REKLAMA

Byłem Afrykanką [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś o zupełnie nowym, osobiście doznanym i niestety dość przykrym doświadczeniu, którym się dzielę – młodszym ku przestrodze.

Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World Tomasz Woźny
Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World (fot. Tomasz Woźny)

Tytułowa Afrykanka pochodzi z YouTube'a. Już dawno chciałem o tym napisać, ale wciąż wpychały się do kolejki pilniejsze tematy.

Pamiętacie może filmik z ostatniego Maratonu Warszawskiego? Bardzo był popularny, ale jeżeli ktoś nie widział, to w skrócie – pewna Afrykanka prowadziła w kategorii pań, ale tuż przed metą zaniemogła. Padła na asfalt, jakby na zamówienie żądnego ciekawych zdjęć filmowca kilkanaście metrów przed kamerą, i próbowała wstać. Do przodu, do tyłu, czyli jakby „z mostka”, za każdym razem znów padała.

Przy drugim krawężniku jezdni pojawiła się tymczasem konkurentka, przebiegła, a dotychczasowa prowadząca dalej próbowała się podnieść, aż wreszcie zrezygnowała – tyle było na Youtubie.

W internecie rozgorzała dyskusja. Padały zarzuty: dlaczego przebiegła i nawet nie spojrzała, dlaczego nie pomógł jej kamerzysta, dlaczego zawiedli organizatorzy. Padały też od razu odpowiedzi, że wcale nie zawiedli: pomoc nadeszła, ale dopiero wtedy, gdy było pewne, że zawodniczka sama nie dobiegnie.

Gdyby jej pomogli już w pierwszej minucie prób dojścia do pionu, to zostałaby zdyskwalifikowana, przepadłby cały ponad 40-kilometrowy wysiłek i spore przecież pieniądze, a zwycięska konkurentka – ktoś stwierdził nie bez słuszności – całą swoją taktykę biegu oparła na założeniu, że prowadząca nie wytrzyma przyjętego przez siebie tempa. I rzeczywiście, ten błąd się zemścił.

Czy ta, która w efekcie zwyciężyła, miała zrezygnować z wygranej? Cóż, było jak było, taki jest sport, szczególnie ten na najwyższym poziomie.

REKLAMA

REKLAMA

A dlaczego byłem Afrykanką? Przeżyłem zdarzenie podobne, z tych samych powodów, tylko na niższym – o kilkaset pięter – sportowym poziomie. Pół roku temu, po dłuższej przerwie w półmaratonach, postanowiłem ambitnie, że pobiegnę. Przygotowałem się starannie, na trzy tygodnie przed startem na wszelki wypadek sprawdziłem, czy dystans aby nie za duży – wyszło, że może być, choć czas miałem kiepski, ale z drugiej strony nie wymagajmy za dużo od osiemdziesięciolatka.

No i wystartowałem. Za szybko: w drugiej połowie już ledwo się wlokłem. Na ostatnich metrach zmobilizowałem się i miałem poczucie, że wspaniale finiszuję. Jakże mylne! Koledzy stojący za linią mety widzieli z daleka, że biegnę zakosami. Podobno zataczałem się tak, że mieli obawy, czy trafię w bramę dmuchanej mety, a gdy trafiłem, natychmiast podbiegli, by mnie podtrzymać.

Byłem oburzony: dlaczego mnie obłapujecie? Przecież stoję normalnie! Dopiero gdy doszedłem do siebie, zrozumiałem Afrykankę. Ona nie zdawała sobie sprawy, co się z nią dzieje! Moje szczęście polegało na tym, że mnie to dopadło za linią mety, a ją ciut przed.

Wielkie ostrzeżenie dla Was, młodszych: nie dajcie się ponieść ambicji! A jak się już dacie (co normalne), to nie przestawajcie słuchać organizmu i skalkulujcie sobie gasnącym mózgiem, co się bardziej opłaca: odpuścić i dobiec, czy zlekceważyć sygnały i dać się znieść z trasy!

JF

Ten felieton pierwotnie był opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2018

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA