REKLAMA

Felieton sentymentalny [felieton Jacka Fedorowicza]

Jest pewien niewątpliwy pożytek z bycia artystą-rozśmieszaczem: wysyłają człowieka czasem za ocean. Fundują przelot, na miejscu hotel, czasem nawet płacą honorarium. Właśnie mi się to zdarzyło – byłem z Zenonem Laskowikiem i jego kabaretem w Nowym Jorku i Chicago.

Lekkim krokiem - felieton Jacka Fedorowicza
rys. Jacek Fedorowicz

Odwiedziłem Stany Zjednoczone po długiej, kilkunastoletniej przerwie. Odwiedziny były krótkie, kilkudniowe, ale spełniły nadzieje sentymentalnego staruszka, odwiedziłem bowiem miejsca, z którymi mam związane niezwykle miłe wspomnienia biegowe. Od razu powiem, że przedmiotem miłych wspomnień nie jest maraton nowojorski. Niestety. Nie dostałem się.

Pamiętam, wylądowałem w Nowym Jorku w roku 1988, też po dość długiej przerwie, ale spowodowanej wówczas działalnością antysocjalistyczną, która skutkowała kilkuletnim okresem odmów paszportowych, poczynając od stanu wojennego i delegalizacji Solidarności. Ale w 1988 roku władza, w obliczu zbliżającego się niechybnego bankructwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zaczęła przygotowywać się do Okrągłego Stołu i w ramach ukłonów w stronę tak zwanych dysydentów udzieliła mi łaski paszportowej. Znalazłem się więc w Nowym Jorku i miałem ogromną ochotę spróbować się w maratonie.

Niedługo przed wyjazdem, jeszcze w kraju, sprawdziłem, czy w ogóle jestem w stanie przeżyć ten dystans. Próbę odbyłem samotnie, ponieważ okrutnie bałem się tego wstydu, który musiałbym przeżyć, schodząc z trasy przy ludziach. Pobiegłem budującą się właśnie i pustawą jeszcze obwodnicą Trójmiasta z Gdyni-Chyloni, dokładnie odliczając słupki kilometrowe, zawróciłem w okolicy lotniska Rębiechowo, po czym poczłapałem z powrotem. Udało się – do Chyloni dotarłem żywy, po upływie czterech godzin z hakiem.

Niestety, Amerykanie okazali się nieczuli na wszelkie prośby. Limit uczestników Maratonu Nowojorskiego był już dawno wyczerpany; dowiedziałem się tylko, że w pierwszym dniu zapisów były kolejki. To mnie zdumiało, bo to ja przyjechałem przecież z krainy wszechobecnych kolejek, a tu proszę, u nich też. Ze smutkiem obejrzałem miejsce przewidziane na metę w Central Parku, ale od razu się pocieszyłem: stwierdziłem, że finisz jest pod górę, a więc gdybym nawet przebiegł cały maraton, to na ostatnich metrach na pewno bym padł. Więc lepiej, że się nie dostałem.

REKLAMA

REKLAMA

Dostałem się za to do Old Style Chicago Marathon i to było najpiękniejsze przeżycie, jakiego doznałem w całej mojej joggingowej biografii. Przebiegłem wreszcie ten swój wymarzony dystans w wieku lat 51, w przepięknej scenerii, takiejż oprawie, dopingowany (podobnie jak cała ośmiotysięczna reszta) przez setki wolontariuszy, liczne cheerleaderki, orkiestry jazzowe i zwyczajnych mieszkańców miasta. Rozpierała mnie duma, że ja, patałach, słabeusz, będę mógł już do końca życia, w rozmowach towarzyskich, wtrącać ze starannie wyćwiczoną niedbałością: "Maraton? O taak, przebiegłem chicagowski…".

No i teraz wszystko mi się przypomniało, przetuptałem ze wzruszeniem kilkunastomilową ścieżkę wzdłuż jeziora (nie całą! To już nie te lata), na której 23 lata temu przygotowywałem się do startu, i zanotowałem następujące zmiany:

  1. Ścieżka została poszerzona, choć, niestety, bardziej zadbano o rowerzystów.

  2. Na szczęście rowerzyści są kulturalniejsi niż u nas i nie zagrażają zdrowiu i życiu biegaczy.

  3. Już nie ma pozdrawiania! Owszem, Amerykanie niebiegający, spotykając nieznajomych na chodnikach swoich osiedli domków, zawsze się pozdrawiają, ale Amerykanie biegający po ścieżkach biegowych mijają się już obojętnie. A pamiętam czasy (lata 70.), kiedy bieganie dopiero wchodziło w powszechny obyczaj, biegacze czuli się misjonarzami, członkami sekty wtajemniczonych i nie było przypadku, przynajmniej w USA, żeby jeden biegacz drugiego nie pozdrowił.

  4. Znikły – liczne dawniej wzdłuż trasy – automaty telefoniczne. Wszyscy mają komórki. Słuchawki w uszach prawie wszyscy. Podobnie zresztą jak u nas, bo...

  5. ...kiedyś w Chicago wszystko było godne najwyższej zazdrości, dystans między nimi a nami to były lata świetlne. Za sto dolarów, które w 1988 wydałem na buty do mojego maratonu w Chicago, w PRL mógłbym żyć spokojnie przez kilka miesięcy. Dziś idę sobie do sklepu "Nike" na Michigan Avenue, kupuję, co mi trzeba, płacę kartą i mam nadzieję, że stać tam na zakupy (ceny prawie takie same, jak u nas) wielu moich polskich kolegów biegaczy.

Tak nas zresztą oceniają Amerykanie. Na metkach wielu wyrobów w tym sklepie znalazłem napisy po angielsku, hiszpańsku, francusku i po polsku. Doceniają nas jako klientów. I to starannie doceniają: kupiłem sobie FUTERAŁ MOCOWANY DO BUTA DLA BIEGACZY. Ani jednego błędu w napisie i "Ł" nasze, jak trzeba!

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2011

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA