[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Joanna Sadowska: Biegam, by dotrzymać obietnic

Kiedy syn Joanny urodził się z wadą genetyczną, przysięgła Bogu i sobie, że jeśli operacja się uda, przebiegnie maraton. Zaczęła walkę o zdrowie dziecka i z własnymi słabościami. Z obu starć wyszła zwycięsko!

Joanna Sadowska (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

To Kuba mnie zdopingował - zapewnia Joanna Sadowska z Poznania. Kuba to jej synek, który urodził się jako wcześniak. Miał wadę genetyczną: przyszedł na świat z sześcioma palcami u prawej dłoni. „Modliłam się: mój Boże, spraw, by operacja udała się. Szukałam w głowie czegoś niemożliwego, co będę mogła obiecać, że zrobię, gdy Kuba wyzdrowieje. Wtedy pomyślałam: maraton! Na zostanie maratończykiem nigdy nie jest za późno" - wyjaśnia Joasia.

Aż kipi energią podczas treningu. Mając czterdziestkę, zaczęła przygotowywać się do swojego pierwszego w życiu maratonu. Wybrała oczywiście Poznań, miała czas do 12 października 2008 r. Przedtem jej kontakt z bieganiem był - nazwijmy to po imieniu - epizodyczny. Na pierwszym planie była najpierw szkoła średnia, a potem studia.

Przebiegnę maraton!

Czas spędzony na szpitalnych korytarzach i w gabinetach dłużył się. „Chciałam, by już było po operacji. Wierzyłam, że wszystko się uda, że Kuba będzie zdrowy, ale gdzieś na dnie serca paraliżował mnie lęk. To znają wszystkie matki" - wspomina Joasia. Operacja udała się. Kuba wyzdrowiał.

„Poczułam przypływ energii. Przypomniałam sobie o obietnicy. OK, maraton, tylko od czego zacząć? - zastanawiałam się. Wtedy jeszcze naiwnie myślałam, że nie ma różnicy pomiędzy biegiem na 10 km czy 20 km, a na 42 km 195 m. To tylko więcej kilometrów, nic ponadto. Do poznańskiego maratonu było niecałe pięć miesięcy. Czułam się tak, jakbym miała przez ten czas przeczytać encyklopedię.

REKLAMA

REKLAMA

Joanna Sadowska (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

Joanna wysłała e-maila na adres „Gazetowej" drużyny. „Myślałam, że w odpowiedzi dostanę coś w rodzaju: droga pani, cenimy pani zapał, ale nie da pani rady, prosimy zgłosić się za rok. Jaka była moja radość, gdy dostałam plan treningowy. Prawdziwy plan treningowy! Zaczęłam biegać" - opowiada.

Joanna cieszyła się, że jej przygoda z bieganiem zaczęła się na wiosnę. O wiele przyjemniej trenować, gdy świeci słońce...

Ja biegaczką?!

„Gdy w lesie mijali mnie biegacze, zazdrościłam im kondycji. Musiałam też zrzucić parę kilogramów, które zostały mi po ciąży. Mój mąż Wojtek dopingował mnie do treningów i pomagał, jak mógł. To było bardzo ważne" - opowiada Joanna.

"Kręciłam kilometry i czułam, że coraz lepiej mi idzie. Zadyszka gdzieś zniknęła, nogi wzmocniły się. Stopniowo też zaczęłam odkrywać, że dobre buty to nie wszystko. Wiem, że buty do biegania nie są na całe życie i przed startem w Poznaniu będę musiała zafundować sobie nowe" - mówi Joanna.

Na początku biegała w spodniach dresowych - nawet latem. Z czasem odkryła, że są specjalne staniki dla biegaczek i specjalistyczne koszulki. Czas przygotowywania się do maratonu szybko mijał. Półtora miesiąca przed startem przyszła pora na sprawdzian. Joanna wybrała lokalny bieg na poznańskich Ratajach.

„Choć dystans był niewielki w porównaniu z maratonem - ok. 5 km - to marzyłam tylko o tym, żeby nie być ostatnia. Ryzyko, że tak się właśnie stanie, było tym większe, że startowało zaledwie 30 biegaczy. Nie mogłam zgubić się w tłumie". 

REKLAMA

Joanna Sadowska (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

Joasię dopingował na trasie mąż Wojtek i przyjaciele - Kasia, Maurycy i Paweł. Doping miała zapewniony, wodę na trasie też, a z nieba lał się żar. „Biegłam z pulsometrem. Wiedziałam, że nie mogę przekroczyć progu tętna 173 uderzeń na minutę. Ze strachu nawet nie przełknęłam śliny, gdy padł strzał startera. Ruszyłam".

Joanna założyła sobie ambitny czas: 22 minuty. Trasa wiodła parkowymi alejkami. Dużo zakrętów, zbiegi, podbiegi i ten upał. „Co chwilę ktoś mnie mijał. Powtarzałam sobie w duchu: tylko spokojnie. W pewnym momencie zauważyłam, że teraz, na drugim kółku, to ja zaczynam mijać! Niesamowite, nie będę ostatnia!".

Trzecie, finiszowe okrążenie. Joasia trzyma tempo i mija metę. Zatrzymuje stoper - 24.55. Potem jeszcze niesamowita niespodzianka... „Okazało się, że jestem na podium. Zajęłam trzecie miejsce! To było niewiargodne".

Przypływ adrenaliny

Udany debiut startowy zdopingował Joasię do treningów. Czas mijał. Tydzień przed startem w 9. Poznań Maratonie Joasia kończy urlop wychowawczy i rozstaje się z dotychczasową pracą. Była wówczas dyrektorem w hurtowni farmaceutycznej.

„Za tydzień biegnę w maratonie - ta myśl podtrzymywała mnie na duchu. Pomyślałam sobie, że tak widocznie musiało być. Mam Kubę, wkrótce maraton. Warto żyć! Zawirowania zawodowe i stres przedstartowy sprawiły, że w przeddzień startu zasnęłam dopiero po północy. Pobudka o godzinie 7.00. Lekkie śniadanie (takie jak zwykle + banan) i w drogę nad Maltę. Spieszę się na poranne drużynowe, przedstartowe spotkanie, ale wczorajsze i dzisiejsze nawadnianie daje o sobie znać i, chcąc nie chcąc, najpierw udaję się na spotkanie z Toi-Toiem".

REKLAMA

REKLAMA

Joanna Sadowska (fot. Jacek Heliasz/heliasz.com)

Idąc na start maratonu, udzieliły mi się emocje tysięcy biegaczy. Wiedziałam, że wielu jest takich jak ja - debiutantów. Mój trener zapewniał, że przepracowałam solidnie całe przygotowanie. Musiałam tylko uważać, by nie dać się ponieść na pierwszych kilometrach przez masę biegaczy. Ruszyłam.

Prawie nie czułam tempa. Niosły mnie emocje. Kontrolowałam jednak tętno i czas. Chciałam ukończyć maraton w dobrej formie. Przede wszystkim ukończyć. Taka była umowa pomiędzy mną a Panem Bogiem". Kuba zaciskał piąstki, dopingując mamę.

Biec głową

Joasia biegła. Kontrolowała tempo. Przyjaciele dopingowali ją na trasie. „Mijają nas kolejne baloniki - na 4:00, potem 4:15 i 4:30, gdy nagle słyszę: Mamo, mamo! To Sonia, moja córka, dotarła już do skrzyżowania przy Malcie i mnie dopinguje. Ucieszyłam się ogromnie, ponieważ umawiałyśmy się dopiero na Śródce. Pogoda piękna, nogi same mnie niosą, ale niezbyt szybko.

Pulsometr kontroluje tętno (152-155). Ostatnie kilometry były ciężkie. Przyszło zmęczenie. Kryzys dopada mnie na 34. km. Płuca mogą, ciało też, ale z nogami coraz gorzej. Są coraz cięższe, bolą, odpadają wręcz, czuję lekkie przykurcze, a „achillesy" wyją z bólu. Mam ochotę zacząć iść, tak jak wiele spośród osób, które mijam.

Kolejna mała intencja wraz z pokrzykiwaniem na samą siebie: nie obiecywałaś przejść maraton, tylko go przebiec! Rusz tyłek! Słyszałam od biegaczy, że takie kryzysy na trasie zdarzają się wszystkim. Wtedy zaczyna się biec głową, a nogi muszą się dostosować... Meta".

Joasia nie wierzy własnym oczom: na zegarze cyferki układają się w 4:54.16. Czas netto był o 2 sekundy lepszy. „Złamałam 5 godzin! Hurra! Dotrzymałam obietnicy i jestem maratonką. Życie jest cudowne!".

RW 02/2009

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij