Dean Karnazes: Wciąż kocham biegać, a moją metą będzie trumna

Dean Karnazes  na przestrzeni lat  doprowadził swoje ciało i umysł do prawie  niewyobrażalnych  dla zwykłego biegacza  granic. Zaglądamy w duszę i umysł ikony biegów ultra, która inspiruje nas do tego, by wciąż biec dalej i dalej.

Dean Karnazes: Wciąż kocham biegać, a moją metą będzie trumna Getty Images
fot. Getty Images

Ojciec chrzestny biegów ultra startował zarówno na topiących podeszwy piaskach Doliny Śmierci, jaki i mrożącym powietrze w płucach Biegunie Południowym. Ma na koncie takie wyczyny, jak 50 maratonów przebiegniętych w ciągu 50 kolejnych dni w 50 amerykańskich stanach, a nawet bieg non stop na dystansie 350 mil. I choć stawał na podium najbardziej prestiżowych zawodów biegowych na świecie, nawet on nie może wygrać z upływającym czasem.

REKLAMA

W swojej nowej książce „A Runner's High” („Biegowy odlot”) powraca do tej edycji morderczego biegu Western States 100-Mile Endurance Race, który ukończył, będąc już po pięćdziesiątce, czyli kilka dekad po tym, jak po raz pierwszy zdobył słynną „klamrę do spodni” – odpowiednik medalu i główne trofeum tej imprezy. Książka przynosi rozliczenie na poziomie fizycznym i emocjonalnym z faktem, że on sam staje się coraz starszy i coraz wolniejszy.

Jednak dzięki „arenie do wewnętrznego rozwoju”, jaką są biegi ultra, jest też nieco mądrzejszy i silniejszy. I, jak odkryliśmy podczas spotkania z nim, wcale nie odpoczywa w bujanym fotelu.

Runner’s World: Czy biegowe osiągnięcia sprawiają, że starzenie się jest łatwiejsze?

Dean Karnazes: To zależy. Bieganie maratonów poniżej 3 godzin jest teraz dla mnie wyzwaniem. Kiedyś byłem w stanie zrobić to na treningu, ale z wiekiem biega się po prostu wolniej. Poprawiły mi się natomiast wytrzymałość, tolerancja na ból i zdolność radzenia sobie z brakiem snu. Chyba więc jest remis.

RW: Jak zmieniłeś trening po pięćdziesiątce?

DK: Zmieniło się wszystko. Teraz patrzę na siebie przez pryzmat bycia najlepszym zwierzęciem, jakim mogę być, i wszystko, co robię, musi prowadzić do tego celu. Jest w tym wiele dyscypliny, bo chcę nadal biegać po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce i, mam nadzieję, również po osiemdziesiątce.

REKLAMA

REKLAMA

Dean Karnazes: Wciąż kocham biegać, a moją metą będzie trumna Getty Images
fot. Getty Images

Zwracam dużą uwagę na odżywianie, więc już nie zamawiam pizzy podczas biegów, jak to bywało wcześniej, no i koniec z jedzeniem chipsów podczas ultramaratonów. Robię dużo cross treningu, staram się poprawić jakość snu, jak również jakość moich relacji z ludźmi. Myślę, że jeśli mamy silne i harmonijne relacje z innymi, to nasze wyniki są lepsze. Mam kilku naprawdę bliskich przyjaciół i nie utrzymuję powierzchownych znajomości.

Mój związek z żoną też jest bardzo solidny. Jest moją licealną miłością i przeszliśmy razem szkołę życia. Nie jest biegaczką, ale bardzo mnie wspiera i łączy nas wspaniała, pełna miłości relacja. Przed wybuchem pandemii częściej byłem w trasie niż w domu – objechałem świat dwa razy dookoła i brałem udział w biegach i zawodach na wszystkich siedmiu kontynentach. Jednak nawet gdy jestem na Antarktydzie lub Saharze, świadomość, że mnie wspiera i kocha, pomagają mi osiągać najlepsze wyniki. Martwiąc się o swój związek lub rodzinę, dźwigasz dodatkowy ciężar w biegu.

RW: Abstrahując od „sławnej” pizzy podczas biegu, na początku kariery Twoje podejście do treningu było raczej lekkie...

DK: Kiedy byłem u szczytu możliwości i stawałem na podium, wygrywając takie biegi, jak ultramaraton Badwater 135, połowę czasu spędzałem na surfowaniu. Biegałem w surferskich spodenkach, nie miałem trenera i nawet nie wiedziałem, co to jest cykl treningowy. Obecnie nie wygrasz ultramaratonu, w szczególności prestiżowego, jeśli nie masz za sobą solidnego treningu i nie jesteś w szczycie formy. Ale ja nigdy nie traktowałem tego na tyle poważnie, aż do momentu, kiedy moja biegowa kariera zaczęła nabierać tempa.

RW: Który bieg jest dla Ciebie najważniejszy?

DK: Biegałem po wszystkich najważniejszych pustyniach, biegałem na Biegunie Południowym, biegałem na całym świecie, więc to może być zaskakujące, ale biegiem, który najlepiej pamiętam, jest pewna „dycha”.

REKLAMA

Dean Karnazes: Wciąż kocham biegać, a moją metą będzie trumna Getty Images
fot. Getty Images

Pomyślicie: ten facet pokonuje setki mil, dlaczego więc bieg na 10 kilometrów? To było 10 kilometrów, które przebiegłem z moją córką Aleksandrią w dniu jej 10. urodzin i nic tego nie przebije.

RW: A czy są jakieś biegi lub zawody, których żałujesz?

DK: Myślę, że żałuje się bardziej rzeczy, których się nie zrobiło, niż tych, które się zrobiło. Oczywiście miałem złe starty, ale raczej żałuję tych wyzwań, których się nie podjąłem, niż tych, którym stawiłem czoła. Nawet jeśli poniesiesz porażkę, lepiej jest spróbować. Dlatego nie patrzę wstecz z żalem, zawsze staram się iść do przodu i czerpać zarówno z sukcesów, jak i z niepowodzeń. Myślę, że to nie sama porażka blokuje ludzi, lecz raczej strach przed nią, który powstrzymuje przed samym podjęciem próby. Dlatego radzę: ponoście klęski odważnie!

RW: Twoje wejście do świata ultra jest owiane legendą. Czy rzeczywiście zdecydowałeś się przebiec 30 mil na swoje 30. urodziny, wypiwszy wcześniej może nie dokładnie 30 kieliszków tequili, ale na pewno dobrych kilka?

DK: To było chwilę przed trzydziestką. Już jako dziecko lubiłem biegać i moje najwcześniejsze wspomnienia to bieganie z przedszkola do domu. W szkole brałem udział w różnych zawodach i nawet wygraliśmy wtedy międzynarodowe mistrzostwa. Wydawało mi się jednak wówczas, że w bieganiu zrobiłem już wszystko, co mogłem, i porzuciłem je, mając 15 lat. Potem było liceum, studia biznesowe i wylądowałem na wygodnym korporacyjnym stanowisku w San Francisco.

W nocy świętowania moich 30. urodzin byłem w klubie i piłem tequilę, złej jakości tequilę! O północy oznajmiłem wszystkim, że wychodzę. Ekipa protestowała: „Dokąd się wybierasz? Chodź na jeszcze jedną kolejkę...”. Odparłem: „Nie, zamiast tego przebiegnę teraz 30 mil, żeby uczcić moje urodziny”.

REKLAMA

REKLAMA

Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem: „Ale ty nie jesteś biegaczem. A do tego jesteś pijany”. Odpowiedziałem: „Jestem pijany, ale i tak zamierzam to zrobić”. Wyszedłem z baru, zdjąłem spodnie, rzuciłem je w jakąś boczną uliczkę i, mając na sobie tylko jedwabne bokserki, zacząłem biec. Po prostu biec w ciemną noc.

RW: I miałeś eleganckie buty pasujące do tych bokserek?

DK: Nie, to były buty do pracy w ogrodzie. Zrobiłem to, choć bardziej było to potykanie się i kuśtykanie niż bieg.

RW: W swojej książce piszesz, że „ultramaraton to droga rozwoju”. W jakim sensie?

DK: Myślę, że jest to zarówno podróż w sensie zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Jedna z maksym delfickich brzmi: „Poznaj samego siebie”. A jak masz tego dokonać? Dociskając się. Nigdy się nie nauczysz, jeśli nie zaczniesz próbować nowych rzeczy, eksplorować i wychodzić ze swojej strefy komfortu. Dlatego uważam, że ultramaraton daje możliwość spojrzenia na siebie i jeszcze kilka innych spraw w życiu. Bieganie jest jak lustro. Buduje charakter, ale również go obnaża. Podczas ultramaratonów dowiadujesz się mnóstwa rzeczy o sobie.

Jest w ultramaratońskim bieganiu także element dosłownej podróży... Mógłbym ci opowiadać o Jedwabnym Szlaku w Kirgistanie, o bieganiu przez Patagonię, kanadyjskie Góry Skaliste, Namibię. Zobaczyłem kawał świata, ale też całkiem dobrze przyjrzałem się swojemu wnętrzu.

RW: Powiedziałeś również, że „siedzenie to zło”. Czy to prawda, że przez cały dzień nie siadasz ani na chwilę?

DK: Teraz, gdy rozmawiamy, stoję na boso i bujam się, przenosząc ciężar ciała w górę i w dół, przez co moje mięśnie w nogach i stopach pracują. W ten sposób je aktywuję. Dużo piszę i wcześniej byłem bardzo zmęczony, pracując w pozycji siedzącej. Zasypiałem przed ekranem komputera, ale teraz, gdy stoję przez cały dzień, czuję się bardzo rześki.

REKLAMA

RW: A czy chodzenie na boso jest dla Ciebie ważne?

DK: Tak, mam to szczęście, że mieszkam blisko wybrzeża, więc mogę biegać boso po piasku. Czasami widzę ludzi biegających bez butów w maratonach ulicznych i myślę, że nie zostaliśmy stworzeni do biegania boso po twardych, zbudowanych przez człowieka nawierzchniach. Jednak bieganie z gołymi stopami po piasku lub trawie jest supersprawą.

RW: Jak wygląda dzień z życia Deana Karnazesa, pięćdziesięciolatka?

DK: Jeśli naprawdę przygotowuję się do zawodów, to wstaję o 3:30 lub 4:00 i biegnę maraton przed śniadaniem. Potem wracam do domu i w ciągu reszty dnia robię trening interwałowy o wysokiej intensywności. Mam taki 12-14 minutowy zestaw klasycznych pompek, brzuszków, pompek na krześle i podciągania na drążku. Robię pięć lub sześć takich zestawów w ciągu dnia, a między nimi piszę i zajmuję się innymi sprawami. To praca z ciężarem własnego ciała, ale całkiem intensywna. Naprawdę podnosi tętno.

RW: Myślisz, że bieganie i ćwiczenia fizyczne ogólnie mogą pomóc zmienić sposób, w jaki się starzejemy, i może nawet ten proces odrobinę cofnąć?

DK: Mam taką nadzieję. Przyszliśmy na ten świat zaprogramowani do tego, żeby być w ciągłym ruchu, i staram się podążać za głosem naszej natury. Wcześniej rąbaliśmy drewno i wyrywaliśmy korzenie z ziemi, więc ja próbuję ćwiczyć przez cały dzień i czuję się o wiele lepiej, gdy to robię, niż gdy nie ćwiczę.

RW: Co byś doradził biegaczom, których ciała mówią: „Zwolnij”, a im samym zaczyna brakować motywacji?

DK: Mówi się: „Słuchaj swojego ciała”. Jeśli jednak słuchalibyśmy naszych ciał, to cały dzień siedzieliśmy tylko na kanapie i zajadali pizzę, nieprawda? Bądźmy szczerzy: to na te rzeczy mamy ochotę. Czasami musisz być mocno zdyscyplinowany, żeby powiedzieć: „Nie, zrobię ten trening, pójdę pobiegać”.

REKLAMA

REKLAMA

Jestem pewny, że każdy z nas doświadczył tego, że najtrudniej jest wyjść z domu. Ale jak już to zrobisz i zaczniesz biec, to wszystko samo się napędza i gdy wracasz, czujesz się lepiej. Wszystko rozbija się właśnie o to wyjście z domu. Sam używam techniki „wyprzedzania własnego samopoczucia”. Przed treningiem staram się przywołać to przyjemne uczucie, które pojawia się po nim. Wiem, że wtedy będę się czuł o wiele lepiej. To impuls do wyjścia za drzwi. Słucham też audiobooków. Ładuję sobie nową książkę i mówię sobie: „Idź pobiegać, masz nową historię do odsłuchania”.

RW: Czyli żadnych perspektyw na leżenie z nogami do góry?

DK: Ciągle powtarzam, że moją ostateczną metą będzie trumna. Teraz nie zamierzam się zatrzymywać. Jeśli jutro obudzę się i poczuję, że pasja się skończyła i nie ma już we mnie dawnego ognia, to przestanę to robić. Ale teraz kocham bieganie tak samo, jak wtedy, gdy zaczynałem.

RW: Wydaje się, że przekazujesz tę miłość do biegania w swojej nowej książce...

DK: Chciałem, by moja książka dostarczyła ludziom biegowego upojenia. Chciałem, żeby była ładunkiem napędowym i ucieczką od trudów życia, bo świat jest obecnie ciężki w odbiorze. Wszystkie wiadomości są takie negatywne, a moim celem było, żeby ta książka była czymś pozytywnym, w co możesz się zanurzyć i zapomnieć na chwilę o swoich codziennych troskach.

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej książki Dean Karnazesa "Biegowy odlot. Moje życie w ruchu", w której słynny ultramaratończyk powraca do biegu Western States 100, dokopuje się do mądrości zdobytej na przestrzeni wszystkich lat swego długodystansowego biegania i zbliża się do magii ultramaratonów, które zmieniają życie i dotykają duszy...

Zobacz także:

RW 03-04/2022

REKLAMA