[ X ]

Drogi Użytkowniku,

W związku z tym, że począwszy od dnia 25.05.2018 r. na terenie Polski obowiązują nowe przepisy regulujące kwestie ochrony Państwa danych osobowych, Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych), (dalej zwane RODO), Motor-Presse Polska sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu (53-238) przy ul. Ostrowskiego 7, wpisana do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS: 0000151026, NIP: 8990026326, REGON: 930327847 o kapitale zakładowym w wysokości 2.860.000,00 złotych zachęcamy do zapoznania się ze zaktualizowaną treścią "Polityki prywatności" naszych Serwisów. Znajdują się w niej szczegółowe informacje na temat zasad przetwarzania danych osobowych na naszych stronach internetowych.

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu) z wykorzystaniem domyślnych ustawień przeglądarki internetowej w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Motor-Presse Polska Sp. z o. o oraz naszych Zaufanych Partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres zmieniając ustawienia plików cookies w przeglądarce.

Kontynuuj przeglądanie

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.0

Dolina w ogniu: biegacze z Iten w piekle zamieszek

Kenijska prowincja Rift Valley jest słynna z tego, że pochodzą z niej najlepsi biegacze długodystansowi na świecie. Reporter RW odwiedził ją w czasie zamieszek etnicznych, by opisać konflikt, który spustoszył Kenię i dotknął jej najlepszych biegaczy.

Mimo niestabilnej sytuacji biegacze, którzy nie muszą omijać blokad na drogach, trenują interwały (fot. Mark Jenkins)

Przepraszam, ale przez te morderstwa nie zabiorę Pana do Iten" - szepcze Jacob. Miasto jest położone na krawędzi Rift Valley, na wysokości 2438 m n.p.m. To centrum regionu, który wydał więcej czołowych biegaczy niż jakiekolwiek inne miejsce na Ziemi. Stąd pochodzą mistrzowie olimpijscy i rekordziści świata, tacy jak Kip Keino, Moses Tanui, Lornah Kiplagat, Paul Tergat i wielu innych.

Teraz jednak ten zakątek Rift Valley zdobył nową, koszmarną tożsamość - stał się centrum czystek etnicznych. W Nairobi poinformowano mnie, że do Iten nie dojadę żadną drogą, ponieważ blokują je rebelianci. Lecę więc do Eldoret, godzinę drogi od Iten, mając nadzieję, że jakoś uda mi się dostać tam z drugiej strony. Na lotnisku czeka na mnie Jacob, taksówkarz z plemienia Kikuju (największej i najbardziej rozproszonej na terenie całego kraju kenijskiej grupy etnicznej).

Wielu jego sąsiadów pochodzi z innych plemion. Dwa tygodnie temu jeden z nich, o którym myślał, że jest jego dobrym przyjacielem, człowiek, z którym setki razy dzielił się chlebem, z którym pił piwo, kiedy ich dzieci bawiły się razem na podwórku, spalił jego dom. Jacob został zmuszony potajemnie wywieźć swoją rodzinę bocznymi drogami z Rift Valley do zdominowanej przez członków jego plemienia centralnej części kraju, gdzie byli bezpieczni.

Potem wrócił do Eldoret. „Nie miałem wyboru. Muszę pracować, żeby utrzymać rodzinę" - tłumaczy mi. Twierdzi, że nie może zawieźć mnie na stację matatu, kenijskich busów-taksówek, pełną stojących w kurzu rozklekotanych Toyot Hiace. Jacob wysadza mnie około pół mili od postoju. Resztę drogi pokonuję rikszą, by w ostatniej chwili złapać odjeżdżające matatu.

Na drodze z Eldoret do Iten postawiono dziesiątki prowizorycznych blokad. Niektóre sklecono z wypalonych samochodów, inne z przyciągniętych przez traktory głazów, niektóre z drzew wyrwanych z korzeniami. Przy każdej widać grupki obszarpanych nastolatków, którzy czekają, by zatrzymywać przejeżdżające pojazdy. Potencjalne zagrożenie stwarzają też ludzie przyglądający się blokadom z oddali.

To lokalne milicje, które - jak same twierdzą - są powołane do ochrony ludności. Co jakiś czas zatrzymują losowo wybrane pojazdy i pytają pasażerów o nazwiska, po których można rozpoznać przynależność plemienną. Nawet język, którym ktoś się posługuje, może przesądzić o jego życiu lub śmierci - angielski i suahili to oficjalne języki w Kenii, ale każda z ponad 40 grup etnicznych posługuje się swoim własnym narzeczem.

Po wyborach prezydenckich, których wyniki powszechnie uważane są za zmanipulowane, Kenia pękła wzdłuż dawnych, etnicznych podziałów. Członkowie plemienia Kalenjin oraz innych grup narodowych zaczęli mordować ludzi z plemienia Kikuju. Wskutek tego w części prowincji Rift Valley, która historycznie należy do plemienia Kalenjin, prawie nie ma już Kikuju. Wszyscy, których złapano, zostali zabici maczetami.

Colm O\'Donnell był trenerem kilkudziesięciu kenijskich olimpijczyków (fot. Mark Jenkins)

Matatu, którym jadę, w tajemniczy sposób mija wszystkie blokady. W środku stłoczyło się aż 13 osób, dlatego kobieta koło mnie praktycznie siedzi mi na kolanach. Bez problemów mogę szeptać jej do ucha. Pytam, dlaczego nikt nas nie zatrzymuje. „Jest jasno, zbyt dużo świadków - odpowiada tak cicho, że ledwie ją słyszę. - Zatrzymają nas w nocy". Ma na imię Sheila, jest 27-letnią nauczycielką. Nosi czarne, obcisłe spodnium, ma gładkie włosy i pachnie perfumami. „Boisz się?" - pytam. Sheila, która nie jest Kikuju, kręci głową. „Nie, jeżeli mówisz właściwym językiem, nie ma się czego bać".

Matatu przejeżdża obok miejsca, w którym olimpijski biegacz Lucas Sang, wysoki człowiek z plemienia Kalenjin, został zamordowany 1 stycznia 2008 roku. Według relacji świadków, w nocy został otoczony przez tłum rozgorączkowanych Kikuju - zbirów, wyrzutków, biedotę. Próbował ich uspokoić, wyperswadować żądzę krwi, ale mu się nie udało. Podobno go ukamienowano, a ciało spalono na ulicy.

Wcześniej, tego samego dnia, mniej więcej 20 mil od miejsca kaźni Sanga, grupa około 400 Kikuju schroniła się przed tłumem wyjących Kalenjin w kościele zielonoświątkowców. Świątynię podpalono: zginęło ponad 30 mężczyzn, kobiet i dzieci. Tych, którzy uciekli płomieniom, okrutnie pobito. Śmierć Sanga mogła być odwetem za ten czyn.

Co się stało z Kenią? Jeszcze kilka miesięcy temu był to jeden z najbardziej stabilnych i zamożnych krajów afrykańskich, ze światowej sławy plantacjami herbaty w Rift Valley, unikalnym górskim krajobrazem i najlepszymi biegaczami długodystansowymi. Właśnie dlatego pojechałem do Iten - aby dowiedzieć się, dlaczego Kenia stanęła w płomieniach i zbadać, jaki wpływ ma przemoc na jeden z największych fenomenów tego kraju - biegaczy.

Najlepszym sposobem na rozpoczęcie poszukiwań odpowiedzi na te pytania jest rozmowa z Colmem O'Connellem. Brat Colm, jak się go nazywa w Iten, przybył to Kenii z Cork w Irlandii w 1976 roku, aby uczyć w St. Patrick's High School. Jako zwolennik ćwiczeń fizycznych wkrótce zaczął biegać w szkolnej drużynie. Na igrzyskach olimpijskich w 1988 roku w Seulu aż ośmiu kenijskich biegaczy było absolwentami St. Patrick. Dwóch z nich biegało razem z Lucasem Sangiem w sztafecie 4x400 metrów, pomagając drużynie dotrzeć do finału. Sang z czasem 45:08 był najlepszym zawodnikiem tej ekipy.

„Wszyscy bardzo lubili Lucasa" - rozpoczyna opowieść O'Connell. - Gdybym miał wybrać jedną osobę, która za rękę przeprowadzi mnie przez kłopoty w Eldoret, byłby to Lucas". Z O'Connellem, łysym 59-latkiem o rumianych policzkach, spotkałem się na zakurzonych ulicach Iten. Zmierzchało, kiedy zaczął oprowadzać mnie po mieście. „Lucas był wielkim wsparciem dla młodych sportowców" - mówi wyraźnie wstrząśnięty O'Connell.

Młody człowiek z zatrutymi strzałami na blokadzie w drodze z Iten do Edoret (fot. Mark Jenkins)

Brat Colm był trenerem wielu z nich. W swojej historii St. Patrick's wychował 22 olimpijczyków, prawdopodobnie więcej niż jakakolwiek inna szkoła na świecie, obojętnie w jakiej dyscyplinie. Ale to nie wszystko, O'Connell trenował także wielu innych mistrzów, takich jak Janeth Jepkosgei Busienei (mistrzyni świata na 800 metrów w 2007 roku), Reuben Kosgei (mistrz olimpijski w biegu z przeszkodami w 2000 roku), Selina Kosgei (zwyciężczyni maratonu w Paryżu w 2004 roku) czy Saif Saaeed Shaheen (dwukrotny mistrz świata w biegu z przeszkodami).

O'Connell odmachuje tym, którzy nas pozdrawiają, ale koncentruje się na zatłoczonej drodze, pełnej pieszych, rowerzystów, zdezelowanych samochodów i beczących kóz. Przejeżdżamy dwie ulice, mijając kolorowe sklepy i stragany z warzywami, aż trafiamy na blokadę. Młody człowiek w brudnej, podartej koszulce krzyczy na nas i pokazuje palcem, że mamy zjechać na bok. O'Connell skręca i wycieczka pełna pięknych widoków kończy się. Do St. Patrick's, gdzie mieszka, docieramy wyboistymi, brudnymi, bocznymi uliczkami.

„Wszystko zaczęło się, kiedy ogłoszono wyniki wyborów" - wyjaśnia brat Colm. Po wyborach, które przez obserwatorów z UE zostały ocenione jako pełne nieprawidłowości, urzędujący prezydent Mwai Kibaki został ogłoszony zwycięzcą przez komisję wyborczą złożoną ze swoich ludzi. Kibaki należy do plemienia Kikuju, a jego Partia Jedności Narodowej rekrutuje większość swoich zwolenników właśnie z tej grupy etnicznej (stanowiącej 22% z 35 milionów mieszkańców Kenii).

Ta pospieszna deklaracja rozwścieczyła Raila Odingę, kandydata opozycji, pochodzącego z plemienia Luo, który egoistycznie i nieodpowiedzialnie wezwał ludzi do wyjścia w proteście na ulice. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i rozgorzał konflikt pomiędzy plemionami Kikuju i Kalenjin, który tlił się od dziesięcioleci. Mordercza gorączka ogarnęła różne obszary kraju. Region Eldoret w prowincji Rift Valley był jednym z nich. To miejsce jest kolebką plemienia Kalenjin; jednocześnie od pokoleń mieszkało tu wielu Kikuju.

Młodzi, wściekli mężczyźni ruszyli na ulice, paląc, gwałcąc i mordując. W kilka tygodni zginęły setki ludzi (przeważnie Kikuju), a tysiące straciły dach nad głową. W odwecie mieszkańcy środkowej części kraju, kolebki plemienia Kikuju, zaczęli atakować swoich sąsiadów Kalenjin i Luo, zabijając setki i wysiedlając tysiące ludzi. Chociaż Kenia często była stawiana za wzór innym państwom afrykańskim, to tak jak w wulkanach na granicy Rift Valley pod spokojną powierzchnią buzowały w niej podskórne konflikty.

W 1987 roku przygotowywałem relacje z igrzysk afrykańskich dla agencji Associated Press. Byłem tuż przy bieżni, kiedy John Ngugi zdobył dla Kenii złoto w biegu 5000 metrów, a Patrick Sang zwyciężył w biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Od tej pory śledziłem na bieżąco dokonania kenijskich sportowców i sytuację polityczną w tym kraju. Mimo zamieszek w roku 1987 czy 1997, Kenia była jednym ze stabilniejszych i jednym z nielicznych krajów afrykańskich, w których wytworzyła się klasa średnia.

Paul Tergat (w koszulce w barwach narodowych Kenii) i elita biegacze trenują w Rift Valley pod koniec lutego 2008 roku (fot. Mark Jenkins)

To właśnie jej członkowie są najbardziej przerażeni rozwojem przemocy. To nie oni demolują slumsy Nairobi, ustawiają blokady na drogach i przyprawiają pasażerów o zawał serca. Klasa średnia ma zbyt wiele do stracenia. To upośledzeni społecznie, biedni i zapomniani, zdesperowani ludzie, którzy nie mają nic, sięgają po przemoc.

Następnego ranka przechodzę koło zgliszczy. Colm zaprosił mnie, abym porozmawiał z jego podopiecznymi o „kłopotach". August Choge siedzi w swoim ciemnym pokoju i czyta gazetę. W 2005 roku zdobył tytuł mistrza świata juniorów w biegach przełajowych, a rok później wygrał finał biegu na 5000 metrów na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Jak większość kenijskich biegaczy, jest szczupły jak gazela. Przez całą swoją edukację w szkole podstawowej i średniej codziennie biegał do szkoły - 10 km w jedną stronę.

„Ta przemoc zostawia ślady w psychice. Boję się o moją rodzinę i przyjaciół" - mówi cicho. Jego przyjaciele i koledzy z drużyny częściowo należą do Kikuju i Choge martwi się o ich bezpieczeństwo. To ludzie, z którymi przebiegł ramię w ramię setki kilometrów. Dom jednego z biegaczy, z którym Choge korespondował, został spalony i teraz ten chłopak ukrywa się w buszu, gdzie nie może spać, jeść ani oczywiście trenować. „Kiedy się o coś martwisz, bardzo trudno jest skoncentrować się na treningu" - mówi Choge. Z powodu licznych blokad na drogach musiał zmienić trasy biegowe, z których normalnie korzysta.

Kolegą Choge z pokoju jest Isaak Sangok, wicemistrz świata w biegach przełajowych z 2006 roku. „Otaczają nas nieszczęścia, ludzie cierpią, ale politycy się tym nie przejmują. Wszyscy jesteśmy Kenijczykami, lecz nasi przywódcy koncentrują się na sobie, a nie na kraju - uważa Sangok. - Kiedy startujemy w zawodach na całym świecie, robimy to w barwach Kenii. Tworzymy jedność, pomagamy sobie psychicznie i finansowo. Nie możemy nikogo dyskryminować. Przemoc etniczna dzieli przyjaciół, biegaczy, całą naszą sportową społeczność" - kontynuuje.

Wiele regionalnych biegów zostało odwołanych, ponieważ podróżowanie jest niebezpieczne. Utrudnia to zawodnikom sprawdzenie aktualnej formy i przygotowanie do międzynarodowych zawodów. Isaiah Kiplagat, prezes kenijskiej federacji lekkoatletycznej, uważa, że zamieszki - o ile szybko się skończą - nie przeszkodzą sportowcom w osiągnięciu dobrych wyników na igrzyskach olimpijskich. „Naszym zawodnikom wystarczą trzy miesiące treningów, by byli właściwie przygotowani" - zapewnia.

Chociaż politycy ich zawodzą, Kenijczycy nie przestają się ścigać. Frank Murithi, menedżer kenijskich biegaczy, i John Ngugi, złoty medalista w biegu na 5 km na olimpiadzie w Seulu, założyli organizację Racing for Global Aid, która ma pomóc młodym Kenijczykom pozbawionym środków do życia. Chcą zakładać w slumsach kluby dla biegaczy i organizować zawody w obozach dla uchodźców.

Były olimpijczyk Lucas Sang został pogrzebany w Eldoret. Zlinczował go rozwścieczony tłum, kiedy w prowincji Rift Valley eksplodowały zamieszki etniczne (fot. Mark Jenkins)

„Biegacze nie dzielą się na plemiona ani na bogatych i biednych - twierdzi Ngugi, który należy do Kikuju. - Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami. Rywalizujemy ze sobą, ale na zdrowych zasadach, a nie na podstawie przynależności plemiennej, zamożności czy uprzedzeń. Ścigamy się na bieżni, a tam wyniki są efektem ciężkiej pracy. Chcemy, żeby młodzi Kenijczycy zrozumieli tę zależność".

Noc spędzam w domku letniskowym Kerio View z pięknym widokiem na całą dolinę Kerio, odnogę Rift Valley. Jestem praktycznie jedynym odwiedzającym. Turystyka, normalnie będąca - obok herbaty - podstawą kenijskiej ekonomii, właściwie zamarła. Blokady dróg wstrzymały transport towarów wewnątrz kraju oraz eksport do państw sąsiednich. Kenia, z jedynym w pełni funkcjonującym portem w Afryce Wschodniej, jest handlowym węzłem komunikacyjnym tej części kontynentu. Gdyby pogrążyła się w morzu krwi, wpłynęłoby to na cały region.

Jem śniadanie z Yobesem Ondieki, pierwszym człowiekiem na świecie, który przebiegł 10 km w czasie poniżej 27 minut. Ondieki jest teraz trenerem, jak wiele byłych kenijskich gwiazd. Należy do plemienia Kisii. Pokazuje mi SMS-a, którego otrzymał w nocy: „Poseł ODM zastrzelony. Wojsko szykuje się do zamachu stanu. ODM będzie walczyć. Będą kolejne zamieszki. Zbierajcie żywność, zostańcie w domu. Wyślij dalej".

Po południu odwiedzam centrum treningowe, założone w Iten przez Lornah Kiplagat (High Altitude Training Center). Ośrodek założony w 1999 roku stał się dobrze znany wśród początkujących biegaczy z USA i Europy, którzy przyjeżdżali tu trenować (dzień pobytu z zakwaterowaniem, wyżywieniem, osobistym trenerem, siłownią i basenem kosztował tylko 35 $). Teraz centrum jest puste, nigdzie nie można znaleźć Kiplagat. „Odpoczywa w domu" - informuje mnie menedżer Abraham Kipkoech.

Kiedy wracam do domku letniskowego, dowiaduję się, że w Eldoret zabito dziś dwie osoby. Na ulicy mówi się, że droga z Iten do Eldoret jest nieprzejezdna. Tymczasem ja miałem tam umówione spotkanie z trenerem Patrickiem Sangiem, srebrnym medalistą z Barcelony w biegu z przeszkodami. Miałem nadzieję, że Sang (zbieżność nazwisk z Lucasem jest przypadkowa) przyjedzie do mnie, żebym mógł podjąć go obiadem, ale z powodu zamieszek okazuje się to niemożliwe. Tuż po brzasku wymykamy się z Iten i kierujemy do Eldoret, przez łagodnie oświetloną, brązową sawannę.

Mój kierowca, Barnabas, stara się trzymać wąskiej ścieżki asfaltu. Pierwszy tuzin blokad jest nieobsadzony. Barnabas musi się zdrowo napocić, kręcąc kierownicą, kiedy omijamy bariery z kamieni i gruzu. W końcu zostajemy zatrzymani. Nie mamy wyjścia. Grupa młodych ludzi rozciągnęła na jezdni metalową kolczatkę, a pobocza zablokowała kamieniami. Macham do nich przez przednią szybę, jakbym cieszył się ze spotkania. Barnabas radzi mi schować aparat fotograficzny pomiędzy nogami.

Trzech mężczyzn, jeden z maczetą, podchodzi do mojego okna. Opuszczam szybę i witam się z nimi, podając rękę. Wkładają głowy do środka auta i spostrzegają kamerę. Rzucam szybkie spojrzenie na mojego kierowcę. Usta ma jak zasznurowane, ale błagalne spojrzenie mówi wszystko. „Zrób nam zdjęcie" - woła bezczelnie jeden z oprychów. Inny, odsłaniając połę tandetnej kurtki, pokazuje zestaw krótkich strzałek zakończonych zatrutymi, metalowymi grotami. Takimi tydzień wcześniej został zabity kenijski maratończyk Wesly Ngetich (próbował mediować w plemiennym konflikcie, podobno niezwiązanym z powyborczym chaosem).

Ngetich dwukrotnie zwyciężał w Maratonie Babci, rozgrywanym w Duluth w stanie Minnesota (USA). Wycofał się jednak z maratonu Rock'n'Roll w Arizonie. Gdyby tego nie zrobił, w dniu śmierci startowałby w biegu. Pstrykam fotki, a potem pokazuję im je na wyświetlaczu aparatu. Wyglądają na zachwyconych. Ryczą z radości, widząc na małym ekranie dowody swojej odwagi i męskości. Klepią mnie z wdzięczności w ramię, kiedy wsiadam do matatu, usuwają blokadę i pozwalają przejechać.

Przy Moi University mam się spotkać z biegaczami. Barnabas wysadza mnie tuż za Eldoret. Tutaj umówiłem się z Sangiem, który przedstawi mnie swoim podopiecznym - biegaczom światowej klasy. W końcu Sang przybywa spóźniony, sam i bardzo wzburzony. „Nikt z moich zawodników nie dotarł" - wyjaśnia. - Są uwięzieni w swoich wioskach". Jego biegacze poinformowali go tajemniczo przez SMS-y, że blokady odcięły wszelki ruch z i do Eldoret.

Patrick Sang był bliskim przyjacielem Lucasa Sanga. Kiedy pytam go, czy myśli, że biegacze są specjalnie wybierani jako cel ataków, wygląda na zaskoczonego, może nawet rozgniewanego. „Oczywiście, że nie" - odpowiada stanowczo, ale widać wyraźnie, że pytanie prowokuje go do przemyśleń. - W tym kraju średni dochód to 100 $ miesięcznie. Biegacz w jednym biegu może wygrać 10 000 $".

Sang zostaje przy bieżni, mierząc czasy i udzielając wskazówek zawodnikom, którzy mieszkają nieopodal. Z zaciętymi twarzami biegają sprintem 400-metrowe interwały. Sang, nie wypuszczając stopera z ręki i nie spuszczając oka z bieżni, opowiada mi, że 70% kenijskich biegaczy pochodzi z bardzo biednych rodzin. Nie mają samochodów, rowerów, autobusów szkolnych, tylko swoje zrogowaciałe, pełne blizn stopy.

Biegają do szkoły ścieżkami wyznaczonymi przez drzewa akacji. Biegają do sklepu po olej. Biegają dla przyjemności. Dla wielu z nich bieganie to sposób na wyrwanie się z nędzy. „Bieganie to zdrowy sposób na sytuację, zdawałoby się, bez wyjścia. Ale jednocześnie jest to droga bardzo, bardzo trudna. Inne, negatywne rozwiązania mogą się wydawać łatwiejsze" - mówi Sang. Trening się kończy. Zawodnicy biegali w pełnym słońcu przez bite dwie godziny.

Bieganie a wojna - John Manners

Znawca Kenii analizuje przyczyny wybuchu zamieszek etnicznych i kreśli ich historyczne tło.

Eldoret, Iten, Kericho, Nandi Hills. Te świetnie mi znane miasta pojawiały się w nagłówkach artykułów opisujących wydarzenia niemające nic wspólnego z bieganiem czy herbatą, jak bywało w lepszych czasach. Tym razem chodziło o czystki etniczne. Te miasta są położone w zachodniej części prowincji Rift Valley (regionu wielkości mniej więcej województwa warmińsko-mazurskiego), zamieszkałej głównie przez członków plemienia Kalenjin.

Osiedlili się tu także ludzie z innych plemion, przeważnie Kikuju, którzy przybyli na te tereny po odzyskaniu przez Kenię niepodległości w 1963 roku. Niektórzy byli kupcami, inni farmerami, beneficjentami nadań ziemi przeprowadzonych w pierwszych latach po oderwaniu się Kenii od Wielkiej Brytanii przez rząd zdominowany przez plemię Kikuju. Ich obecność w prowincji przez wiele lat była odbierana bardzo negatywnie i to właśnie te skumulowane emocje stały się podłożem wybuchu przemocy po nieuczciwych wyborach prezydenckich w grudniu 2007 roku.

„Oni uważają, że zostali oszukani - mówi mi przyjaciel z plemienia Kalenjin, odnosząc się do tłumów swoich współplemieńców, którzy zaczęli plądrować okolicę w poszukiwaniu intruzów Kikuju, zaraz po tym, jak Mwai Kibaki, z plemienia Kikuju, został pospiesznie zaprzysiężony na prezydenta. - Byli po prostu wściekli". A także, co trzeba przyznać, bardzo młodzi, ubodzy, bez perspektyw i w większości pijani. W niektórych przypadkach, zgodnie z wieloma relacjami, zostali umyślnie podburzeni, być może zorganizowani, a nawet opłaceni przez starszyznę plemienną lub polityków. Cóż to jednak zmienia?

Działania tłumu były karygodne i przestępcze z punktu widzenia prawa, powszechnie przyjętych standardów ludzkiego zachowania, a także tradycyjnych zasad plemienia Kalenjin. Wojownik tego plemienia nie ma prawa zaatakować bezbronnego przeciwnika, a nawet kogoś odwróconego plecami. A już zwłaszcza kobiet i dzieci. Takie zachowanie jest w najwyższym stopniu niehonorowe i łamie najbardziej restrykcyjne tabu.

Wśród raportów krążących w lutym 2008 roku, zaraz po tym, jak ucichała największa fala przemocy, były informacje, że najbogatsi biegacze sponsorowali plemienne bojówki. Ciesząca się świetną reputacją International Crisis Group wydała 30-stronicową analizę, w której znalazły się następujące stwierdzenia:

„Dobrze poinformowane źródła sugerują, że te grupy (tłumy ludzi z plemienia Kalenjin) są sponsorowane przez bogatych sportowców. Mają, z powodów częściowo ekonomicznych, udzielać wichrzycielom pomocy w gotówce i organizacji środków transportu. Rzekomo chcą wyrzucić Kikuju, aby przejąć ich majątek. Sportowcy, w większości mający wojskową przeszłość, mają podobno także szkolić napastników i nimi dowodzić".

Jestem sceptyczny wobec tych doniesień. Nie chcę spekulować na temat motywów „dobrze poinformowanych źródeł", ale biegacze są świetnym celem dla każdego, kto chciałby przypisać winę konkretnym osobom zamiast anonimowemu tłumowi. Około 80% kenijskich sportowców światowej klasy pochodzi z plemienia Kalenjin. Jest to dla plemienia źródłem wielkiej dumy i być może oskarżenia biegaczy są kolejnym sposobem, aby w nie uderzyć.

Co do motywów ekonomicznych i wyszkolenia wojskowego - biegacze od 30 lat mogą bez przeszkód kupować ziemię po cenach rynkowych, a chociaż wielu jest nominalnie członkami sił zbrojnych, to ich doświadczenie wojskowe, oprócz podstawowego treningu, ogranicza się do reprezentowania swoich oddziałów na zawodach sportowych.

Z drugiej strony, biegacze są w Kenii celebrytami, co czyni ich obiektem gróźb tych, którzy chcą pomścić Kikuju. William Mutwol, który zdobył brązowy medal w biegu z przeszkodami na olimpiadzie w Barcelonie, otrzymał SMS-a o treści: „Chcemy twojej głowy". Mosesowi Kiptanui, wielokrotnemu rekordziście i mistrzowi świata w biegach z przeszkodami, grozili tuż pod domem policjanci pochodzący z plemienia Kikuju, którzy bez żadnych dowodów twierdzili, że dostarczał broń wszczynającym zamieszki.

Pod koniec stycznia 2008 roku grupa 57 biegaczy wydała zbiorowe oświadczenie, dowodząc swojej niewinności i podkreślając swoje zasługi w promowaniu międzyplemiennej harmonii. Okazuje się, że kenijscy biegacze bardzo szybko doszli do formy - pomimo zamieszek, a może dzięki doświadczeniom, które w ich trakcie zdobyli. Kenijczycy osiągają na olimpiadzie w Pekinie wielki sukces, zdobywając 14 medali, w tym 5 złotych (dla porównania: w Atenach 7 medali, w tym 1 złoty; w Sydney również 7 medali, w tym 2 złote).

Sportowe talenty pozostają w Kenii tak jak inne bogactwa tego kraju: żyzna ziemia, przedsiębiorczy ludzie, wspaniałe atrakcje turystyczne. Kenijczycy przezwyciężą ten szalony spazm samozagłady. Na pewno jednak przyda im się pomoc. W czerwcu wróciłem do zachodniej części Rift Valley, by kontynuować pracę nad projektem stypendiów, który pomagałem rozpocząć kilka lat temu. Mam nadzieję, że dołączą do mnie inni - turyści, inwestorzy, wolontariusze, biegacze, i przekonają się na własne oczy, dlaczego nawet teraz Kenia pozostaje jednym z najpiękniejszych i najbardziej obiecujących krajów afrykańskich.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij