REKLAMA

Bohaterki pod osłoną nocy (felieton z cyklu Okiem biegaczki)

Mocno zdziwiłam się po odkryciu tego gatunku biegaczek. Nie zmienia to jednak faktu, że one są, istnieją. Kobiety, które nie lubią lata!

felieton Emilii Iwanickiej-Pałki z cyklu Prisma
rys. Prisma

I to wcale nie dlatego, że jest gorąco i biega się ciężko. Nawet nie dlatego, że są wakacje i po włączeniu trybu relaksacyjnego czasami biegać się nie chce. Im po prostu latem znacznie trudniej jest się schować!

REKLAMA

Pierwszy raz usłyszałam o tym od przyjaciółki. Później okazało się, że biega z nią znajoma, która podziela ten pogląd. Później ktoś w pracy, ktoś znajomy kogoś z pracy i tak dalej, i coraz bardziej.

„Ja po prostu nie lubię, jak ktoś mnie widzi podczas biegania. Jak się pocę, jak sapię. Nie cierpię zastanawiać się, czy ludzie będą się na mnie gapili, czy będą obracali się za mną, jak przebiegnę obok nich, imitując dźwięki ciuchci parowej. Albo, czy widząc mnie z daleka, będą przypominali sobie numer alarmowy. Najlepiej ten ogólny, bo nie wiadomo, czy bardziej pomoże straż pożarna, czy pogotowie” – wycedziła mi kiedyś przez zęby koleżanka, zapytana o to, dlaczego nie lubi biegać rano.

Okazało się, że nie tylko obowiązki domowe, samopoczucie czy zawartość terminarza wpływają na porę biegania. Jest i ten ciemny obszar w mózgu, który podpowiada, że świat nie jest jeszcze gotowy na oglądanie nas w biegu. W efekcie jedynym momentem, w którym w butach biegowych czujemy się komfortowo, jest noc. A skoro tak, to maj, czerwiec, lipiec i sierpień stają się pasmem udręki.

Co ciekawe, poszukiwanie analogii i uzasadnienia takiej postawy poszło mi bardzo łatwo. Wystarczyło sięgnąć do własnego dzienniczka biegowego. A tam opis jednego z treningów sprzed kilku lat, dokumentujący traumę pierwszego biegania w... legginsach.

Bo ja nigdy nie nosiłam tego typu spodni, bo zawsze czułam się w nich źle, bo najlepsze spodenki to luźne spodenki. Jestem z frakcji, dla której lycra to czarna karta w historii mody, porównywalna tylko ze spodniami typu piramidy. Aż przyszedł ten moment, kiedy musiałam się przełamać i przekonać, że przylegające spodenki są bardzo wygodne i nawet nie wyglądają najgorzej.

REKLAMA

REKLAMA

Bieganie to nie tylko przełamywanie barier motywacyjnych i wytrzymałościowych. To też przesuwanie granicy wstydu. I, niestety, mam wrażenie, że mężczyznom przychodzi to łatwiej. Kiedy mijam w parku sapiącego nadmiernie – jak na temperaturę i tempo – spoconego biegacza, on ma w oku błysk dumnej walki. On właśnie przełamuje granice światów, wdziera się na wyższy poziom sprawności, walczy z kolką jak z Dawid z Goliatem. A kobieta? Wzrok ma utkwiony w ścieżce, raczej chciałaby biegać w namiocie z dziurą na nogi, raczej wolałaby być niezauważalna...

Cóż... Tak jak bardzo to rozumiem, tak również mogę zapewnić, że to mija. I nie chodzi tylko o przeproszenie się z obcisłymi spodenkami. Chodzi też np. o ten frustrujący moment, kiedy na samym środku parku zaczyna Cię uwierać bielizna, albo kiedy podczas zbyt intensywnego treningu Twoja twarz zaczyna przypominać zdjęcia z mety biegaczek na nartach (one potrafią się spluć chyba najurokliwiej ze wszystkich sportsmenek).

Bywa i gorzej. Sama widziałam np. na maratonie we Frankfurcie panie, które ostatnie pilne potrzeby przed startem załatwiały pod przykryciem plastikowych worków chroniących przed zimnem. Albo Paryż: Wersal, moda, te sprawy... I biegaczki, które przerażone długimi kolejkami do toalet w strefach startowych radziły sobie, korzystając z kratek ściekowych. A i osłona nocy w nocnym skądinąd półmaratonie we Wrocławiu nie ukrywała wszystkiego.

To cała prawda o bieganiu i nie ma się co oburzać, albo mlaskać z niesmakiem. Nie da się biec 4 godziny z pełnym pęcherzem. Nie da się też robić interwałów ze zrolowaną bielizną. Znaczy może i się da, ale po co.

 Bieganie uczy pokory i szacunku dla własnego ciała. Trzeba o nie dbać i żyć z nim w zgodzie. Trzeba je odżywiać, regenerować. Ale bardzo ważne jest też to, żeby je polubić. Na szczęście przychodzi to z kolejnymi treningami, zawodami, z kolejnymi skrajnymi sytuacjami, w których trzeba sobie radzić. I dobrze, że z czasem ciało samo puka nas w głowę – inaczej nigdy nie założyłabym legginsów...

RW 08/2015

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA