[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.4

Bohdan Tomaszewski: Znałem Kusego, Zatopka, Owensa...

Przez ponad 60 lat, komentując występy Polaków na stadionach całego świata, rozpalał do białości wyobraźnię kibiców. W rozmowie z Runner's World wspominał legendarnych sportowców minionych dekad - wielkie gwiazdy, które dla niego były często po prostu kolegami.

Legenda dziennikarstwa sportowego w swoim żywiole: Bohdan Tomaszewski w czasach, kiedy zawody lekkoatletyczne gromadziły w Polsce tłumy kibiców. (fot. PAP)

Parę pokoleń naszych rodaków wychowało się na jego transmisjach w Polskim Radiu. Na rozmowę umówiliśmy się w jego mieszkaniu na warszawskim Śródmieściu. Siedzieliśmy w pokoju wypełnionym pamiątkami i... papierosowym dymem.

Ludzie, których poznał w swoim bogatym życiu, są legendami sportu, ale z wieloma z nich połączyła go nić serdecznej przyjaźni. Za sprawą wspomnień Bohdana Tomaszewskiego oczami wyobraźni widzimy fantastyczne biegi, heroiczną walkę na bieżni i bohaterów wszystkich lekkoatletycznych stadionów świata.

12igrzysk olimpijskich komentował na żywo Bohdan Tomaszewski: 7 letnich i 5 zimowych. Pierwsze były w 1956 r. w Melbourne, a ostatnie w Moskwie w 1980 r.

"Biegi w mojej wieloletniej pracy reporterskiej odgrywały ogromną rolę - zaczął pan Bohdan Tomaszewski. - Zrobiłem masę relacji z lekkiej atletyki. Był to dla mnie pierwszy sport obok tenisa. W międzyszkolnym klubie, jako 10-11-letni chłopiec, grałem w piłkę nożną, ale uprawiałem też lekką atletykę. Jeśli chodzi o dłuższy dystans, też jakoś dawałem sobie radę. Za to w sprincie na 50-60 metrów byłem fatalny. Brakowało mi szybkości. Jako zawodnik na korcie tenisowym miałem dobry start do piłki, ale jest to zupełnie inny sposób biegania".

Lampka wina za "Kusego"

Pierwszym biegaczem i od razu wielkim, którego widziałem w czasie treningu, był Janusz Kusociński. Grywaliśmy w piłkę z kolegami w ogrodzie, gdzie obok rozciągały się Pola Mokotowskie. To była wielka przestrzeń. Któregoś dnia zobaczyłem, że skrajem tego pola biegnie jakiś dziwny facet. Nieduży, niepozorny, w granatowym dresie z napisem na plecach "Warszawianka". Pojawiał się przy barierce naszego boiska, oddalał się, robił 2-kilometrowe kółko i po jakimś czasie znów go widzieliśmy.

Był niezmordowany. Okrążał to Pole Mokotowskie wiele razy. "Kusy" trzymał w ręku stoper. W miarę jak przebiegał kolejne okrążenia, jego dres pod wpływem potu robił się z granatowego niemal czarny. Tak wyglądały treningi Kusocińskiego - pierwszego polskiego złotego medalisty w biegu na 10 km na igrzyskach w Los Angeles w 1932 roku.

Później miałem zaszczyt poznać go osobiście. "Kusy" podczas długiej przerwy spowodowanej kontuzją kolana przychodził na brydża do klubu tenisowego Legia. Ten domek istnieje do dzisiaj. Ja byłem wtedy 16-letnim młodzikiem w Legii. Ktoś nas sobie przedstawił, nawiązaliśmy kontakt i tak to się rozwinęło, że potem razem chodziliśmy na pobliski basen.

REKLAMA

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

W międzyczasie wyrósł mu w kraju poważny rywal - Józef Noji. To zawodnik, który na olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku zajął 5. miejsce na 5 km. W 1939 roku doszło do prestiżowego, przełajowego pojedynku obu biegaczy na Polu Mokotowskim. "Kusy" bardzo się do tego przygotowywał. Przed biegiem zaprosił grupkę swoich przyjaciół, wielkich tenisistów: Jadwigę Jędrzejowską i Ignacego Tłoczyńskiego, lekkoatletkę Marysię Kwaśniewską oraz m.in. mnie do kibicowania mu w tym wyścigu. "Kusy" wygrał ten 7-8 km przełaj w znakomitym stylu. Uszczęśliwiony zabrał nas wszystkich do swojego mieszkania przy ul. Noakowskiego i tam wypiliśmy za niego lampkę wina.

Najważniejsza jest jakość ludzi, którzy sportem kierują. Gdy będą oni dużego formatu, będzie i dobry sport.

Miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z Kusocińskim. Pod koniec wiosny 1939 roku mówił mi, że jego marzeniem jest wystąpić na najbliższej olimpiadzie w Helsinkach w 1940 roku. Chciał wystartować w maratonie. Niestety, przyszła wojna. Podczas okupacji Kusociński był bardzo blisko mojej grupy konspiracyjnej. Kiedy zaaresztowało go gestapo, zrodziło się napięcie, czy nas nie wyda. Ale Ignacy Tłoczyński, który był szefem naszej siatki, powiedział: "Ja znam go najlepiej. Będą go katować, ale on nikogo nie wyda!". Kilka miesięcy później rozstrzelano "Kusego" w Palmirach. Faktycznie, nikogo nie wydał...

Ona była trochę inna

Drugą wielką postacią przedwojennej polskiej lekkiej atletyki była Stanisława Walasiewiczówna. Zdobyła dla Polski złoty medal w Los Angeles w 1932 roku w biegu na 100 metrów. W Berlinie miała srebro. Jako pierwsza budowała polski sprint. To była dziwna postać. Jak dziewczyny stawały na starcie do sprintu, to dało się zauważyć, że ona jest trochę inna. Nie była specjalnie dziewczęca. Po śmierci Walasiewiczówny pojawiły się pewne wątpliwości co do jej płci. Biedna, tragicznie skończyła życie, zastrzelona w Ameryce.

Parokrotnie z nią rozmawiałem. Mówiła po polsku z amerykańskim akcentem, bo jej rodzice wyjechali z kraju, kiedy miała 3 lata. Ale widać było, że jest związana z Polską. Była nieładna. Zapamiętałem ją jednak jako osobę kontaktową, ciepłą i przesympatyczną.

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Zabawa dużych chłopców

Jeszcze jako uczeń chodziłem na czwartki lekkoatletyczne na Legii, gdzie odbywały się sprinty i biegi przez płotki. Przychodziło na to kilkuset widzów. Zapamiętałem jedną cudowną rzecz. Otóż na tych mityngach ci wszyscy najlepsi polscy sprinterzy szalenie walczyli o zwycięstwo, ale jednocześnie panowała tam niesamowita atmosfera dawnego sportu. To było grono rywali i przyjaciół. Czasami ktoś się spóźnił i w ostatniej chwili miał startować na setkę. I zaraz postanowiono: "Jesteś zadyszany. Szybko się przebierz, my wstrzymamy ten bieg i zrobimy go trzy kwadranse później".

To się odbywało w niesłychanie koleżeńskiej atmosferze. Jakby dorośli chłopcy bawili się w bieganie. A przecież były to poważne zawody, z których wyniki szły do prasy. Startowali tam najlepsi polscy sprinterzy. Edward Trojanowski na 100 metrów miał rekord kraju 10,7, który przetrwał bardzo długo. Jego brat stryjeczny, Wojciech Trojanowski, był z kolei mistrzem Polski przez płotki, z czasem 15,5 s.

Wojciech Trojanowski jeszcze przed wojną stał się najlepszym sprawozdawcą sportowym. Był gwiazdą. Po wojnie znalazł się w obozie jenieckim w Woldenbergu i już nie wrócił do Polski. Potem pracował jako sprawozdawca BBC, a następnie w Wolnej Europie. Poznałem go osobiście na mojej pierwszej olimpiadzie w Melbourne, jako sprawozdawca Polskiego Radia. I zaprzyjaźniliśmy się. Jak gdyby przez przekorę organizatorzy stale dawali kabiny radiowe Polskiego Radia w sąsiedztwie Wolnej Europy. I tak obok mojego wielkiego idola pracowałem niemal ramię w ramię. Te ciągłe rozmowy, wymiana wyników, informacji, papierosów...

Różaniec po serii z automatu

Mieliśmy przed wojną świetnego sprintera, który nazywał się Bernard Zasłona. Biegał 10,6 na setkę. Potem został na emigracji. Pojawił się, kiedy byłem na meczu lekkoatletycznym Polska - Wielka Brytania w Edynburgu. Tam go poznałem i wraz z Ignasiem Tłoczyńskim odbyliśmy długą, trwającą do północy rozmowę. To znaczy oni snuli wspomnienia, a ja milczałem.

REKLAMA

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

W pewnym momencie Zasłona zaczął opowiadać o meczu Polska - Niemcy, który odbył się przed wojną w Królewcu, czyli w Prusach. Tam rywalizował ze znakomitym niemieckim sprinterem Erichem Borchmeyerem, który był w finale na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku. Zasłona znakomicie to opowiadał: "Klęczę koło Borchmeyera, myślę sobie: »Jesteś lepszy ode mnie, ale może ja ci dziś dołożę«. Patrzymy na siebie, biegniemy i wygrywam. To był mój życiowy sukces!".

Kiedy rozmowa zeszła na temat wojny, nagle wstał i odsłonił pierś, na której zobaczyłem coś jakby różaniec... ze śladów po kulach. Dostał pod Monte Cassino serię w piersi i zostały mu takie blizny.

Wpadka w debiucie

W 1955 roku odbywał się w Polsce festiwal młodzieży, gdzie zorganizowano także igrzyska sportowe. Nie byłem jeszcze na etacie w radiu, ale powierzono mi komentowanie biegu na 5 km, w którym wystartował ówczesny rekordzista świata na 1500, 5000 i 10 000 metrów - Węgier Sandor Iharos. Jego rywalem był nasz Jerzy Chromik. I doszło do sensacji. Chromik wygrał na finiszu.

Ja jednak pamiętam ten mój debiut również z innego powodu. Obok mnie stał kierownik redakcji sportowej, pan Konrad Gruda, który mierzył czasy i miał mi niby asystować. Przekazał mi wynik. Podałem czasy na antenę. Tymczasem pan Konrad pomylił się o minutę i zamiast 14 z sekundami podał mi 15 z sekundami. Był tak przejęty zawodami. A ja podałem o minutę gorszy czas Chromika i to poszło. Taki był mój debiut, od razu z błędem.

Czapeczka Jesse Owensa

Wkrótce potem były moje pierwsze igrzyska w Melbourne. Znicz zapalał młodziutki Australijczyk Ron Clarke. On dostąpił tego zaszczytu, ponieważ wsławił się w jednym z biegów przed olimpiadą. Rywalizował z ówczesną sławą - Johnem Landym. Ten na finiszu potknął się i przewrócił. Jednak Clarke nie skorzystał z okazji, tylko zatrzymał się i pomógł podnieść się rywalowi. Wspaniały czyn! Australia go dostrzegła i tak ten chłopak dostąpił zaszczytu zapalenia znicza.

Jeśli chodzi o biegi w Melbourne, to fenomenem był Rosjanin, Władimir "Wołodia" Kuc. Wygrał na 5 i 10 km. Biegał brzydko, siłowo, nieestetycznie, ale skutecznie. Pokonał wszystkich rywali, ze świetnymi Anglikami na czele. Z kolei na 100 i 200 m wygrał Amerykanin Bobby Morrow. To był taki podwójny zwycięzca w sprincie olimpijskim, który nie stał się kimś wielkim, jak wcześniej chociażby Jessie Owens.

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Życie jest jak bieg na 10 km. Zaczyna się wolno, a dopiero ostatnie okrążenia to już jest tempo, tempo, tempo.

Tego wielkiego sprintera miałem zresztą okazję poznać. W 1962 roku był sędzią na zawodach Polska - USA w Chicago. Pamiętałem Owensa, jak Trojanowski robił olimpiadę w Berlinie. Okazało się, że Amerykanin był niesłychanie uprzejmy. Prawdziwy dżentelmen. Tak nam się miło gadało, że dał mi na pamiątkę swoją czapeczkę. Jeździłem w niej potem na wiele imprez sportowych.

Bieg we mgle

Jednym z najtrudniejszych wyzwań w mojej karierze było komentowanie występu Jerzego Chromika na zawodach w Londynie. Jako rekordzista świata i mistrz Europy z 1958 roku pojechał na bieg przeszkodowy walczyć z koalicją znakomitych Anglików. Ja wtedy pierwszy raz zostałem wysłany do Londynu. Zawody odbywały się pod wieczór i nagle przyszły tumany mgły. A Anglicy nie wiadomo dlaczego zrobili metę nie tam gdzie zawsze, tylko po drugiej stronie boiska. I ja tej drugiej strony w ogóle nie widziałem. Obserwowałem, jak biegnie trzech znakomitych Anglików i Chromik, weszli w wiraż i... znikali we mgle.

Z każdym okrążeniem wyścig nieuchronnie zbliżał się do końca. Przebiegają po raz ostatni przed moim stanowiskiem. Miałem już trochę doświadczenia, wyrastałem ze sportu i umiałem patrzeć na człowieka w wysiłku. I wydało mi się, że ci Anglicy biegną końcówkę raźniej, a Chromik jakoś ociężale. Bieg, na który zostałem specjalnie wysłany do Londynu, kończy się finiszem, którego nie widziałem. I mam powiedzieć, kto wygrał. A ja nie wiem! Musiałem się więc jakoś asekurować. Powiedziałem, że przypuszczam, iż Chromik nie wygrał tego biegu. I umierałem ze strachu, co będzie, jak za chwilę spiker powie, że Polak był najlepszy. A on mówi: "First Shirley, second Brasher...". Chromik był czwarty.

REKLAMA

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Płynąc nad Rzymem

Jako już trochę bardziej zaawansowanego sprawozdawcę wysłano mnie na olimpiadę do Rzymu w 1960 roku. W pewnym sensie to najpiękniejsze igrzyska z tych dwunastu, które widziałem (7 letnich i 5 zimowych). My, Polacy, kochamy Rzym, on jest piękny, cudowny. Jeszcze nie było polskiego papieża, a już coś było w tym mieście. Pogoda, atmosfera, piękne areny.

I na tym stadionie niezapomniany Zdzisław Krzyszkowiak zdobył złoty medal na 3 km z przeszkodami. Po zaciętej walce wygrał z dwoma Rosjanami: Nikołajem Sokołowem i Semionem Rżyszczynem. Krzyszkowiak biegał bardzo pięknie. Płynął nad przeszkodami, przechodził je lekko i jakby bez wysiłku. Był delikatny, ale i twardy, uparty. Wielki biegacz. Z Polaków świetnie spisał się także Kazio Zimny, który wywalczył brąz na 5 tysięcy metrów. To była urocza postać, cudownie uzupełniał Krzyszkowiaka i Chromika.

W innych biegach w Rzymie doszło do jednej dużej sensacji. Na 200 m faworytami byli Amerykanie, ale niespodziewanie wygrał Włoch Livio Berutti. Italia szalała. Wśród kobiet zjawiskiem była Amerykanka Wilma Rudolph. Jak ona wygrywała na 100, 200 metrów i w sztafecie! Urocza Murzynka. Jedna z najpiękniej biegających sprinterek w historii. Miałem okazję osobiście ją poznać, gdy przyjechała na zawody do Warszawy.

Przygarbiona błyskawica

Po olimpiadzie w Tokio zaczął umacniać się polski Wunderteam. Biegi: Makomaski, Baran, Krzyszkowiak, Chromik, Orzóg, ale i inne dyscypliny: Jóźwiakowska-Bieda, Sidło, Mikiciuk, Stalmach, Grabowski... To jest moje ogromne wspomnienie życiowe, ponieważ z Wunderteamem byłem niesłychanie zżyty. Miałem szczęście jeździć z tą drużyną po całej Europie.

W 1962 roku byłem za oceanem na pamiętnym meczu Polska - Stany Zjednoczone. Marian Foik, "Biała błyskawica", wygrał na 200 metrów. Koledzy nazywali go "Garbus", ponieważ biegał trochę zgarbiony. W ogóle był zgarbiony. Ale jak startował, to mknął po bieżni jak błyskawica. Po latach mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, w sąsiednim bloku, i spotykaliśmy się na spacerku z naszymi psami.

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

W innym meczu Polska - USA w Warszawie niesamowicie pokazał się Zbigniew Makomaski na 800 metrów. Wygrał z Tomem Courtneyem, mistrzem olimpijskim z Melbourne. Tadeusz Kazimierski i Makomaski rozegrali cudownie taktycznie ten bieg. Courtney po swojemu zawsze prowadził i wygrywał, a Polacy się go uczepili i Makomaski zwyciężył na finiszu. To był jego bieg.

Synteza polskiego biegania

Mówiono, że igrzyska w Tokio w 1964 roku były pierwszą nowoczesną olimpiadą, bo np. mierzono czasy elektonicznie. Nasi na tej olimpiadzie wykazali zadziwiającą, już niepowtarzającą się w takiej skali szybkość. Na 100 metrów Ewa Kłobukowska była trzecia. I fenomenalnie wystąpiła w zwycięskiej sztafecie 4 x 100. Walka była zacięta - najpierw Teresa Ciepła, potem Irena Kirszenstein na dłuższym dystansie sztafety, Halina Górecka na wirażu i ostatnia Kłobukowska, która poszła jak burza. Wszystkie zasłużyły na brawa, ale bieg pani Ewy był wyjątkowy. Była tak szczęśliwa, że nie chciała oddać Japończykom pałeczki. Do tego Irena Kirszenstein miała srebro na 200 metrów i w skoku w dal, a płotkarka Ciepła była druga na 80 metrów.

Z kolei wśród panów Andrzej Badeński zdobył brązowy medal na 400 m. Plus srebrna sztafeta mężczyzn 4 x 100 m. Tam walka z Amerykanami była zażarta do ostatniej zmiany. Uciekł nam fenomenalny czarnoskóry biegacz Bob Hayes, ale myśmy zajęli w znakomitej walce drugie miejsce. W sztafecie biegł m.in. Wiesław Maniak. To był świetny sprinter. W eliminacjach na olimpiadzie w Tokio z wiatrem zszedł poniżej 10 sekund. Ostatecznie w znakomitej obsadzie finału zajął 4 miejsce, jako pierwszy z białych. Wygrał oczywiście Hayes.

Maniak był repatriantem, wychował się w Londynie. Krępy, niewysoki, siłowy, ale miał niesłychany rytm i harmonię biegu. Szedł jak kula! Do tego był bardzo sympatyczny, lubiany i dowcipny - takie połączenie humoru angielskiego z polskim. To on mi się kojarzy z tą niezwykłą olimpiadą, gdzie Polacy byli świetni na wszystkich krótkich dystansach.

REKLAMA

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Męka długodystansowców

Meksyk, 1968 rok - to było dla biegaczy straszne. Miasto i stadiony leżały mniej więcej na wysokości Kasprowego Wierchu, czyli około 2 tysięcy metrów n.p.m. Wyniki w biegach długich były fatalne. Sprinterzy nie mogli oddychać i ledwo dobiegali do mety. Mimo to Andrzej Badeński dotarł do finału na 400 metrów, gdzie był siódmy. Za linią mety padł i zemdlał. Badeńskiego zapamiętałem z Meksyku i tę mękę długodystansowców.

Dopiero po wielu latach pracy z mikrofonem zrozumiałem, że najważniejsza w tym zawodzie jest cisza. Nadmiar słów może zgubić najlepszego komentatora, a gadulstwo to rzecz nieznośna.

Tam też miałem przyjemność porozmawiać z jednym z największych biegaczy w historii - Bikilą Abebe. To Etiopczyk, który wygrał olimpijskie maratony w Rzymie (na bosaka) i w Tokio. W Meksyku Abebe nie ukończył biegu. Pewnego upalnego dnia szedłem ulicą opodal wioski olimpijskiej i zobaczyłem, że obok idzie jakiś facet w czarnym garniturze. A to właśnie kuśtykał Bikila. Mówił trochę po angielsku, był bardzo miły. Stwierdził, że nie wytrzymał i że to jest niemożliwe, by trzy razy wygrać maraton na igrzyskach. Był bardzo przybity. Kulał. Po raz ostatni zobaczyłem Abebe na olimpiadzie w Monachium. Był po wypadku samochodowym i... jeździł na wózku inwalidzkim. Jak losy ludzkie są pokręcone! On na tym wózku miał honorowe miejsce nieopodal bieżni i stamtąd patrzył, jak biegali inni.

Twarz sprinterki

W Monachium 1972 mieliśmy dziwne wyniki sprintów. Na 100 i 200 metrów wygrał Rosjanin Walerij Borzow. To była wielka niespodzianka. A Borzow po prostu był szybki. Mknął, przesuwał się jak mrówka. Dla Polski jedyny brązowy medal na 200 metrów zdobyła Irena Szewińska. Choć właściwie to było już tylko 3/4 Szewińskiej, która wygrywała przed laty. Ze wspaniałą panią Ireną poznaliśmy się przed olimpiadą w Tokio. Byłem na obozie lekkoatletów w Spale i na ławeczce siedziała młoda dziewczyna z czarnymi włosami. Ja już wtedy wiedziałem, że to Irena Kirszenstein.

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski Bohdan Tomaszewski na Balu Mistrzów Sportu w 1977 roku. Jacek Wszoła był jednym z bohaterów tej uroczystości po zdobyciu złota w Montrealu rok wcześniej. (fot. z książki Krzysztofa Logana Tomaszewskiego pt. Stadion zachodzącego słońca)

Przywitałem się i pierwszy raz rozmawialiśmy. Jak wyglądała, wie cała Polska - szczupła i wysoka. Moją uwagę przykuło jednak coś innego. Kiedyś wielki przedwojenny mistrz 10-boju, Witold Gerutto, powiedział mi, że czasami widać na twarzy, iż ktoś jest sprinterem. I coś w tym było. W smukłej twarzy Szewińskiej coś sugerowało, że ona bardzo szybko biega. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale to się sprawdziło. W Tokio jej występy były zachwycające.

Potem miała lepsze i gorsze czasy, po urodzeniu dziecka przeżywała kryzys. Pamiętam, jak przegrała na Legii i znakomity znawca lekkiej atletyki, lepszy niż ja, Stefan Sieniarski z "Życia Warszawy", raz zrobił błąd i stwierdził, że to koniec z Szewińską. A mnie trochę było żal tej dziewczyny i napisałem, że może ona jeszcze wróci. I tym razem to ja miałem rację.

Gierek złym prorokiem

Montreal 1976 to wielki bieg Szewińskiej na 400 metrów. Złoty medal i rekord świata. Po powrocie do Polski pani Irena posłuchała mojego komentarza z tego biegu i miała do mnie mały żal. Ona biegła bardzo spokojnie, ale była daleko. A ja już widziałem słabsze biegi Szewińskiej. Tu przestawiła się na 400 metrów i w pewnym momencie wyraziłem wielki niepokój, co teraz będzie? To zresztą dla transmisji było bardzo dobre. Bo ona nagle cudownie zafiniszowała i wspaniale wygrała. Ale pani Irena miała żal i powiedziała: "O, pan nie wierzył we mnie!". A ja na to: "Po prostu bałem się o panią".

Później pani Irena miała jeszcze wiele świetnych biegów. Na Pucharze Świata wystąpiła jako kapitan Europy. I uważam, że powinna wówczas zakończyć karierę. Tymczasem wystartowała jeszcze na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku, a był to pechowy występ. I tu pojawia się postać Edwarda Gierka.

I sekretarz PZPR postanowił odwiedzić polską ekipę w wiosce olimpijskiej. Kiedy czekałem na bieg eliminacyjny Szewińskiej, z taśmy, z opóźnieniem, szła wspomniana wizyta Gierka. I on kurtuazyjnie pyta panią Irenę: "A czego się życzy sportowcom przed biegiem? Chyba złamania nogi?". Ja to słyszę, a jednocześnie Szewińska jest w blokach startowych. I ona nie dokończyła biegu, bo... okulała. Jakby Edward Gierek był złym prorokiem, choć przecież życzył jej jak najlepiej.

REKLAMA

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Radio żyje. Łączy się z literaturą, z książką. My próbujemy poruszyć wyobraźnię człowieka.

Bronek jak komputer

Igrzyska olimpijskie w Moskwie były moimi ostatnimi. A na nich zobaczyłem najwspanialszy bieg w życiu - złoto mojego przyjaciela Bronisława Malinowskiego na 3 tysiące z przeszkodami. Ale po kolei. Bronka po raz pierwszy zobaczyłem na mistrzostwach Europy w Helsinkach, w 1971 roku. Akurat kończyłem 50 lat i dostałem od Finów spinki do koszuli. I w tych zawodach wystartował mało znany Malinowski. Biegał nie przez przeszkody, tylko na płaskim dystansie. Od razu wpadł mi w oko. Bojowy, biegający siłowo, niesłychanie waleczny.

Bronek nic w Helsinkach nie zrobił, ale od razu było widać, że wyrośnie z niego wielki zawodnik. Potem rozsądnie przeniósł się na 3 km z przeszkodami. Najpierw wywalczył srebrny medal na igrzyskach w Montrealu, gdzie biegł na trzeciej pozycji, ale w ostatniej chwili jeden z Niemców się potknął i dzięki temu Polak awansował. Następnie wygrał jeszcze mistrzostwo Europy w Pradze. W Moskwie finał należał do Malinowskiego i uciekającego przed nim przez cały dystans zawodnika z Tanzanii - Gilberta Bai.

Trudno było skopać ten bieg. Te okoliczności - one po prostu ofiarowały reporterowi materiał do zrobienia niezłej transmisji. To był mój ostatni, pożegnalny reportaż z igrzysk. Od początku Bronek był daleko za Bai. Ale ja znałem go bardzo dobrze. W przeciwieństwie do niepokoju o Szewińską, tu gdzieś głęboko miałem cień wiary, że doścignie Tanzańczyka. I Bronek okrążenie za okrążeniem, metr po metrze się zbliżał. To był cały Malinowski - niesłychana żywotność, dzielność, wiara w siebie. Biegał jak komputer. Tak wykalkulował, że w odpowiednim momencie był już bardzo blisko rywala. Na przedostatniej przeszkodzie - rowie z wodą - Bai się potknął, a Bronek cudownie wyszedł na prowadzenie. Coś niesamowitego!

Na mistrzostwach Europy w Pradze Bronek dał mi prezent za naszą przyjaźń - plakietkę reklamującą mistrzostwa Europy w Atenach w 1982 roku. Niestety, do Grecji już nie dojechał. Zabił się, jadąc samochodem, na moście koło Grudziądza.

Krawat iron

Moim ulubionym biegaczem spoza Polski był wspomniany wcześniej Ron Clarke. Australijczyk na zawołanie bił rekordy świata na 5 i 10 km oraz na milę, ale wciąż nie mógł zdobyć złotego medalu olimpijskiego. W Tokio był faworytem na 10 km, ale po dramatycznym biegu przegrał z Billym Millsem z USA i Mohammedem Gammoudim z Tunezji. Na dystansie Amerykanin potknął się dwa razy i został 20 metrów za czołówką.

REKLAMA

Bohdan Tomaszewski

Jego pogoń była fascynująca. Jeszcze 15 metrów, jeszcze 10, jeszcze 5. Może dojdzie? Czy będzie trzeci? A on doszedł i wygrał. Niezapomniany bieg. Mills miał krew indiańską, był Siuksem i pewnie dlatego tak walczył. Mój Ron Clarke przegrał, ale to też było wzruszające. Lubiłem go za ten gest wobec Landy'ego. Clarke wprowadził piękny zwyczaj - kiedy wygrywał, czekał na mecie i podawał rękę wszystkim rywalom. Wielki biegacz, wspaniały atleta.

W Moskwie, w restauracji, spotkałem się z australijskim dziennikarzem, z którym chciałem wymienić się krawatami olimpijskimi, mam ich bowiem całą kolekcję. A obok nas siedział jakiś facet, któremu na przywitanie powiedziałem tylko "halo" i nie przyglądałem mu się uważniej. Kurtuazyjnie zacząłem mówić o sporcie australijskim, o ich wielkim tenisie, ale także piałem z zachwytu nad tym Clarkiem. I widzę, że dziennikarz zaczyna się dziwnie kręcić, zachowuje się jakoś zabawnie, jakby nie słuchał. Nagle spojrzałem na tego faceta, który z nami siedział. Był czerwony jak burak. A dziennikarz mówi do gościa: "No, Ron, jeszcze czegoś takiego o sobie nie słyszałeś!".

Wielcy potrafią przegrywać

Miałem niewątpliwą przyjemność poznać się bliżej z wielkim Emilem Zatopkiem. Na igrzyskach w Helsinkach Czech zdobył trzy złote medale - wygrał wszystkie długie biegi, łącznie z maratonem. Na królewskim dystansie wystartował też w Melbourne, ale przybiegł dopiero szósty.

Kiedy on kończył karierę, ja dopiero zaczynałem przygodę z wielkimi zawodami sportowymi. Dość często jeździłem do Pragi, bo komentowałem Wyścig Pokoju. Wtedy osobiście poznałem Zatopka. Bywałem u niego goszczony w domu na obiadach. Miał uroczą żonę Danę, oszczepniczkę, także złotą medalistkę z Helsinek. Świetne małżeństwo. Mimo że w latach 50. Emil Zatopek był najsławniejszym sportowcem na świecie, zachował niesłychaną skromność. To był zwyczajny człowiek, jakiego się spotykało na ulicy. Prosty, sympatyczny, dowcipny, taki trochę z cicha pęk.

Biegał najbrzydziej jak można. Męczył się od 15. metra do 10. kilometra. Ale był prawie nie do pokonania. Biegał tymi swoimi zrywami. Niby wolno, a nagle 200 metrów sprintem i tak wykańczał rywali. I miał piorunujący finisz. Wielkość niesłychana. Ale umiał też przegrywać. Zawsze schodził z bieżni z podniesioną głową. Tak jak Clarke, kiedy nie zdobywał złotego medalu na igrzyskach. Tego się nauczyłem jako młody chłopak od Kusocińskiego, Tłoczyńskiego i Jędrzejowskiej: "Trzeba umieć przegrywać". Bo jeśli ktoś umie to robić godnie, w przyszłości będzie triumfalnie zwyciężał. To mówi wszystko o sile charakteru.

RW 05/2012

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij