Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Eksperymentuję z poświęceniem [felieton Jacka Fedorowicza]

W poprzednim swoim felietonie dałem wyraz fascynacji nowym pomysłem naukowców z kręgów zbliżonych do biegania, którzy dowodzili, że bieganie na bosaka jest znacznie zdrowsze niż w butach. Bo stopa – ich zdaniem – nadmiernie rozpieszczana nowoczesnym biegowym obuwiem rozleniwia się, roztrenowuje i w efekcie znacznie częściej łapie kontuzje (więcej na ten temat [url="http://www.runners-world.pl/forum/index.php?/blog/145/entry-514-rewolucja-w-butologii"]tutaj[/url]). Trafiało mi to do przekonania, a sam problem wciągał, bo co jak co, ale kontuzje to na pewno moja specjalność.

Miałem już w życiu powykręcane, ponaciągane i ponadrywane wszystko, co się dało, po kilka razy zresztą. Wyjątkiem w tym spisie miejsc regularnie nawalających był jedynie Achilles, co czyni ze mnie jednostkę nietypową. Ogół biegających najczęściej ma kłopoty z Achillesem właśnie, który mnie akurat nie nawalił jeszcze nigdy. Może dzięki temu, że zawsze unikałem przesadnie komfortowych butów?

W zeszłym miesiącu, po dłuższej przerwie spowodowanej prawym kolanem, które wyłączyło mnie z biegania zaraz po tym, jak zaleczyła się lewa kostka, która zresztą zaczęła nawalać, gdy tylko skończył się ból w prawym dwugłowym – zacząłem powoli do biegania wracać. Jednocześnie postanowiłem spróbować, jak to jest na bosaka.

Jako osobnik doświadczony wiedziałem, że wszelkie zmiany wprowadzać należy stopniowo i ostrożnie. Pierwsze próby wykonałem na dość gładkiej ścieżce rowerowej, późnym wieczorem, żeby nie budzić sensacji, i byłem zaskoczony, że jednak można. Postanowiłem więc zacząć próbować na zmianę w butach i bez. Niestety, los postanowił, że taki eksperyment to za mało, że powinienem jednak przejść na bieganie wyłącznie na bosaka i w tym celu postawił na mojej drodze kolejną wystającą płytę chodnikową.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz10.jpg

Płyty te stanowią przekleństwo mego życia. Mam pogruchotane kolana, łokcie i barki, bo potykam się na tych płytach i przewracam już od lat z rzadko spotykaną regularnością. Chyba że wyjeżdżam z Warszawy – wtedy rzadziej, bo wszędzie indziej jest równiej. Normalnemu biegaczowi chodnikowa płyta nie wadzi, bo albo po chodniku nie biega, tylko chodzi, biega zaś w miejscach do tego przeznaczonych, albo – gdy już musi biec po chodniku – biegnie krokiem wystarczająco sprężystym, żeby o żadne wystające części chodnika nie zahaczać.

Ja poruszam się krokiem właściwym mojemu wiekowi i możliwościom organizmu, czyli w taki sposób, że stanowię żywą ilustrację określenia "powłóczyć nogami". Powłóczę, a do tego niedowidzę, ponadto często truchtam chodnikami, ponieważ przed wielu laty oświadczyłem, że po to uprawiam bieganie, żeby się całkowicie uniezależnić od samochodów i komunikacji miejskiej. To mnie skazało na chodniki.

No i pod koniec maja – ledwo zdołałem radośnie postanowić, że po rocznej przerwie we wszelkich startach wreszcie jadę na półmaraton do Grodziska Wielkopolskiego (zrobiłem samotną próbę: wyszło mi, że mam szanse wygrać z Panią Marią Pańczak) – wystająca płyta ustawiła mi się tak, że walnąłem w nią w pełnym biegu i złamałem duży palec u nogi.

Okazało się, że ze złamanym palcem można biegać tylko na bosaka. Nie od razu się okazało. Nikomu nie życzę złamanego palca: nie tylko buta nie można założyć, nawet skarpetki nie można, taki ból. Najpierw więc niczego nie zakładałem, potem zacząłem chodzić w bucie z wyciętą na palec dziurą, a potem spróbowałem lekko podbiegiwać. Nie dawało się. Spróbowałem więc na bosaka, na bieżni tartanowej, którą szczęśliwie mam blisko domu.

Wtedy okazało się, co z naszymi stopami zrobiła cywilizacja. Daleko nam do Mowgliego z "Księgi Dżungli" Kiplinga lub Etiopczyków. Pierwszego dnia przeczłapałem próbne 2 km. Drugiego już 5. Bolało, ale jakoś się udało. Trzeciego dnia nieco ponad 5 i nastąpił koniec. Spody stóp miałem całe w krwiakach i bąblach, wyglądały jak chrzan przejechany tarką.

Ostrzegam więc ponownie, tym razem już po doświadczeniu: ostrożnie z nowościami. Teraz staram się nie odpuszczać biegania, wciąż jeszcze robię to bez butów, bo taki złamany palec może się i zrasta, ale wciąż boli tak, jakby nie miał najmniejszego zamiaru przestać. Posługuję się jednak wynalazkiem: zamiast butów mam pod stopami odpowiednio przycięte górne połówki wkładek do butów, umocowane przy pomocy taśmy do "tapingu", okręconej dookoła stopy. Wkładki chronią przed kamykami i wszelkimi niedogodnościami nawierzchni, tylko trzeba pamiętać, że taśma się ściera, więc okręcać trzeba kilka razy.

Najlepiej jednak uważnie patrzeć pod nogi i nie łamać palców.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze lipiec-sierpień 2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij