najlepsza metoda. Zaczyna się od małego kamyka, a potem to już toczy się jak lawina” – opowiada Paweł.

REKLAMA

REKLAMA

Biegi charytatywne - jakie efekty przynosi pomaganie przez bieganie fot. Tomasz Woźny

Jan bez domu

Jan Witczak w wyniku nawałnicy stracił dom. Woda roztrzaskała dach na pół. W 2011 roku gminę Blizanów w województwie wielkopolskim nawiedziła ulewa. Zniszczyła także dom pana Jana. Wielu rolników musiało sprzedać ziemię, żeby odbudować swoje mieszkania, ale pan Jan miał to szczęście, że mógł przystosować na nowy dom pomieszczenia gospodarcze. Mieszka w nich i odbudowuje teraz właściwe mieszkanie. Pomogli mu w tym biegacze.

Lawina, nawałnica, struga, ulewa – jak zwał, tak zwał, ważne, że coś takiego rozerwało dom Jana i Haliny Witczaków na pół. Oboje mieszkają w gminie Blizanów w województwie wielkopolskim i nie spodziewali się, że przyjdzie taka burza, iż dosłownie pozbawi ich domu.

„Lało przez 10 minut, ale tak, że dach domu pękł na pół i woda lała się do środka. Mój 92-letni ojciec mówi, że jak żyje, to takiego czegoś nie widział. Wnuki struchlały, a żona, jak po ulewie wyszła na podwórko, załamała ręce i poszła płakać” – opowiada pan Jan.

On rąk nie załamał, nie przeżegnał się, ale zakasał rękawy i zaczął walkę o powrót do normalności. Dom był nie do uratowania. Przerobili na mieszkanie stodołę i oborę wraz z magazynami. Trzeba się było spieszyć, bo ulewa przyszła 5 września, a wiadomo, że już po Wszystkich Świętych przychodzi zima. Zdążyli. Mieszkali przez ten czas w piwnicy i czasami było tak zimno, że jak człowiek nogę spod pierzyny wystawił, to prawie odmarzała. „Trzeba się więc było przykrywać i przytulać” – śmieje się dziś rolnik.

Ale jak trwał ten wyścig z czasem, to do śmiechu im nie było. Potrzebne były pieniądze na wapno, cement, drewno. Z pomocą przyszła gmina, ale przyszli i biegacze. Ci, co każdego roku biegają w okolicach Supermaraton Kalisia, czyli okrągłą setkę. Zebrali pieniądze dla ludzi z gminy.

„W tym samym roku, po nawałnicy, miał być nasz bieg. Zadzwoniłem do wójta i powiedziałem, że chyba nie będziemy zawracać im głowy z organizacją biegu i go odwołamy. On przytaknął i się rozłączyliśmy. Ale potem pomyślałem, że przecież ci ludzie co roku nam kibicują i trzeba im pomóc. Ogłosiłem, że setki nie ma, ale biegniemy bieg charytatywny. Pieniądze przysyłali nawet ci biegacze, co nie przyjechali, co nigdy naszej setki nie biegli. Zebraliśmy około 40 tysięcy złotych” – opowiada Mariusz Kurzajczyk, organizator Supermaratonu.

„Jasne, że im co roku kibicowaliśmy – mówi Jan Witczak. – Nawet jak buraki odwoziliśmy do punktu skupu, to się człowiek zatrzymał, żeby na nich popatrzeć. To cieszy oko, taki sportowiec. Wspaniały widok”.

Czy po tym 2011 roku, kiedy cały dramat się rozegrał, po tej pomocy, kibicują bardziej? Mariusz Kurzajczyk odpowiada, że wcale nie, bo nie o to chodziło. Żaden biegacz jakichś gestów wdzięczności się nie spodziewał. Bo tak chyba mają wszyscy ludzie z pasją: życie ich cieszy, to i innym ludziom chcą pomagać.

„Myśmy już od dawna pomagali. A to przy trasie stał dom, który wyglądał na biedny i pieniądze się zebrało, a to sprzęt audio-wideo dla ośrodka kultury, a to zabawki dla dzieci. Zwyczajna sprawa” – podsumowuje krótko.

REKLAMA

Biegi charytatywne - jakie efekty przynosi pomaganie przez bieganie fot. Tomasz Woźny

Frytka do adopcji

Frytka, klacz, która spłoszona przez samochodowy klakson złamała nogę. Miała skończyć w rzeźni, a trafiła do stadniny Fundacji Pegasus w Grodzisku Mazowieckim. Jest pogodna, sympatyczna i mimo skomplikownej operacji kości nogi, uwielbia biegać. Bardzo dobrze odnajduje się też w pracy z dziećmi. Pieniądze z pomocy od biegaczy z Wielkiej Ursynowskiej idą na siano dla niej i innych koni mieszkających w stadninie Pegasusa.

Zwyczajna sprawa dla konia – biegać. Jak zresztą dla biegacza. Są jednak takie konie, jak i biegacze, co swojego powołania nie mogą realizować. Biegaczowi rzeźnia jednak nie grozi, a koniowi – owszem. Taki koniec miał spotkać właśnie Frytkę. Wiodła zwykłe życie konia gospodarskiego, ale pewnego dnia spłoszył ją klakson samochodu i złamała nogę. Weterynarz źle ją zagipsował i jej los wydawał się przesądzony.

Miała jednak szczęście, bo trafiła w ręce Fundacji Pegasus: ludzi, którzy ratują takie właśnie konie. To oni znaleźli specjalistę, który po konsultacjach z weterynarzami całego świata znalazł sposób na ratunek. Dziś trzeba tylko Frytki trochę pilnować, żeby z bieganiem nie przesadzała, żeby się nie potknęła. Bo natura u 110 koni w stadninie Pegasusa w Grodzisku Mazowieckim jest silniejsza od możliwości.

Dlatego na porannym wybiegu niemal wszystkie są jak maratończycy amatorzy. Na początku galop, wyciąganie szyj, radość, wyścigi, tempo ponad siły, a potem co któryś zaczyna znaczyć. Znaczyć, czyli nie do końca kuleć, ale troszkę inaczej układać nogę. Jak, zresztą, większość z nas, biegaczy.

„Tak samo jak biegacze, tak i te konie nie muszą iść w odstawkę, mogą dalej biegać. Ale ich świat jest dużo bardziej okrutny niż ludzki. Prawo nie przewiduje schronisk dla zwierząt gospodarskich, dlatego trafiają do rzeźni. Chyba że uratują je tacy jak my. Udało nam się ocalić ich już 270” – mówi Agata Gawrońska, prezes Fundacji.

Część koni idzie do adopcji, bo to przemiłe kosiarki. Posiadanie takiego podopiecznego zwalnia z obowiązku koszenia trawy na posiadłości. Część jednak zostaje na stałe w Grodzisku i na ich utrzymanie potrzeba sporych pieniędzy. No i pomagają w tym biegacze. Pieniądze z biegu Wielka Ursynowska, który odbywa się na torze wyścigowym, idą właśnie na ten cel.

„To miły gest, ale i dość symboliczna sprawa. Przecież konie i biegacze dzielą jedną pasję, czyli bieg. Zwłaszcza że spora część z naszych podopiecznych to byłe konie wyścigowe. Zachęcamy więc biegających, by wspierali naszą Fundację. Jeśli biegacie, to pomóżcie ratować tych, dla których bieg jest istotą życia” – mówi Agata.

REKLAMA

REKLAMA

Biegi charytatywne - jakie efekty przynosi pomaganie przez bieganie fot. Tomasz Woźny

Do pomagania podopiecznym Pegasusa zachęca Jerzy Górski, mistrz świata w podwójnym Ironmanie z 1990 roku, który Wielką Ursynowską dla Urzędu Dzielnicy Ursynów zorganizował. Organizuje też co roku w Głogowie Noworoczny Marszobieg „Nie jesteś sam”. Zaczynał 10 edycji temu, a pomysł przywiózł z USA. Kiedy gościł tam u wybitnego maratończyka Antoniego Niemczaka, to zdziwił się, że przed startem na zorganizowanym biegu kupują masę jedzenia, choć jedli już śniadanie. Okazało się, że to na cele charytatywne. Górski to samo zrobił w Głogowie.

Zaczął od znajomych. Sterroryzował 27 osób: albo przyjdziecie, albo was nie znam. Przyszli na umówione miejsce o 9 rano w Nowy Rok, przynieśli trochę jedzenia. Pobiegli, a to, co zebrane, rozdali. Tak, było ich wtedy 27 osób. Dziś jest ponad 1000. Cały Głogów chodzi z siatami pełnymi długoterminowego jedzenia. Zbiera się cały tir – trzy tony.

„Każdy może zorganizować bieg charytatywny. Najłatwiej jest znaleźć jakąś fundację i dla niej zbierać pieniądze. Trzeba tylko chcieć” – mówi legendarny już polski triatlonista. Tak, jest, trzeba tylko chcieć. 

RW 12/2014

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij