REKLAMA

Dygot przedstartowy [felieton Jacka Fedorowicza]

Chciałem o tym napisać miesiąc temu, ale RW miał ferie. Nic straconego jednak – w marcu może się przydarzyć jeszcze nieraz upiorne zimno przed startem. W zeszłym tygodniu biegacze z całej Polski na własnej skórze czuli, że zima w tym roku jeszcze nie odpuściła…

Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World Tomasz Woźny
Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World (fot. Tomasz Woźny)

Zawsze miałem problem z przedstartowym podmarzaniem. A na początku dodatkowo jeszcze z codziennym przegrzewaniem. Jako zupełnie początkujący wciąż miałem za małą wyobraźnię, żeby spojrzawszy na termometr z kilkoma stopniami na minusie, umieć sobie wyobrazić siebie biegnącego w cienkiej bluzie i z reguły zakładałem na siebie za dużo warstw.

Po kilkunastu minutach, spocony, gdy rozpinanie tego wszystkiego nie pomagało, zdejmowałem z siebie garderobiane naddatki, wiązałem w pasie, okręcałem dookoła ręki, czasem ukrywałem w krzakach, jeżeli wiedziałem, że będę wracał tą samą drogą, za każdym razem wymyślając sobie od idiotów.

Po latach umiałem się już ubrać nie za ciepło, wychodząc na codzienne pobieganie, ale wciąż miałem nierozwiązany problem, co zrobić, żeby nie marznąć przed startem, gdy zdarzy mi się udział w zawodach. Niestety, gdy zawody odbywały się w mroźny dzień, trafiała mi się zawsze szatnia co najmniej kilometr od linii startu, wszystkie sklepy w okolicy były zamknięte (niedziela), a w jedynym otwartym spożywczym nieżyczliwa obsługa, która nie pozwalała tak po prostu postać sobie i poczekać w cieple. 

Dla porządku przyznam, że byłem jednym z niewielu, który miał z tym aż taki kłopot, bo inni, rozebrani już do biegu, robili po prostu solidną, długą rozgrzewkę. No ale to byli na ogół prawdziwi zawodnicy, którzy rozgrzewali się umiejętnie i mieli na to siły.

Mnie przed mocną rozgrzewką zawsze powstrzymywała obawa, że jak się zmęczę przed startem, to mogę nie dobiec do mety, a jeżeli nawet, to na pewno z gorszym czasem niż bym mógł. A ambicje, żeby poprawiać wynik, miałem zawsze chorobliwe.

Worki foliowe zobaczyłem na ciałach konkurentek i konkurentów po raz pierwszy pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia. Zachwyciłem się, ale gdy sam spróbowałem tej metody grzewczej, okazała się ona niewystarczająca.

REKLAMA

REKLAMA

Inna zaś, podpatrzona podczas kolejnych oczekiwań na start, niezgodna z moim wrodzonym wstrętem do chodzenia po sklepach. Bo zauważyłem, że coraz więcej zawodników przychodzi na start, opatulając się czymś, co potem bezceremonialnie porzuca. Niby stać mnie było, żeby odżałować jakiś niedrogi ciuch, ale kiedy sobie wyobraziłem, że będę musiał chodzić po sklepach i szukać tygodniami następnego, bo wciąż będzie nie ten materiał, nie takie zapięcie, nie ten rozmiar – nie! Nie przeszedłem na metodę porzucania.

Potem przez jakiś czas stosowałem ocieplanie z second handu. Kupowałem coś w lumpeksie, ale to też ideałem nie było, bo albo było zupełnie za bezcen i nie grzało, albo kosztowało i grzało więcej, ale wtedy żal było wyrzucać.

Dziś wreszcie już wiem, jak się urządzić. Wykorzystuję fakt, że – cokolwiek by nie mówić o sytuacji gospodarczej kraju – jest nam znacznie lepiej niż dawniej. Od kilku już lat biorę na zawody bardzo ciepłą kurtkę – na wszelki wypadek nie jest to najdroższa puchówka, jaką mam, ale jednak to jest coś porządnego i nie do spisania na straty, w tej kurtce jestem do ostatniej chwili, a gdy zaczyna się odliczanie, spokojnie ją wieszam w upatrzonym miejscu.

Z reguły tam, gdzie najwięcej ludzi, bez najmniejszych tendencji do ukrywania. Jeszcze nigdy nikomu nie wpadło do głowy, by się tą moją kurtką zaopiekować. Metoda idealna, oczywiście pod warunkiem, że start i meta są w tym samym miejscu. A jak nie w tym samym? No cóż… Mało to teraz zawodów do wyboru?

JF

Ten felieton pierwotnie był opublikowany w magazynie Runner's World w numerze marzec-kwiecień 2018

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA