[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Haile Gebrselassie: Nie jestem cesarzem, tylko biegaczem

Biegał do szkoły z książkami pod pachą, przez co już zawsze podczas biegania lewe ramię unosił wyżej. Nie przeszkodziło mu to jednak w odnoszeniu spektakularnych sukcesów na największych i najważniejszych imprezach. Zobacz, jak Haile Gebreselassie pokonał drogę z etiopskiej wioski do największych aren sportowych świata.

fot. Nikos Economopoulos

Runner's World (RW): W 2006 r. berliński maraton był teatrem jednego aktora. Nazywał się Haile Marathon. Czy tak miało być?

Haile Gebreselassie (HGS): Do 15. kilometra biegła jeszcze spora grupa. Pierwsze pięć kilometrów było za szybkie, potem znowu wolniej. Najlepiej czułem się, gdy biegłem swoim tempem.

RW: Na mecie uzyskałeś 2:05.56. Do rekordu Paula Tergata zabrakło 61 sekund.

HGS: Na półmetku biegłem o 3 sekundy szybciej niż Paul Tergat, ale przeszkadzał mi wiatr. Tak to jest w dużych miastach, gdzie są rozgrywane maratony, że raz wieje w plecy, raz z boku, a najczęściej prosto w twarz. Cieszę się, że przebiegłem poniżej 2:06. Przed biegiem rozmawiałem z moim menedżerem, który jest w Pekinie. Powiedział, że powyżej 2:06 to nie jest OK, ale poniżej to już jest dobrze. Jestem zadowolony z wyniku. To mój rekord życiowy.

RW: Po 35. kilometrze zwolniłeś. Trudno było utrzymać tempo i urwać jeszcze 61 sekund?

HGS: Jak powiedziałem, wiało prosto w twarz i nie miałem za kogo się schować. Bolała mnie też lewa stopa. Mały palec zamienił się w wielki pęcherz. To mi utrudniało bieg.

RW: Mówiłeś przed biegiem, że maraton berliński jest dla Ciebie bardzo ważny. Ale do Londynu masz chyba ostatnio pecha. W 2006 roku byłeś przecież dopiero dziewiąty z czasem 2:09.05. Przyznałeś, że to był najgorszy bieg od 12 lat i jest Ci wstyd. W 2007 roku nawet zszedłeś z trasy.

HGS: Zatarłem się (Haile śmieje się)! W Londynie było za zimno, padało, a wilgotność powietrza powyżej 90%. Tego nie lubię. W Berlinie była znakomita pogoda - ciepło i mała wilgotność (27 stopni Celsjusza).

RW: Maraton berliński w 2007 roku był znowu spektaklem jednego aktora. Byłeś bardzo zdeterminowany, by pobić rekord świata?

HGS: Znakomicie się czułem. Rzeczywiście, byłem zdeterminowany, aby złamać rekord Tergata, mojego serdecznego przyjaciela. Zadzwoniłem do niego zaraz po maratonie. Paul powiedział: "Fantastycznie! Cieszę się, że to ty tego dokonałeś".

REKLAMA

REKLAMA

RW: Nie miałeś ani chwili zwątpienia? Obserwowałem Cię przez prawie całą trasę i nie widać było kryzysu na Twojej twarzy. Co działo się w Twojej głowie?

HGS: Po 30. kilometrze wiedziałem, że mam bardzo dobry czas. Na bieżąco informowano mnie, na jaki wynik biegnę. Nie musiałem patrzeć na zegarek (Haile śmieje się). Wiem, że stać mnie na złamanie bariery 2:04.00.

RW: Jak długą przerwę musisz mieć pomiędzy maratonami, by się zregenerować?

HGS: Nie lubię dużych przerw w treningach i w startach. To mnie rozluźnia. Potrzebuję ducha walki. Teraz przez dwa tygodnie odpocznę i przebiegnę na treningu 40 kilometrów.

RW: Podkreślasz zawsze, że dla Ciebie bardzo ważna jest rodzina. Masz dziewięcioro sióstr i braci. Cała Twoja rodzina zaangażowana jest w Twoją sportową działalność. Jej wsparcie pomaga Ci w kolejnych zwycięstwach?

HGS: Urodziłem się w prowincji Arsi, w centralnej Etiopii, jako ósme z dziesięciorga dzieci. Mieszkaliśmy na farmie i codziennie rano biegałem 10 km do szkoły i z powrotem. Musiałem dźwigać książki pod pachą. To wpłynęło na mój styl biegania. Z pewnością zauważyłeś, że lewe ramię podnoszę wyżej. Właśnie pod lewą pachą dźwigałem książki i zeszyty owinięte sznurkiem.

Moje dzieciństwo to była walka. Mieliśmy malutką farmę, na której moja rodzina ciężko harowała dniem i nocą. A i tak wiecznie byliśmy biedni. Nasze warunki w ogóle nie zmieniały się na lepsze. Miesiącami jedliśmy wciąż to samo na śniadanie, obiad i kolację - kukurydzę. Cały czas marzyłem, że kiedyś stanę się kimś ważnym i sławnym. Chciałem zostać pilotem albo artystą.

RW: Artystą? Kiedy postanowiłeś zostać biegaczem? Zawodowym biegaczem, bo startowałeś już jako młody chłopak.

HGS: To był rok 1980. Zainspirowały mnie radiowe transmisje z 1980 roku, z Moskwy, gdy w biegu na 10 km mój rodak Miruts Yifter zdobył złoty medal. Wtedy postanowiłem zostać biegaczem. Już wcześniej biegałem. Bieganie stało się moją ucieczką. Chciałem poznać granice swojego organizmu i, pokonując kolejne kilometry, wyśnić sobie lepsze życie. To była czysta radość.

Powtarzałem sobie: „Biegnij szybciej, a uciekniesz z farmy". Mój ojciec był na mnie wściekły, że marnuję energię na bieganie, a nie na pracę. Tylko ojciec był ode mnie szybszy. W dzieciństwie, gdy nabroiliśmy z braćmi, zawsze doganiał nas i spuszczał nam lanie.

REKLAMA

RW: Miałeś przecież w rodzinie maratończyka. Twój starszy brat też był niezłym biegaczem.

HGS: Mój starszy brat, Tekeye, był maratończykiem i chciałem go naśladować. Jego najlepszy czas to 2:12. Wygrywał wiele biegów w Europie i USA.

RW: Gdy skończyłeś 15 lat, zacząłeś wygrywać swoje pierwsze zawody.

HGS: W 1991 roku pojechałem na swoje pierwsze mistrzostwa juniorów do Antwerpii, gdzie zająłem 8. miejsce. Dwa lata później byłem już mistrzem świata na 5000 m i 10000 m, a w 1994 roku, w Hengelo, pobiłem swój pierwszy rekord świata na 5000 m - 12:56.96.

RW: Twój ówczesny trener, Woldemeskel Kostre, powtarzał: „Już na treningach widać, że ustanawianie rekordów świata nie będzie dla niego żadnym problemem".

HGS: Tak, ale paradoksalnie takie wyniki stały się dla mnie problemem. Nagle znalazły się rzesze ludzi, których musiałem zadowolić: federacja, media, sponsorzy i moi rodacy. Federacja decydowała, w których biegach mam uczestniczyć, a w których nie. I to cały czas narastało. Ich żądania osiągnęły swoje apogeum przed igrzyskami w Atenach. Pobiegłem wtedy mimo kontuzji ścięgna Achillesa.

RW: Kto układa Ci plan treningowy? Jak z mistrza na dystansie 10 km przeobraziłeś się w maratończyka?

HGS: Nie oczekuj ode mnie recepty. Nie dam ci jej. Nie mam nawet trenera. Sam wiem, jaki jest dla mnie najlepszy trening. W końcu to ja kieruję swoim organizmem. Jestem nawet za leniwy, żeby zapisywać sobie plany treningowe na kartce papieru. (Ale doskonale je pamięta - przyp. autora). To, co robię każdego dnia, jest uzależnione od tego, co zrobiłem dnia poprzedniego. To całkiem proste.

Jeżeli jednego dnia biegałem 3 godziny, wiem, że następnego dnia muszę zrobić coś innego, na przykład biegać tylko godzinę. Dlatego każdego dnia pytam swoje nogi o samopoczucie. Jeżeli nie czuję się dobrze, nie wychodzę na trening. W niedzielę trenuję tylko raz, w pozostałe dni dwukrotnie. W niedzielę biegam około dwóch godzin w swoich lasach.

W poniedziałki robię podbiegi - 10 razy po 300 m, a po południu idę na siłownię. Trenuję na bieżni mechanicznej, jeżdżę na rowerze i ćwiczę na przyrządach. Na siłownię chodzę też w środy i w piątki po południu, a po ciężkich treningach z zabawami biegowymi - rano. We wtorki i soboty rano biegam około dwóch godzin po asfalcie. I jeszcze godzinę po południu.

REKLAMA

REKLAMA

RW: A co z czwartkami?

HGS: Czwartki to moje najcięższe dni. Biegam wtedy 35 kilometrów po górzystej szosie. Moim celem jest przebiegnięcie tego dystansu w czasie 1 godziny 45 min, w tempie 3 minuty na kilometr.

RW: Bycie maratończykiem to ciężki kawałek chleba. 

HGS: Kiedy stałem się maratończykiem, okazało się, że nie muszę biegać w tylu zawodach, co kiedyś, i nie muszę już tyle czasu tracić na bycie poza domem. Dało mi to więcej czasu dla rodziny, dla domu i na rozwijanie innych zainteresowań. Trening do maratonu jest bardzo ciężką pracą, ale to ja ustalam warunki.

RW: Podkreślasz, że rodzina nadal jest dla Ciebie najważniejsza.

HGS: Fakt, rodzina jest dla mnie najważniejsza. To dla niej biegam i dzięki niej odnoszę sukcesy. Mam czworo dzieci: trzy córki (Aden, Mihret, Meseret) oraz syna Nathana. Niedawno wprowadziłem się do nowego, czterokondygnacyjnego domu w stylu włoskim, położonego na północnych wzgórzach Addis Abeby.

RW: W swoim kraju jesteś bardzo znany, powiadają o tobie: „Cesarz".

HGS: Cesarz był jeden, a ja jestem tylko biegaczem. Staram się pomagać moim rodakom. A i tak ciągle nie mogę zadowolić wszystkich. Niektórzy twierdzą, że Haile zainteresowany jest tylko biznesem. Nie podoba im się również to, że tak dużo pieniędzy zainwestowałem w wybudowanie swojego domu, z sauną, basenem i siłownią, podczas gdy obok ludzie mieszkają w chatkach.

Mam rozdać swoje pieniądze? A jaka będzie z tego korzyść w dłuższej perspektywie? Nie chcę być jak fundacja charytatywna. Chcę wspierać projekty, które tworzą nowe miejsca pracy i rozwijają gospodarczo mój kraj.

RW: Ludzie powiadają też, że Haile chce zostać prezydentem Etiopii...

HGS:  Polityka jest w Etiopii skomplikowana. I proszę, pozwólcie mi najpierw skończyć biegać.

REKLAMA

RW: Na Bole Road, czteropasmowym bulwarze, który przebiega przez sam środek Addis Abeby, stolicy Etiopii, ruch samochodowy jest powolny i gęsty. Wystarczy przejść się po Bole Road z Haile Gebrselassie, a przez ten nieustanny hałas ulicy słychać będzie skandowanie: „Haile, Haile, Haile"...

HGS: Gdy przestanę biegać, wielu ludzi będzie rozczarowanych. Wszyscy w Etiopii oczekują, że będę biegał wiecznie. Gdy startowałem w Atenach, prawie wszyscy mieszkańcy byli w kościele i modlili się za mnie. Wystartowałem, choć przed igrzyskami miałem kontuzję i nie przygotowałem się na tyle, by wygrać z Kenenisą Bekele. Nie mogłem jednak nie wystartować! Co, by powiedzieli moi rodacy?! Nie mogłem im tego zrobić! Podjąłem walkę i byłem piąty.

RW: Wstajesz, jak większość Etiopczyków, wraz ze wschodem słońca, o godzinie 6 i...

HGS: ...zaparzam sobie filiżankę herbaty i zjadam kawałek chleba, siedząc przy kuchennym stole. To jest nowy zwyczaj Gebrselassie: filiżanka herbaty i kilka kęsów chleba przed pierwszym treningiem. Kiedy biegałem na bieżni, nigdy nie miałem takich spokojnych chwil jak teraz, gdy jestem maratończykiem. Ciągle spieszyłem się, by zdążyć na określoną godzinę na trening. Teraz nie muszę się spieszyć, ani z nikim się spotykać. No, jedynie z samym sobą (Haile śmieje się).

RW: Nie musisz jechać na stadion, ale masz swoje „ścieżki". Nie biegniesz przecież z domu, jak robi to większość maratończyków amatorów, takich chociażby jak ja?

HGS: Jadę na trening autem, jakieś 20minut, w góry, gdzie w lesie mam swoje trasy treningowe. (Haile trenuje na trasie ochrzczonej „Etntoto Gebrselassie" - przyp. autora).

RW: Jak świętujesz swoje sukcesy?

HGS: Cieszę się ze swoimi bliskimi. Wypiję lampkę wina.

RW: Białego czy czerwonego?

HGS: Czerwonego. Ale tylko lampkę na toast. Już nie mogę doczekać się, kiedy znowu zacznę trenować.

RW: Czy wystartujesz w Pekinie?

HGS: Muszę dobrze poznać trasę. Rozważyć wszelkie za i przeciw. Na pewno medal olimpijski smakuje tak dobrze, jak rekord świata.

RW: Powodzenia i do zobaczenia w Pekinie!

RW 01/2008

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij