Biegowa podróż w czasie (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Bieganie nie daje o sobie zapomnieć, nawet gdy próbujemy. Albo jeśli po prostu nic nam się już nie chce. Przekonałam się o tym niedawno za sprawą nowo poznanego sąsiada, który zafundował mi biegową podróż w czasie.  

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

Okazuje się, że nawet przymusowa przeprowadzka może pozytywnie wpłynąć na treningi. A właściwie to nowi sąsiedzi. Zaczęło się oczywiście od rozmów na temat bezpieczeństwa i wspólnego dbania o czystość, bo mieszkanie vis a vis zobowiązuje. Sąsiad szybko jednak zauważył, że regularnie wychodzę z mężem na bieganie i tak od słowa do słowa…

REKLAMA

Poznaliśmy historię jego startu w maratonie ponad 20 lat temu. Co zapamiętał poza zmęczeniem, bólem i dumą? To, że bawełniana koszulka potrafi okrutnie obetrzeć na karku i pod pachami. Nikt nie myślał wtedy o zegarkach z nawigacją GPS, skarpetach kompresyjnych czy sportowych żelach. A jednak dało się biegać zdrowo i radośnie.

Od tej opowieści rozpoczęła się moja biegowa podróż w czasie. Okazało się, że ów pan ma w swojej kolekcji sporo magazynów o bieganiu wydanych w czasach, kiedy jogging nie trafił jeszcze pod strzechy. I tak oto, po niewinnej pogawędce przez balkon, w moje ręce trafił numer „Runner's World” sprzed 6 lat. Do tego niesamowity egzemplarz startowo-testowy, czyli numer specjalny „Men's Health” zatytułowany „Jogging”, ze stycznia 2006 roku. A na dokładkę biegowy dodatek do ogólnopolskiego dziennika z marca 2007 roku.

Jak zatem wyglądało bieganie blisko dekadę temu? Zacznę od tematu najbardziej babskiego, czyli od mody. Niby spodenki i koszulka to prosta konstrukcja i wiele nie można tu zmienić. Jednak – na szczęście – przez ostatnią dekadę projektanci ubrań sportowych nie próżnowali - nawet proste taliowanie robi różnicę (paniom pewnie nawet większą). Oraz odejście od modelu ubrań worków i przekonania, że im są luźniejsze, tym bardziej sportowe. Nie mówiąc już nawet o technologii i rodzajach tkanin, które niedługo pewnie staną się mądrzejsze od samych biegaczy.

Temat oczywisty to elektronika. Dekada w tej dziedzinie to chyba – przekładając na życie ludzkie – całe pokolenia. Dzisiejsze odtwarzacze muzyki to wnukowie ówczesnych, a grafika starych zegarków treningowych nieodparcie kojarzy mi się z grą w węża, znaną z popularnych lata temu telefonów. A propos komórek: wśród wyróżników jednego z reklamowanych modeli przeczytałam, że ma możliwość nagrywania filmów!!!

Znakiem czasu z pewnością jest to, że wzrósł kilometraż poruszany w tekstach. W numerach archiwalnych czytałam głównie o tym, jak zacząć biegać i jak „zrobić pierwszą dychę”. Dziś każdy numer magazynu biegowego to nie tylko rady dla początkujących, ale i bardzo profesjonalne podpowiedzi dla tych, którzy na maratonie zjedli zęby i stracili paznokcie u stóp.

Jest też ciekawa zmiana na linii biegacze – dieta. Otóż z archiwalnych numerów wynika, że dieta to był babski temat. Tymczasem dziś jakoś takiego rozróżnienia już nie widzę. Bo przestał to być problem tylko kobiet? A może nigdy nie był ściśle damski?

 Z pewnością przez lata nie zmieniło się to, że bieganie poprawia nastrój, hartuje ciało i umysł oraz znacząco wpływa na satysfakcję w życiu prywatnym. Nie pozostaje więc nic innego, jak na przekór pogodzie przebiegać jesień. Żeby za 10 lat było co opowiadać z błyskiem w oku.

RW 11/2016

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA